[recenzja] Państwo przodem. Rafał Różewicz.

szara

Kiedy piszę tę recenzję po maciupeńkim półświatku młodej polskiej poezji (tej poniżej trzydziestego roku życia) roznoszą się echa decyzji Rafała Różewicza o końcu „2Miesięcznika. Pisma ludzi przełomowych”. „2Miesięcznik” był autorskim konceptem poety, periodykiem publikującym raczkujących autorów urodzonych na pograniczu zmiany ustroju. Celem tego karkołomnego przedsięwzięcia było zarysowanie jakiegoś pokolenia, znajdującego wspólny mianownik w twórczości literackiej.

Redagowanie pisma wypełniło Różewiczowi czas pomiędzy premierą jego debiutanckiego Product Placement i ukazującego się właśnie Państwo przodem. Próba wyklarowania generacji pisarzy zakończyła się fiaskiem. Sam autor, w tak zwanym międzyczasie, stał się lepszym poetą. Może mieć to dużo wspólnego z rolą, w którą przez ostatnie półtorej roku się wcielał – redaktora próbującego odnaleźć spójność w nawale napływających tekstów.

Product Placement był zamysłem podobnym do nieszczęsnego „2Miesięcznika” – szlachetnym, ale też szaleńczo brawurowym. Udanym raczej połowicznie – brakowało tym poniekąd dobrym wierszom „puenty”, takiej, o którą urżnięty Gustaw Holoubek dopytuje się urżniętego Tadeusza Fijewskiego w hasowskiej ekranizacji Pętli Hłaski. Dostrzegałem w czynieniu bohaterami wierszy antropomorfizowanego sprzętu AGD tę natrętną potrzebę transgresji, wyłamania się z pewnych etosów. Przede wszystkim paradygmatu narcystycznego poety wybebeszającego się w akcie ekshibicjonistycznej introspekcji, twórczości, której redaktor czasopisma młodych twórców musi pochłaniać toksyczne ilości. Potrzebę być może zaspokojoną, niestety kosztem estetyki samego wiersza.

Tytuł nowego tomiku z miejsca sugeruje utrzymanie zdystansowanej pozycji. Różewicz przepuszcza kogoś przed siebie, znowu oddelegowuje plejadę dziwnych podmiotów – materialnych i niematerialnych. Po raz kolejny przez większość tomiku trzymając swoje ego na zapleczu. Tym razem, w końcu wyłania się naprawdę sprawny obserwator rzeczywistości.

Noworudzki poeta znowu wyciąga z otoczenia banalne, często bezużyteczne przedmioty i nadaje im cechy totemu wchłaniającego absurdy rzeczywistości. Podobne próby podejmował w swoim [beep] Generation Tomasz Bąk, w lepszych fragmentach tomiku, równie skutecznie. Można by przytoczyć jeszcze parę nazwisk i publikacji (od Pułki po Dymińską) o podobnych aspiracjach i, proszę bardzo, może mielibyśmy zarys jakiejś generacji, którą z mórz schyłkowego egotyzmu bezskutecznie próbował wyłowić redaktor „2Miesięcznika”. Problem tkwi w tym, że z reguły są one dużo gorsze od ekspozycji Bąka i Różewicza. Tym samym, wizja ujednoliconej Młodej Polskiej Poezji pozostaje mirażem.

Należy zaznaczyć, że w swojej drugiej publikacji Różewicz nie wyklucza się całkowicie ze swojego poetyckiego terytorium. Na wesołym panteonie rodzimej poezji pojawia się kolejne autorskie alter ego – Księgarz. W bliskim sąsiedztwie Człowieka Pizdy z [beep] Generation.

Pilnuję, by ktoś nie uszedł z „Życiem
na Gorąco” lub z książką ubraną w płaszcz,
jakby wykradał tajne akta członków ruchu oporu.

 

(fragm. wiersza „Księgarz opowiada o sobie”)

 

Księgarz jest obserwatorem – i częścią – banału trywialnej rzeczywistości. Jego obserwacja Polski AD 2016 nie prowadzi do żadnych konkluzji – jego dysertacja zamienia się w odę do absurdu, która kumuluje się z kolejnymi wierszami. Eksploduje na samym końcu, kontrapunktową pieśnią Remont poranka u Reinera Kunzego:

 

i w ciszy młotków wbijających do głowy świat
szklanych biurowców (tak przezroczystych jak tylko mogą być
konta we wnętrzu finansowych piramid
u podnóża Alp)               w kałużę sensu
cccccccccccccccwpaść

 

Sens to nie ta kaczuszka, co poprzednim razem.
Sens to kaczuszka, która nurza się w wodzie,
a z wody wystają jej tylko nóżki i macha tymi
nóżkami, jakby wzywała pomocy. Kiedy ta na to (jak Tanatos):

 

Hajs się musi zgadzać.
Szajs się musi zgadzać.
Hajs się musi zgadzać.
Szajs to bzykać się za hajs.

 

Poetyka Państwa przodem jest bardzo gęsta, metaforyka mocno wyostrzona. Nie popada w awangardową enigmatyczność, bywa niemalże prostacka, korzystająca z symboli, sygnałów i komunikatów praktycznie jednoznacznych. Mieszanie miłości i komunizmu to komunał sam w sobie – od całego socrealizmu, przez Fridę Kahlo, „Back in the USSR”, aż po Kusturicę. Tymczasem, Różewicz tworzy z tych klisz jeden z lepszych erotyków, jakie ostatnio czytałem.

Zrzuciła kolce jak kołdrę i stanęła naga,
bezbronna na wysokości twoich oczu,
zamyślonych i odległych jak łagry na Syberii.

 

Chcę znów coś przeskrobać, by się w nich znaleźć;
transsyberyjska przejeżdża przez mój mięsień
usilnie pracuje na twe względy, czerwoną sukienkę
koloru sztandaru. Jeszcze nie raz, mam nadzieję,
zawiśnie na krześle (…)

 

(fragm. wiersza „Para przy dziale obsługi klienta historii”)

 

Państwo przodem to tomik upolityczniony, ale wolny od demagogii i agitacji (poza pojedynczymi wpadkami, vide Kącik szachowy). Różewiczowi daleko do bojownika sprawiedliwości społecznej – zamiast szturmować mury systemu kapitalistycznego, struktur klasowych czy gospodarki neoliberalnej, staje się jej symbiontem, bakterią w jej trzewiach. Bezwstydnie wykorzystuje dyskurs polityczny dla rozbudowania języka swojej twórczości. Jak by nie patrzeć, jest to skrajna antyteza głosów wołających o większe zaangażowanie środowiska w sprawy obywatelskie. Polityka u Różewicza nie jest monstrum żywiącym się krwią i bebechami robotników. Jest urządzeniem, budową i funkcjonalnością przypominającym telefon komórkowy, gadżetem w rękach drwiącej rzeczywistości.

Różewicz poezję dostrzega wszędzie. To poeta z oczami dookoła głowy, fotografujący rzeczywistość, wywołujący ją w uniwersum swoich wierszy. Otrzymujemy obrazy pełne detali, w których każdy szczegół egalitarnie otrzymuje swoją przestrzeń. Autor wydobywa poetyckość z ludzi i przedmiotów, tak martwych i żywych, z każdej interakcji między jednym i drugim. Uwypukla pajęczynę, którą jest codzienną mową między systemami i mikrokosmosami codzienności. Jeszcze raz podkreślę: robi to za pomocą znaków, które są przejrzyste. Różewicz podobno kiedyś rapował – z rapu ewidentnie wyciągnął świadomość, że vox populi nie posługuje się mętną metaforyką i akademicką/formalistyczną terminologią. Nawiązuje z nią dialog jej własnym, spauperyzowanym językiem.

Przypomina mi się pewne spotkanie autorskie w tak zwanym średnim ośrodku miejskim. Dojrzalszy wiekiem miejscowy literat wypowiadał się o nowoczesnej poezji; o trawestujących ją białych wierszach i jej nieprzyswajalności. Z żalem wypowiadał się o porzucanych mickiewiczowskich wzorcach. Kolejne kieliszki wódki czyniły jego lamentacje coraz bardziej gorzkimi, osiągając kulminację w postaci stwierdzenia, że nowoczesna poezja poezją tak naprawdę, nie jest – jest reportażem. Termin ten pasuje do autora Państwo przodem idealnie – Różewicz jest reportażystą; fachowym i bezwstydnym. Dzisiaj ze zrezygnowaniem przygląda się upadkowi idei poetyckiej wspólnoty. Jutro jego obserwacje mogą przynieść kolejny ważny tomik.

Rafał Różewicz, Państwo przodem, Warszawa 2016, Wyd. Fundacja Duży Format

Max Nałęcz

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress