[recenzja] Dziewięćdziesiąt dziewięć. Iga Michalska.

99

Pomysł na drabble pochodzi z Monty Python’s Big Red Book i odnosił się pierwotnie do żartobliwej formuły konkursu na najszybsze napisanie powieści. Wkrótce wytyczne rozgrywek ewoluowały, a nazwa zaczęła oznaczać króciutką formę prozatorską, zamkniętą w dokładnie stu słowach. Krzysztof Maciejewski, pisarz opowiadań fantastycznych, związany z wydawnictwem FORMA, napisał, w uznaniu dla twórców absurdalnego humoru, zbiór Dziewięćdziesiąt dziewięć zawierający łącznie ze wstępem sto drabbli, a więc tysiąc słów tekstu.

 

We wstępie wyjaśnia czytelnikom swoje pobudki. Chciałby w swoich drabblach, w ich lapidarnej formie, zawrzeć kwintesencję znaczeń świata. To ambicja godna mędrca i poety: jak mówiąc najmniej, powiedzieć najwięcej. Tak też każde z tych małych opowiadań ma zawrzeć w sobie jakieś rozpoznanie na temat człowieka, społeczeństwa, kultury, natury; powinno nas zadziwić, poruszyć, zmusić do refleksji.  Chociaż właśnie lapidarność i skrótowość owych literackich drobiażdżków otwiera przed pisarzem ciekawą drogę, nie do końca rozumiem wybory Maciejewskiego, dotyczące tematów poszczególnych drabbli, które przecież przedstawić miały świat.

W moim odczuciu prawdy, które odkrywa przed nami autor w większości są trywialne, intrygi – nieprzekonujące, a problemy – odległe. Dużo miejsca pisarz poświęca przedstawieniom uniwersum ludzkiego wnętrza, psyche. Korzysta przy tym z poetyki symbolistów, roztacza przed czytelnikiem krajobrazy stanów psychicznych, tworzy całą geografię mentalności. Powołuje do życia takie twory jak Szafarki Myśli, mieszkające za Cyplem Niepokoju, Otchłań, w której niszczy się niechciane myśli, czy Morze Marzeń – pływają w nim strzępy ludzkich pragnień. Ciężko byłoby przyznać, że te podróże w głąb naszej podświadomości są udane. Autor przejawia także pewną fascynację makabrą i groteską. Jednak nie potrafię odnaleźć w figurach trędowatego kochanka, demona zakochanego w opętanej ofierze ani w figurze głowy prowizorycznie przytwierdzonej taśmą do ciała żadnej wartości, czy to egzystencjalnej, czy humorystycznej. W zbiorze natrafimy także na opowiastki zahaczające o futurologię, lecz również tam zaproponowane rozwiązania nie przykuły mojej uwagi.

Dziewięćdziesiąt dziewięć jako próba uchwycenia fenomenu świata wydaje mi się zbyt chaotyczna i pozbawiona spajającego całość pomysłu, aby mogła okazać się udana. Byłabym jednak nieszczera, gdybym nie wspomniała o tym, że niektóre drabble zawarte w tej antologii uważam za celne i błyskotliwe.

Bardzo podoba mi się obserwacja degradacji znaczenia tytułowej klepsydry, która kiedyś była symbolem przemijania i bezwzględnego memento mori, dziś związana jest z płytkim zniecierpliwieniem towarzyszącym ślęczeniu przed monitorem komputera. Ciekawa jest również sugestia autora dotycząca mitologicznego Syzyfa, który pomimo swojej niewoli i przerażającego bezsensu pracy, może liczyć na łaskę, którą sam sobie wyświadcza. Katorga pozwala potężnieć jego mięśniom i być może kiedyś będzie mógł przerzucić głaz na drugą stronę góry.

 


 

Iga Michalska

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress