[rozmowa] Komeda i Kendrick – wywiad z Electro-Acoustic Beat Sessions // Spring Break 2016

Warto sięgnąć po płytę Electo-Acoustic Beat Sessions, przeczytać cały booklet , odnieść się do tytułu, zastanowić się czy historia nie lubi się powtarzać. Należałoby się zastanowić dokąd zmierza świat?  Marek Pędziwiatr i Sebastian Jóźwiak w rozmowie z Mateuszem Kalinowskim i Maksem Nałęczem o debiutanckiej płycie EABS Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda).

ddddd

dddd

dddd

Mateusz Kalinowski: Podczas festiwalu Enea Spring Break zagraliście koncert, który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem, zarówno wśród publiki jak i recenzentów. Jak się Wam grało na takim festiwalu, z takim materiałem?

Max Nałęcz: Dodatkowa wyjątkowość tego koncertu polegała na obecności pierwiastka związanego z Krzysztofem Komedą, który jest bohaterem Waszego najnowszego albumu. Graliście w mieście, w którym tworzył on swoje kompozycje. Czy siedziało to w Was podczas koncertu?

Marek Pędziwiatr: Przede wszystkim czujemy się dobrze ze sobą jako zespół. Oczywiście, ważne też na jaką publikę trafiamy podczas danego koncertu. Jeżeli ludzie oddają nam siebie, my też wtedy dajemy z siebie wszystko; taka zależność. Udało nam się uzyskać taki efekt, który zawsze był dla nas celem. Granie w miejscach, w których Komeda funkcjonował było dla nas pewnego rodzaju przeżyciem. Powiem więcej, jako pianista tego zespołu czuję dużą więź z tym człowiekiem. Krzysztof Komeda nie był przecież doskonałym pianistą, tak jak ja również się nim nie czuję. Jestem zwyczajnym twórcą. Myślę, że to wspólny mianownik. Dodatkowo istnieje takie zjawisko, jeśli chodzi o interpretację jego utworów, że dotychczas były one mniej lub bardziej odważne. My z kolei podeszliśmy do tego tematu tak, jakbyśmy się nie mierzyli z czymś ogromnym. Nie przeraziło to nas, po prostu czujemy, że to nasza muzyka, jakkolwiek to brzmi.

M.N. Nie czuliście dodatkowej presji mając świadomość, że w tym mieście rozpoznawalność twórczości Komedy jest o wiele większa niż gdzie indziej?

M.P. Kiedy zamknęliśmy pracę nad materiałem byliśmy pewni, że stworzyliśmy coś wyjątkowego, że przewróciliśmy tę muzykę do góry nogami. Ale następną misją było przekonanie ludzi do tego, że to nie jest tylko kolejne podejście do interpretacji utworów Komedy, kolejne zagranie Rosmery’s Baby.

Sebastian Jóźwiak: Mieliśmy wręcz bana na Rosmery’s Baby.

M.P. Tak, na płycie Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda) nie znajdziecie znanych kompozycji. Wykopaliśmy mniej znane utwory, skrawki tematów muzycznych, które byłe dotychczas rzadko interpretowane. Czasami jak mówię komuś, że zrobiliśmy tę płytę inaczej to ludzie nie wierzą. Myślą sobie: a znowu Komeda, nic nowego z tego pewnie nie będzie.

M.K Wśród ludzi czekających na Wasz koncert podczas Festiwalu Spring Break dało się słyszeć podobny sceptycyzm. Pytając się tych samych ludzi o wrażenia już po koncercie spotkałem się bardzo z pozytywnym odbiorem. Ludzie byli wręcz pod wrażeniem tego, w jakim stylu podeszliście do tematu twórczości Krzysztofa Komedy. Patrząc na to z jakiej muzyki wyrośliście, łatwiej można było was powiązać z rapem niż jazzem. Skąd taka metamorfoza i pomysł na tego typu kolaż muzyczny?

S.J. Dotychczas EABS był mocno związany z Wrocławiem, głównie z klubem Puzzle, a później Vertigo. Staraliśmy się na licznych sesjach rap czy soul transformować na jazz, otwierając formę i zaskakując samych twórców, których zapraszaliśmy na te sesje… ale tak, hip-hop to korzeń, na którym się kształtowaliśmy. Gdy Puzzle zniknęły z mapy klubowej Wrocławia, to był impuls do tego żeby spróbować pojeździć z zespołem. Tak graliśmy materiał Milesa Davisa, a potem zaczęliśmy testować Komedę. Mam wrażenie, że porzuciliśmy już świata stricte hip-hopowego grania; zresztą na sesjach EABS nigdy go nie było, zawsze staraliśmy się pchać to o krok dalej. Nowi słuchacze traktują nas jakbyśmy zaczęli grać wczoraj, jednak chłopaki grają praktycznie w tym samym składzie już od pięciu lat.

M.N. Zatrzymajmy się na chwilę właśnie przy środowisku, z którego wyrośliście. Hip hop kojarzy się ze stereotypowo z ulicą i surowością. Dużo w tym środowisku jest jednak muzyków, którzy posiadają gruntowne muzyczne wykształcenie, niepasujące do powszechnego obrazu. Jestem ciekaw Waszych muzycznych inspiracji, które pchnęły Was właśnie ku jazzowi?

M.P. Ktoś powiedział ostatnio, że hip-hop to muzyka amatorska. Z tego amatorstwa wyłaniają się dwa światy. Wywodzimy się z tej muzyki, ale są dwa rodzaje odczuwania i tworzenia tej tzw. amatorszczyzny. Możemy podchodzić do tej muzyki jako produktu, np. część raperów promuje różne marki, przedstawia w swoich utworów tzw. lifestyle melanżowy. Drugi rodzaj wynika ze swoistego naturszczyctwa. Wtedy można tworzyć muzykę w najpiękniejszy sposób. Osobiście przemawia do mnie ta druga opcja. Sam uważam się za tego typu muzyka: przez hip-hop odkryłem jazz. Zanim nauczyłem się grać na pianinie, robiłem najpierw bity.

M.K. Wydajecie płytę zainspirowaną twórczością tak wybitnego twórcy, jakim był Krzysztof Komeda. Myślicie, że dzięki temu łatwiej będzie Wam dotrzeć z tego typu ambitnym materiałem do potencjalnych odbiorców?

S.J. O dziwo nie nastawiamy się na pozytywny odbiór. Boję się, że mamy zbyt mało wrażliwe na taką muzykę społeczeństwo, aby odnieść spektakularny sukces z tą płytą. Według mnie trafi pewnie do niszy. Jednak chciałbym, żeby ta płyta odczarowała schematyczne myślenie o takiej muzyce i sprawiła, by ludzie sięgali do tego typu brzmienia. Na zachodzie już się to udaje, np. kluby w Los Angeles czy w Londynie są wypełnione ludźmi pragnącymi takiej muzyki. To nie są ludzie chcący słuchać kawałków o tym, że raper ma szafę pełną butów. Mnie osobiście takie wytwory totalnie nie interesują. Ostatnio Kendrick Lamar wydał płytę DAMN., która rozczarowała część jego fanów. Dlaczego? Ponieważ oczekiwali płyty podobnej do jego poprzedniego albumu To Pimp a Butterfly. Teoretycznie tamtą płytą Kendrick zrobił bardzo niebezpieczny krok, idąc w ambitną stronę będąc uznanym i mainstreamowym raperem. Ostatecznie okazało się, że warto było ryzykować, bo płyta trafiła na podatny grunt. Teraz wielu słuchaczy oczekiwało następnej płyty będącej jeszcze większym opus magnum. On tymczasem poszedł pod prąd i zrobił pytę na prostych patentach. Ona nie jest o wspomnianych wyżej butach. Na tej płycie są siermiężne bity, którymi zwyczajnie się jaram. Czuć tam brud i szlam, których szukam w każdym gatunku, nie tylko w hip-hopie. W muzyce chcę usłyszeć prawdę; wiem, trochę to brzmi pewnie jak komunał. Jednak słysząc trzy pierwsze wersy i ten rodzaj brzmienia, który nie umiem opowiedzieć: czuję, że moje ciało to czuje. Wiem, że Kendrick ma taką misję, że ludzie słuchając jego twórczości zastanawia się nad współczesnymi problemami Ameryki, np. nad kwestią tożsamości Afroamerykanów. Taka muzyka przemawia do mnie najmocniej.

M.N W Polsce też mamy swoje problemy społeczne: czy myślicie że nadchodzi czas, żeby chwycić za muzyczny oręż i zbuntować się? W latach 2005-2007 narzekano na zespoły punkowe, które nic nie robiły. Jak to jest w przypadku muzyki tworzonej przez Wasze środowisko: można liczyć na zaangażowanie, podobne do tego u wspomnianego Kendricka Lamara?

S.J. Dlatego warto sięgnąć po płytę Electo-Acoustic Beat Sessions, przeczytać cały booklet, odnieść się do tytułu, zastanowić się czy historia nie lubi się powtarzać. Należałoby się zastanowić dokąd zmierza świat?

M.P. To, co usłyszeliście podczas koncertu w ramach Spring Break to tylko pigułka, którą mogliśmy przekazać. Cała płyta jest konceptualnym zaangażowanym albumem. To wszystko jest pod skórą.

S.J. Dokładnie tak jak mówi Marek. Przykładowo: wykorzystaliśmy na płycie dialogi filmowe. Warto zadać sobie trud i obejrzeć film z lat 60, np. Barierę w reżyserii Jerzego Skolimowskiego, zobaczyć co wtedy artyści mieli do powiedzenia, skonfrontować to następnie z obecną rzeczywistością i zastanowić się czy nie dostrzegamy paraleli. To już zadanie słuchaczy, co z tym zrobią. Nie chcemy mówić jak interpretować płytę, ale chcielibyśmy pobudzić ich naszą muzyką do dyskusji nad kondycją świata.

M.N. Czy w związku z takim podejściem czujecie misję w swojej muzyce? Często pytam o to muzyków biorących na warsztat tego typu twórców. Zapewne wielu przyszłych odbiorców nie miało dotychczas większego kontaktu z twórczością Komedy lub z drugiej strony nie miało do czynienia z rapem. Zdarzyło Wam się usłyszeć, że zachęciliście kogoś do dalszych poszukiwań?

M.P. Od początku działaliśmy jako zespół składający hołdy. Co prawda, ostatnio stało się to dosyć modne. Często słyszymy o różnych koncertach będących hołdem dla artysty xyz. Trochę tego nie rozumiem, bo w większości przypadków nie czuć na tych koncertach głębi. To tylko muzyka dla muzyki, którą można zagrać, zarobić i potem iść do domu spokojnie spać. My czujemy misję, chcemy przekazywać dobre wibracje i nie gadać głupot. Na naszej płycie nie zagraliśmy kompozycji jeden do jednego. Osobiście pisałem od nowa teksty do utworów, do których nigdy nie powstały wcześniej słowa.

S.J. Co ciekawe Tomek Lach, spadkobierca Krzysztofa Komedy, wyraził aprobatę dla naszego pomysłu, ale najpierw chciał zobaczyć te teksty. Powiedział nam, że wcześniej do Komedy pisali Wojciech Młynarski, Agnieszka Osiecka więc poprzeczka jest wysoko postanowiona. Pan Tomek czyta po angielsku, Marek rapuje po angielsku, więc wysłaliśmy teksty do wcześniejszej akceptacji i wszystko było jak należy.

M.P. Wychodzi na to, że obecnie teksty do utworów Krzysztofa Komedy napisali Osiecka, Młynarski i Pędziwiatr.

S.J. Wiedząc jaki szeroki jest nurt postkomedowski nie chcieliśmy sobie wycierać nim mordy. Na wszystkich okładkach płyt „po Komedzie” praktycznie zawsze znajdziecie jego sylwetkę. My z tego chcieliśmy zrezygnować. Nie chcieliśmy, aby Komeda to zdominował. Do samego końca zastanawialiśmy się czy zostawić tytuł Letters to Krzysztof Komeda, ostatecznie zdecydowaliśmy się zachować ten podtytuł. Chcemy żeby ludzie mówili o tej płycie EABS – Repetitions. Nie chcemy odcinać kuponów od twórczości Komedy.

M.P. Nieprzypadkowo nazwaliśmy to listami do Krzysztofa Komedy. To informacja wysłana do niego, napisana jego językiem, ale wysłana przez nas.

M.K. Festiwale takie jak Spring Break rządzą się swoimi prawami: dużo tutaj nowych artystów zaczynających swoją sceniczną karierę. Macie jakieś przesłanie dla muzyków chcących tworzyć zaangażowaną muzykę?

M.P. Właśnie, zaangażowania? Trzeba ich na to naprowadzić. Warto żeby artyści pamiętali o tym, żeby ich muzyka nie była tworzona tylko dla samej muzyki. Tak jak powiedział Keith Jarret: muzyka nie powstaje z muzyki, tak jak dzieci nie powstają z dzieci. Ten sposób wykonywania muzyki przekłada się potem na ich późniejszą twórczość. Wydaje mi się, że powinno tworzyć się tak, aby coś z tej muzyki komuś zostało.

S.J. Zauważyłem, że mało kto chce mieć obecnie swój styl. Dobrze widać to na przykładzie hip-hopu. W latach dziewięćdziesiątych praktycznie wszystkie składy, które wydawały były różnorodne. Ktoś kto słuchał Wu-Tang Clan rozkminiał to na swój sposób i chciał być inny od kolegów tworzących rap na sąsiednim osiedlu. Teraz mamy często do czynienia z kopiowaniem stylu. Często słyszymy, że ktoś jest polskim kimś. Trzeba znaleźć swój unikatowy motyw. Można zawojować polski rynek muzyczny i być taką Margaret, czyli polską Rihanną, ale czy o to chodzi? To wszystko wynika z naszych kompleksów. Dlaczego Komeda odniósł światowy sukces? Stwierdził kiedyś, że w jego duszy gra romantyczny charakter, który możliwe wynika ze zbyt długotrwałego słuchania Chopina. Miał w sobie ten słowiański sznyt, który gdy pojechał do Danii i wydał album, okazał się motorem napędowym jego sukcesu. Był jedyny w swoim rodzaju. Według mnie na tym można budować swoją karierę. Zwłaszcza dzisiaj, dzięki dostępowi do internetu jest to o wiele łatwiejsze. Podam przykład Bitaminy: dlaczego nagle, gdy ludzie dotarli do ich twórczości, zrobił się na nich hype? Nie ma obecnie drugiego takiego zespołu, który mówi w swoich tekstach o tym co oni, nie ma takiego drugiego wokalu itd. Jako wydawca nie chciałbym inwestować swoich pieniędzy w coś co jest zwykłe. Unikalność i swoisty sznyt, to przepis na sukces.

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress