[rozmowa] Ojciec jest jedną z ulubionych figur władzy. Wywiad z Janem Baronem.

jan-baron3-rgb-75-dpi

Fot. Ryszard Latusek

Wiersz może być wyrazem solidarności z innym – słabszym, skrzywdzonym, osamotnionym w swoim cierpieniu. Ale to współodczuwanie nigdy nie będzie pełne. Literatura może być formą – jak powiedziałeś – rekompensacji, ale w ograniczonym stopniu – mówi Jan Baron w rozmowie z Mateuszem Dworkiem.

Mateusz Dworek: Czy komukolwiek w poezji potrzebne są autorytety?

Jan Baron: Szukanie autora, którego sposób myślenia o literaturze będzie nam bliski, to coś normalnego, zwłaszcza kiedy ktoś dopiero zaczyna pisać. Do własnej twórczości dochodzi się – przynajmniej tak powinno być – przez czytanie innych, choć już niekoniecznie przez ich naśladowanie. Z tym, wiadomo, trzeba ostrożnie.

Pytam, bo wewnątrz twojej książki znajdziemy wypowiedzi dwóch poetów. Karola Maliszewskiego i Mariusza Grzebalskiego. Zdaje się, że dla większości młodych piszących obaj są ciągle modni, fajni i atrakcyjni jako punkty odniesienia we współczesnej poezji. Maliszewski to wciąż chyba najpopularniejszy krytyk młodej poezji. Grzebalski, to uznany poeta i czołowy wydawca.

Karol Maliszewski to także świetny poeta – o czym można się przekonać czytając chociażby wydany niedawno wybór wierszy Jeszcze inna historia. Działalność krytycznoliteracka trochę przesłoniła jego twórczość poetycką i prozatorską, a szkoda. To, że Układowi scalonemu towarzyszą wypowiedzi autorów, których cenię, jest dla mnie bardzo miłe. Ale ostatecznie ocena książki zależy każdorazowo od tego, co się zadzieje, czy coś się w ogóle zadzieje pomiędzy wierszami a czytelnikiem.

Od kogo ty zaczynałeś? Kogo czytałeś jako pierwszego, a kto, jak to zwykle bywa, pojawił się już później?

Takim doświadczeniem, niech będzie: formacyjnym, była dla mnie – kilkanaście lat temu – lektura poetów związanych z „bruLionem”. Wtedy zobaczyłem, że poezja nie musi być świętą mową funkcjonującą w obrębie Kościoła Literatury, ale czymś, co nadaje się do codziennego użytku. Wiersze Jacka Podsiadły doprowadziły mnie do twórczości Czesława Miłosza i Stanisława Barańczaka. A później to już się potoczyło. Mógłbym wymieniać długo poetów, którzy w jakimś momencie byli dla mnie istotni: Tadeusz Peiper, Adam Ważyk, Anna Świrszczyńska, Miron Białoszewski, Andrzej Bursa, Stanisław Grochowiak. Z czasem zmieniło się chyba to, że stałem się mniej skłonny do skupiania swojego zainteresowania na twórczości jednego wybranego autora. A kogo czytuję ostatnio? Na przykład: Barbarę Klicką, Uroša Zupana, Primoža Čučnika, Justynę Bargielską, Gary’ego Snydera, Joannę Roszak, Charlesa Simica, Adama Wiedemanna, Kacpra Bartczaka, Edwarda Pasewicza.

Kiedy czyta się o tym, kto młodym poetom siedzi z tyłu głowy, to od wielu lat nazwiska są ciągle te same.

Być może. Powoli już tracę orientację w tym, kto jest na czasie w środowisku młodoliterackim.

I ja bym podzielił te nazwiska na dwie grupy. W pierwszej są na przykład Sosnowski i Zadura. A w drugiej Wojaczek i Stachura. To też dwa różne sposoby na „bycie poetą”. Ci, którzy wyrośli z Zadury i Sosnowskiego, mają większe skłonności do eksperymentowania z formą, do wszelkiej maści strukturalizmów, prędzej pójdą choćby w kierunku poezji zaangażowanej. Z kolei typ Wojaczka i Stachury to też pewna recepta na „bycie piszącym”. Konfesyjność, skłonność do wylewności, buntowniczy charakter, profetyzm, bardzo dużo uczuć, zdecydowanie mniej obserwacji.

Pewnie można znaleźć przykłady dowodzące istnienia prawidłowości, które wskazałeś. Choć osobiście jestem średnio przekonany do takich podziałów: linia Miłosza, linia Herberta; poezja zrozumiała, poezja niezrozumiała; barbarzyńcy, klasycyści. Ale rozumiem też, że mogą być one przydatne jako narzędzia krytycznoliterackie ułatwiające orientację.

Co cię najbardziej denerwuje, kiedy czytasz tomiki rówieśników?

Czytam zwykle na własny użytek, a nie z krytycznoliterackiego czy literaturoznawczego obowiązku. Jestem więc w tej dobrej sytuacji, że gdy nie znajduję w książce czegoś dla siebie, to ją odkładam, a po jakimś czasie o niej zapominam. No i nie za bardzo zwracam uwagę na to, czy czytam wiersze rówieśnika, czy może poety starszego pokolenia. Poza tym chyba nie ma we mnie żarliwości, która kazałaby mi się oburzać na czyjeś pisanie. Albo zacietrzewienia, jak wolisz. Co innego, gdy widzę, że coś jest najzwyczajniej w świecie słabe. Ale wtedy to jest mi po prostu smutno.

A co się najbardziej podoba?

Z przyjemnością czytam teksty, w których do głosu dochodzi poczucie humoru autora. Niektóre sprawy są zbyt poważne, by pisać o nich bez uciekania w żart, zgrywę. Ostatnio dobrze się bawiłem chociażby w trakcie lektury książek Piotra Przybyły, Wojciecha Brzoski, Marcina Świetlickiego czy Rafała Różewicza. Sam też pisząc Układ scalony, starałem się nie zanudzić czytelnika i nie przytłoczyć go nadmierną powagą. Dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy we wspomnianej przez ciebie nocie Karola Maliszewskiego o mojej książce przeczytałem: „Ma się ochotę krzyczeć. Można się też śmiać”. Nie będę ukrywał, o to mi chodziło.

Wróćmy do twojej ostatniej książki. Układ scalony to poniekąd zapis emocjonalnego nieprzystosowania do obowiązujących, w większości narzuconych zasad. Co cię uwiera w tym, ujmijmy to szeroko, „świecie”?

Obawiam się, że gdybym zaczął opowiadać, co mi nie odpowiada w tak zwanej rzeczywistości, to wyszedłby z tego nieznośny banał.

Twoje wiersze są wyznaniowe, wiele w nich wylewności, ale jednocześnie są pozbawione kiczowatej konfesji.

Rzeczywiście Układ scalony jest przez wielu czytelników odbierany jako osobiste wyznanie, mimo że próbowałem oddzielić opowiadaną historię od siebie – jako autora. W większości wierszy, jak pewnie zauważyłeś, posłużyłem się narracją w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Miejsce „ja” mówiącego zajęli bohaterowie – między innymi ojciec i syn. Ale pewnie tematy, które poruszam w książce – rodzina, stosunki synowsko-ojcowskie – skłaniają do tego, aby odczytywać ją za pomocą klucza autobiograficznego. Nie jest też tak, że przedstawiona historia zupełnie mnie nie dotyczy. Ale złożyły się na nią nie tylko osobiste doświadczenia, ale też zasłyszane opowieści, podpatrzone zdarzenia; a to wszystko poddałem hiperbolizującej obróbce.

Udało ci się dokonać jeszcze jednej ważnej sprawy, czyli przedstawić figurę ojca, pod którą podpisałaby się większość ludzi, których znam. Despoty, pedanta, wiecznie krytycznego i niezadowolonego hipokryty. Kim ten ojciec właściwie jest? Bo chyba nie tylko „ojcem”?

Przyjmę na siebie rolę adwokata diabła i będę bronić bohatera mojej książki. Wskazane cechy są w postaci ojca zawarte (nie zgodziłbym się tylko co do hipokryzji – choć jako autor, którego wiersz „wyszedł z domu”, niewiele już mam do gadania). Jednak za despotyzmem i pedantycznością mogą kryć się tęsknota za porządkiem i dążenie do ładu, który jest niemożliwy.

Popraw mnie jeśli się mylę, ale zastosuję jeszcze jedną analogię. Figura ojca to figura systemu, w którym dorastamy. Najpierw szkoła, potem początki pracy, pierwsze poważne doświadczenia, następnie pierwsze kroki na rynku pracy i wreszcie wejście w dorosłe życie. I ten system ciągle czegoś od nas wymaga, ciągle nas dyscyplinuje, mało kto potrafi sprostać jego oczekiwaniom, każe być najlepszym i unikać porażek. Tymczasem, ten system sam się rozpierdala w każdym możliwym miejscu. I w dodatku ten kto nim steruje, oczywiście zapomniał, że sam był na początku tej drogi…

Powiedziałbym trochę inaczej – że ojciec jest jedną z ulubionych figur władzy. Na różnych etapach życia można spotkać ludzi czy instytucje powołujące się przy wydawaniu rozmaitych dyspozycji właśnie na autorytet ojcowski.

Sprawozdawcze, krótkie, referencyjne wiersze to rodzaj recepty na beznadzieję, na przegadanie wszystkiego? Na rozlazłość formy?

Pewnie w ogóle gadamy więcej, niż jest do powiedzenia. Na szczęście ograniczanie się do słów, które są niezbędne, to przy pisaniu wierszy sprawa dość naturalna. Zwięzłość utworów w jakimś stopniu wynika też z mojego usposobienia i z tego, że pisanie nie przychodzi mi łatwo.

Jeszcze jedno. W jednym z wierszy nawiązujesz do Theodore Adorno i słynnej tezy o tym, że pisanie poezji po Auschwitz jest barbarzyństwem. Ty z nią w Układzie scalonym polemizujesz, ośmieszasz, piszesz antytezę, ale wyobraź sobie, że kilka miesięcy temu byłem na spotkaniu literackim, na którym ciągle powtarza się takie tezy. Z pełnym przejęciem i przekonaniem o ich słuszności.

Niemożliwość poezji to nie jest coś, co można by powiązać z jednym wydarzeniem. Literatura jest w ogóle bezradna w obliczu cudzego nieszczęścia. Co nie oznacza, że nie należy wówczas mówić, pisać. Dobrze, że wychodzą takie książki jak chociażby Nie Konrada Góry.

Chwileczkę – to znaczy, że pisanie nie może być aktem, który coś rekompensuje? Co w takim razie z poezją rewolucyjną (kiedyś), poezją zaangażowaną (dzisiaj)?

Wiersz może być wyrazem solidarności z innym – słabszym, skrzywdzonym, osamotnionym w swoim cierpieniu. Ale to współodczuwanie nigdy nie będzie pełne. Literatura może być formą – jak powiedziałeś – rekompensacji, ale w ograniczonym stopniu. Oczywiście to tylko moje przypuszczenia.

Ale mechanizmy postpamięci nie kończą się na Holocauście. To też forma uprawiania pamięci o PRLu, kult żołnierzy wyklętych, ten koszmarny antykomunizm naszych rówieśników. Dlaczego ciągle patrzymy do tyłu?

W samym spoglądaniu w przeszłość nie widzę jeszcze niczego złego. PRL znam przede wszystkim ze wspomnień rodziców, którzy – delikatnie mówiąc – nie mają zbyt dobrego zdania o dawnym ustroju. W dzieciństwie sporo czasu spędzałem ze swoim dziadkiem, więźniem obozów koncentracyjnych w Mauthausen-Gusen i Dachau, żołnierzem Wehrmachtu i (po dezercji z armii niemieckiej) Polskich Sił Zbrojnych w Wielkiej Brytanii. Jego opowieści zostały we mnie do dziś. Ale zupełnie inną sprawą jest wykorzystywanie historii w rozgrywkach politycznych. To jest oczywiście niegodziwe.

Ciągle jest tak, jak piszesz w jednym z wierszy: „Ojciec wierzy w Święty Kościół, Przesławny Uniwersytet/ i Mądre Państwo./ Święty Kościół, Przesławny Uniwersytet i Mądre Państwo/ przyglądają się ojcu z niedowierzaniem”. Ciągle wierzymy w czyjeś narracje, zamiast tworzyć nowe? Jesteśmy aż tak anachroniczni?

Potrzeba wiary jest bardzo ludzka. A wobec nowych narracji byłbym nieufny, podobnie jak wobec starych.


Jan Baron (ur. w 1985 r.) – autor dwóch książek poetyckich: Korekta (2010) i Układ scalony (2015). Jego wiersze ukazywały się w prasie (m.in. w „Odrze”, „Gazecie Wyborczej”, „Toposie” i „Śląsku”), a także w antologiach – ostatnio w Przewodniku po zaminowanym terenie (2016). Mieszka w Chorzowie.

 

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress