[recenzja] Paraliż przysenny. Genowefa Jakubowska-Fijałkowska.

Paraliż przysenny - Genowefa Jakubowska-Fijałkowska.

Genowefa Jakubowska-Fijałkowska wydaje Paraliż przysenny w roku swoich 70 urodzin. Nie przytaczam tego faktu kierując się protekcjonalnymi pobudkami. Choć, poniekąd, miałoby to jakiś sens w czasach, gdy twórców starszych, którym nie udało się dopchać do soboru mędrców rodzimej literatury, traktuje się z góry, pobłażliwie. Kojarzeni są z przaśnymi kołami poetyckimi w gminnych domach kultury, antologiami poezji wiejskiej, cotygodniowymi spotkaniami komórek Związku Literatów Polskich. Liczba ta jest formalnym przypomnieniem, że mamy do do czynienia z osobą, która „ma już nagrobek na Wesołym Cmentarzu”. Wiek pojawia się tu wyłącznie na wypadek, gdyby ktoś kwestionował rażącą „prawdziwość” treści tomiku.

Owszem, „prawdziwy” to przymiotnik prostacki i efemeryczny. Niemniej, w świetle piorunującej intensywności Paraliżu przysennego jest to jedyne określenie, jakie nasuwa mi się na usta ilekroć podejmuję desperacką próbę podsumowania jego treści. Młoda poezja nigdy nie stroniła od brutalności, uwieczniania deformacji i patologii. Ostatnimi laty żaden portret depresji, psychozy, anoreksji ani dezintegracji uczuć nie wywołał na mnie wrażenia tak intensywnego, jak ten literacki przekład rozkładu, poetycki prolog śmierci. Dzieło Jakubowskiej-Fijałkowskiej to fotograficzna dokumentacja ostatnich lat życia. Fakt, że została poddana wersyfikacji, stanowi kwestię drugorzędną.

Wiek autorki nie czyni jej automatycznym autorytetem, niezakwestionowaną wyrocznią. Nie próbuje ona zresztą pretendować do takiego miana. Dojrzałość nie jest źródłem wiedzy, mądrości. Tomik w żadnym wypadku nie przypomina łabędziego śpiewu Miłosza czy Różewicza. Ci w ostatnich latach życia pełnili rolę sędziwych proroków, celebrowanych przez całą narodową kulturę; Wnoszonych na ołtarze, nieco a rebours wyznaczających bieg literatury dla następujących pokoleń. W Paraliżu przysennym mamy wolny od złudzeń dekadencki flirt ze śmiercią, przeprowadzony bez ogródek, eufemizmów i kokieterii. Autorka zbliża się do najczarniejszego punktu ludzkiej egzystencji w sposób, powtórzę się, „prawdziwy”; sposób szczery, bez politowania wobec czytelnika tomiku. Nie ma w Paraliżu przysennym choćby odrobiny gracji, ani akceptacji, ani ukojenia. To studium rozkładu przeprowadzone pod oświetleniem prosektoryjnych jarzeniówek. Auto-wiwisekcja rozpoczęta bez znieczulania, w pierwszym wierszu:

Sypią mi się włosy

jak po chemioterapii
to nie rak

to starość kurwa starość

Zanim pojawią się zarzuty taniej brutalności, należy zaznaczyć, że Jakubowskiej-Fijałkowskiej daleko jest do prowokatorki. Nawet jeśli część wierszy jest ekstremalnie wręcz lubieżna. W tym też punkcie można przytoczyć pozaliteracki kontekst, to jest wspomniany wcześniej wiek autorki. Ułomność staje się siłą – poetka, najzwyczajniej w świecie, nie ma nic do stracenia. Pozbywa się filtrów, które pozbawiają jej zagłębić się w odmęty, w które nigdy nie zapuściliby się młodsi twórcy; tudzież, zrobiliby to w sposób niezręczny, naiwny, wtórny, lub szarlatański. Pozbawiona hamulców autorka wypuszcza tomik ociekający bluźnierstwem.

ten diabeł ciągle mąci

przecina mi skórę na dłoniach
papierem śniadaniowym i opuszki palców

i jest między nogami

ucina mi kawałek łechtaczki
maszynką do chleba

(…)

w tym głodzie szaleństwie opętaniu
pocę się czerwoną krwią

podobna do Jezusa

Artystom dopuszczającym się profanacji obiektów kultu chrześcijańskiego zarzuca się tchórzostwo, obieranie łatwego przeciwnika, który nie pomści świętokradztwa fatwą. Ta, skądinąd durna i wyświechtana, argumentacja traci sens w kontekście wierszy takich, jak:

Bóg powrócił do miasta

i mężczyzna
szukam go (boga i mężczyzny)

w Istambule na lotnisku
palę w miejscu wydzielonym

(…)

minarety wbijają się we mnie wieżą wysoką
jak penis boga

gdy na lotnisku w toalecie spuszczam
dżinsy rajstopy majtki i sikam

Autorka przebyła tysiące kilometrów spirytualistycznego wojażu. Tomik podsumowuje lata poznawania i przetwarzania religii – rozprawia się z mitologią chrześcijańską, islamską, buddyjską. Jest podsumowaniem dekad eksploracji i introspekcji. Końcowe wnioski są wyprute z wiary i nadziei.

Nie brakuje erotyzmu – brutalnego i satanicznego. Ktoś powie, że obnażenie seksualności ludzi starszych jest odważnym łamaniem tabu, manifestem ludzi, których pruderyjne, celebrujące młodość i piękno społeczeństwo pozbyło łechtaczki, orgazmu, pożądania. U Jakubowskiej-Fijałkowskiej jej seksualność jest żywa, oddychająca, a jednocześnie splugawiona, nadszarpnięta zębem czasu, oddalająca się. Znowu odczuwamy dyskomfort – nie tyle stawieni naprzeciw pożądania osoby starszej, a raczej naprzeciw rozgoryczenia i frustracji kogoś, kto jest ze swojej płciowości i pasji publicznie obdzierany. Przez czas, społeczeństwo, ułomność homo sapiens.

pod siedemdziesiątkę znowu się z tym wszystkim pierdolę
z farbą do włosów jak wtedy z krwią

Kosmetyki stają się medium pomiędzy życiem i śmiercią. To ekstremum antropomorfizacji. Zarys cielesności został wybebeszony z wszelkiego rodzaju poetyzacji, przedstawiony został językiem zaczerpniętym ze słownika anatomii, aktu zgonu.

To lektura wycelowana w czytelnika. Przeszywa go na wylot – jej intymność jest uciążliwa. Starczy tragizm – przerażająco nieprzyswajalny i obcy dla człowieka młodego. Konkluzją Porażenia przysennego jest samoświadomość, której próbujemy się wyprzeć. Która zalega w nas jak kolka, którą próbujemy bezsilnie wykrztusić. Dla ludzi młodszych ta lektura może zdawać się egzaltowana i zbrutalizowana, może nawet nierealna. Jest to zetknięcie ze śmiertelnością przedstawione w sposób radykalny, przywodzący na myśl film Obrzędy Intymne Zbigniewa Libery. Tam postęp zniedołężnienia był zupełnie inny – degenerację oglądaliśmy oczami autora dokumentu. Tutaj wiwisekcji dokonuje sam podmiot – autorka sama rozcina naskórek i otwiera przed nami własną tkankę.

Wiersze czasem zdają się opisywać prozaiczne sceny z życia, powtarzane od lat, z każdym rokiem nabierające coraz to bardziej makabrycznego wydźwięku. Poetka wypluwa je – gwałtownie, bez jakiejkolwiek interpunkcji, jednak świadomie i składnie, jak gdyby odmawiała pacierz, odprawiała rytuał. Płonna cykliczność i rutyna nie są już symptomami apatii – są jakby formą ostatniego namaszczania: Jakubowska-Fijałkowska wykłada na stół sekcyjny pozostałości swojego życia, ociekające wszechobecną krwią, gnijące już i cuchnące. Starość jest tytułowym paraliżem przysennym – paranoicznym, okrutnym limbo w którym zwisamy, z którego nie jesteśmy w stanie się wybudzić.

Genowefa Jakubowska-Fijałkowska, Paraliż przysenny, Mikołów 2016, wyd. Instytut Mikołowski

 


 

Max Nałęcz

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress