[rozmowa] Rozhamowanie – wywiad z Rudką Zydel

Jest w tym też coś na kształt rosyjskiej ruletki, bo nigdy nie wiem do końca, jak widownia zareaguje. I najfajniejsze jest chyba to właśnie, że kiedy mówię o rzeczach bardzo intymnych, nie dzieje się nic. Nie ma krzyku, linczu, zbiorowego potępienia – mówi Rudka Zydel w rozmowie z Maxem Nałęczem.

Max Nałęcz: Czy Rudka Zydel istniała jeszcze przed twoim pierwszym slamem, czy też narodziła się jako alter ego dla tej działalności?

Rudka Zydel: To zależy, co masz na myśli. Pseudonim powstał na potrzeby slamu. Bardzo wiele osób z nich korzysta. Zdarzało mi się, szczególnie na początku, poruszać na slamach tematy dosyć osobiste, więc pseudonim był przydatny. Pozwalał się trochę ukryć, tym bardziej, że bardzo długo nikt z moich znajomych i bliskich nie wiedział, że slamuję. Osobna kwestia to Rudka Zydel jako postać, bo nią też przecież jest. Z jednej strony — będąc nią — jestem w dużej mierze po prostu sobą. Czasami może mniej lękliwą, bardziej dosadną. Mogę sobie w tej postaci rozładować różne frustracje i lęki. Rozhamować się trochę. Przez Rudkę mi się ulewa. Z drugiej strony, to jest jednak jakiś performans, jest element kreacji na scenie. Trudno mi tylko powiedzieć, na ile tego stwarzania siebie jest rzeczywiście więcej niż w normalnym życiu. Wszyscy w coś gramy z ludźmi.
Czy kiedy pierwszy raz występowałaś na slamie, doszukiwałaś się w nim przestrzeni pozwalającej na wyrażenie rzeczy, których w codziennej komunikacji nie mogłabyś wyrazić z taką łatwością? Czy tam motywacja górowała nad ideą rywalizacji i elementami artystycznymi?
Na pewno tak. Bądźmy szczerzy: zdecydowanie należę do osób, które instynktownie szukają aprobaty u innych ludzi, więc element rywalizacji też był istotny. Może nawet nie rywalizacji sensu stricto, co natychmiastowej reakcji, bo na slamie od razu wiadomo, czy coś działa, czy jest dobre. Bardzo późno zorientowałam się, jak porównywanie się z innymi ludźmi działa mi na psychikę i właściwie do tej pory próbuję to jakoś w sobie zdusić, ponieważ to jednak niezdrowy nawyk. Perspektywa porażki, a przede wszystkim odrzucenia, totalnie mnie przeraża. Dlatego też o pewnych rzeczach łatwiej mi gadać na slamie, stojąc przed obcymi ludźmi. Slam też mnie nauczył, że porażki w końcu przestają boleć. Są przykre, ale też dużo bardziej przerażające, zanim się wydarzą. Po fakcie okazuje się, że nic takiego się nie stało.
Inna rzecz to slam jako miejsce, gdzie można mówić o rzeczach ważnych. Mówić i rozmawiać o nich. A mam wrażenie, że ludzie coraz rzadziej to robią. Dzielą się milionami zbędnych, nieistotnych informacji. Sama też to robię, bo tak jest łatwiej, wtedy nic nie swędzi, nic nie boli, nikomu nie odsłaniasz niczego miękkiego. A czasem bym chciała po prostu powiedzieć, że się boję. Albo że czegoś chcę.

 

Mam wrażenie, że wiele z twoich tekstów ma w sobie choćby zalążek prowokacji — kiedy wchodzisz na grunt pewnych zjawisk społecznych bądź eksponujesz naprawdę delikatną tematykę. Czasem można doszukać się intencjonalnego rzucenia wyzwania publice, popchnięcia jej do autorefleksji i dyskusji. Jak często zdarzają ci się poslamowe konfrontacje?
Od dłuższego czasu praktycznie po każdym slamie ktoś do mnie podchodzi, często zagadują też w trakcie przerwy. Ma to swoje dobre i złe strony. Do tej pory pamiętam, jak po pierwszym wygranym slamie podszedł do mnie chłopak i poprosił o kartkę z moim tekstem. Powiedział, że ma przyjaciółkę, która powinna go przeczytać, że tego potrzebuje bo jest w podobnej sytuacji. To zostawiło mocny ślad, bo tekst był bardzo osobisty i po raz pierwszy coś takiego mi się zdarzyło. Tekst o usypianiu psa napisałam, bo nie miałam co zrobić z emocjami po jego śmierci. Miałam wrażenie, że mówiąc o tym w domu, sprawiam mojej rodzinie ból. Więc wydusiłam to z siebie i przelałam na papier. Z początku w ogóle nie chciałam go czytać na slamach, ale potem okazało się, że do ludzi to dociera. Że jakoś rozumieją, o czym mówię w tym tekście. W trakcie czytania są bardzo cicho, jakby się telepatycznie umówili na bezgłos. A potem instynktownie podchodzą i mówią: „Też tak mam”.
Inaczej rzecz ma się z tekstami bardziej publicystycznymi, poruszającymi jakieś społeczne czy obyczajowe tematy. Tu bywa różnie. Rzadko mówię o nich na poważnie, zawsze jest w tym jakiś sarkazm, jakiś czarny humor, więc ludzie reagują żywiołowo. Zaczepiają w drodze do kibla, żeby dać mi znać, że im się podobało albo nie. Odkrzykują, co samo w sobie jest dobre, bo chyba najbliższe idei slamu. Pod osłoną żartu wyrażam jakąś swoją opinię, mówię o tym, co mnie, a może nas wszystkich, wkurwia. Składam cięte riposty, które nie przychodzą mi do głowy, kiedy są naprawdę potrzebne. I ludzie się z nimi zgadzają albo nie. Ale to oznacza też, że skraca się między nami dystans.

Wspominałaś kiedyś, że zajęło ci trochę czasu, zanim wygenerowałaś swój własny styl. Na czym ta krystalizacja polegała? Czy miał miejsce jakiś przełom, czy było to raczej świadome szlifowanie formuły, którą w końcu udało się dopracować do oczekiwanej postaci?

Nie trudno się zorientować, że na slamach, szczególnie knajpianych, teksty humorystyczne działają lepiej. Bardzo długo mnie to frustrowało, wydawało mi się, że śmieszny tekst zawsze wygra, nawet, jeśli będzie głupi. Nie chciałam pisać głupich tekstów. Mam nadzieję, że nadal tego nie robię. Zaczęłam więc eksperymentować z formą. Odsłaniać się, mówić jakąś prawdę o tym, co czuję i co myślę, ale w prostszej i bardziej bezpośredniej formie. Trochę sobie przy tym z siebie kpiąc. I zadziałało. Zaczęłam pisać mniej więcej tak, jak sama mówię, przestałam się zasłaniać metaforą. Przestałam pisać tak, jak sobie wyobrażałam, że powinny brzmieć wiersze. W ogóle przestałam kategoryzować na siłę to, co piszę i dopasowywać się do jakiegoś określonego gatunku. Zamiast tego bawię się brzmieniem słów, tworzę jakiś obraz w głowie osoby, która tego słucha. Albo przeklinam, jeśli uważam, że to potrzebne. Są rzeczy, o których trzeba mówić prosto z mostu.
Czasami prowokuję, to prawda. Bo lubię wybijać ludzi z rytmu, wsadzać kij w mrowisko, zaburzać zastaną konstrukcję. Jeśli chociaż jedną osobę zmusi to do myślenia — super. Jest w tym też coś na kształt rosyjskiej ruletki, bo nigdy nie wiem do końca, jak widownia zareaguje. I najfajniejsze jest chyba to właśnie, że kiedy mówię o rzeczach bardzo intymnych, nie dzieje się nic. Nie ma krzyku, linczu, zbiorowego potępienia. Jest w tym coś w rodzaju zrozumienia. To pomaga.

Przyznajesz, że odkrycie slamu poprzedziła u ciebie fascynacja stand-upem…

Tak. Przeszłam przez fazę przekopywania najgłębszych czeluści Youtube’a w poszukiwaniu nagrań Dave’a Chappelle’a i Eddiego Izzarda. Na dobrą sprawę nauczyłam się czegoś od obu.

Wiele osób doszukuje się w twoich performansach połączenia stand-upu i literacko/publicystycznej formy.

Pewnie mają rację, zdarzyło mi się występować na komediowych open mike’ach.

Czy więc za twoją slamerską twórczością stoją też jakieś konkretne literackie inspiracje? Flirtowałaś z poezją bądź prozą przed obraniem tej performatywnej ścieżki?

Piszę, odkąd pamiętam właściwie; pisałam pamiętniki, miałam kilka blogów, pisałam krótkie historyjki i felietony. W liceum wylądowałam w klasie politologiczno-dziennikarskiej. Choć trzeba przyznać, że wiersze to chyba ostatnia rzecz, o którą można by mnie w tamtych czasach posądzić. Szkoła dosyć mocno obrzydziła mi poezję, szczególnie polską. I na pewno nie jestem jedyna pod tym względem. Sadystyczne znęcanie się nad młodzieżą za pomocą polskich pożal-się-boże romantyków nie wzbudza ciepłych uczuć wobec poezji jako takiej. Poza tym patos wydawał mi się tandetny, hormony musiały ze mnie zejść, żeby mi przeszła charakterystyczna dla wieku trądzikowego szydera wobec wszystkiego, co poważne. Podziało się kilka różnych rzeczy, jak sądzę. Z jednej strony, na Erasmusie zaprzyjaźniłam się mocno z chłopakiem, który okazał się świetnym poetą. Od niego po raz pierwszy usłyszałam o beatnikach, obejrzałam film Skowyt z Jamesem Franco i uznałam, że właśnie tak powinno się czytać wiersze. Z drugiej, złapałam bakcyla stand-upu. Eddie Izzard pokazał mi, jak można improwizować, bawić się humorem całkowicie absurdalnym i mieć kompletnie w nosie opinie innych ludzi. Dave Chappelle mówił o rzeczach ważnych, jak przemoc, podziały klasowe czy rasizm w sposób inteligentny i nieskończenie zabawny. Tak trafiłam na jego wywiad w programie Inside The Actors Studio, który oglądam sobie co jakiś czas. To jedna z najmądrzejszych rozmów, jakie kiedykolwiek w życiu słyszałam. I przez podobne filmy na Youtubie dotarłam do jego występu w programie Def Jam Poetry. A stamtąd do slamu już tylko krok. Wykończeniówka w tym wypadku to fakt, że po prostu lubię słuchać ludzi. Obserwować ich i słuchać jak gadają. Jakich używają słów, jakiej gwary, o czym myślą. Lubię taki nieprzefiltrowany, potoczny język. I humor rzeczy prozaicznych, które czasem są piękne. Tak trochę jakby Masłowska miała dziecko z Kuczokiem.

Jak wspominasz swój pierwszy slam? Kiedy i gdzie się odbył?

Pierwszy slam to był rok bodajże 2012, dosyć późno jak się potem dowiedziałam. Kraków, Kolanko no. 6 na Kazimierzu, Slam w Magazynie Kultury. Prowadził Kamil Szaflarski. Po kilku miesiącach spędzonych na widowni uznałam, że najwyższy czas spróbować wystąpić. Nie pamiętam już z czym wyszłam, mógł to być jakiś pensjonarski wylew o miłości albo tekst o biciu dzieci. Odpadłam w pierwszej rundzie, chociaż bez jakiegoś wstydu. Pamiętam, że występowali wyłącznie faceci, często wciąż ci sami. To też było coś, co mnie motywowało do występów. Żeby im to kółko adoracji wzajemnej trochę rozbić, coś skruszyć.
Byłam przerażona oczywiście. Nadal potwornie się stresuję, głównie czekaniem na swoją kolej. Jak na złość, wylosowali mnie jako ostatnią. Co zdarzało się potem bardzo często oczywiście. I byłam sama. Nie znałam nikogo, nikt nie widział, jak odpadam, po slamie się ulotniłam. A potem przyszłam znowu.

Upłynęły cztery lata, a sporo przez ten czas jeździłaś. Zaliczyłaś chyba wszystkie ważne ośrodki literackie w kraju (Warszawa, Lublin, Gdańsk, Poznań, itd.). Czy scena slamerska przez ten czas zmieniała się, ewoluowała?

Ja się w ogóle nie bardzo nadaję do gadania o scenie slamerskiej jako takiej chyba, w sensie historycznym. Nadal jestem żółtodziobem. Jeżdżę po Polsce drugi rok tak naprawdę, byłam w wielu miejscach, w których mogłabym się pewnie nie pojawić jeszcze długo, gdyby nie slam. Ale najlepiej znam właściwie scenę krakowską, która przechodziła różne zmiany, związane chociażby ze zmianami prowadzących. Widownia nam tam topnieje, niestety. Chociaż po czerwcowym festiwalu Polikultura nastąpiło niejakie ożywienie. Ale rzadko pojawia się ktoś nowy. I dużo więcej jest poetów niż slamerów. A czasem zjawia się taka stereotypowa, pretensjonalna, krakowska pseudo-bohema. Z innych miejsc, w których byłam więcej niż raz, zmieniał się oczywiście wasz, poznański slam. Inaczej wyglądał slam na Zamku, inaczej slamy w ramach Literufki. Kombinowaliście z zasadami, próbowaliście jakoś ludzi slamu uczyć. No i u was jest, relatywnie, najwięcej występujących slamerek. W innych miejscach kobiety są w zdecydowanej mniejszości, co mnie martwi. Slam w Warszawie przechodził różne fazy w różnych miejscach. Reaktywowany pod okiem Grzesia Bruszewskiego i Wojtka Cichonia, czyli weteranów sceny slamerskiej, jest paradoksalnie chyba najbardziej surowy. I najbardziej różnorodny, jeśli chodzi o tematykę i zapatrywania uczestników. Wrocław ma najbardziej reaktywną widownię, jest najbliższy kulturze hip-hopu i bitew raperskich. Slam Poetry Night wraca na jesień i to mnie cieszy, bo występy tam to zawsze solidna dawka energii. Raczej więc niż w czasie, widzę jak slam przybiera różne formy w przestrzeni. Trochę jak woda w różnokształtnych miskach. To jedna z rzeczy, które mi się w slamie podobają. To, że ja i slam możemy przybrać jakikolwiek kształt.
A, i ta plotka, że na Śląsku wygrywają tylko lokalsi to bujda. Są nieufni wobec goroli, to prawda. Czasem dokuczają. Ale to bardzo otwarci ludzie, którzy cenią refleks i celny humor.

Slam ma swoje ograniczenia, aspekt performatywny góruje nad całą resztą, warstwą poetycką, nawet przekazem. Jest to sztuka żywa, która traci dużo ze swojej mocy, a czasem całą kwintesencję w momencie nadania jej formy, przelania na papier. Przeszkadza ci ta efemeryczność?

I tak i nie. Wszystko zależy od tekstu. Oczywiście zdarzały się sytuacje w jakiś sposób przykre. Jeśli po slamie dziewczyna lekko pogardliwym tonem znawcy mówi mi, że lepiej, żebym pisała sztuki teatralne może albo coś, bo poezja to to nie jest i w ogóle na papier się nie bardzo nadaje, to budzą się we mnie instynkty mordercze. Albo kiedy znajomy mi mówi, że czytał moje rzeczy i jednak woli ich słuchać, że dużo tracą, kiedy ich nie czytam na głos. I możliwe, że to był komplement, ale dla kogoś tak powątpiewającego w swoją wartość jak ja, był on raczej niezgrabny.
Z drugiej strony, ja te teksty lubię. One mnie samą śmieszą, są pisane tak, jakbym je po prostu mówiła i niezbyt dobrze znoszę próby redagowania ich pod formę papierową. Nawet kiedy piszę do ludzi, dajmy na to, listy, to w gruncie rzeczy do nich gadam. Jedyny kłopot jaki mam to ewentualna publikacja, bo trudno mi o nich myśleć jak o czymś, co nadaje się na tomik, co będzie zgrabnie wyglądało na kartkach.

Zwróciłaś uwagę na konwencjonalnych poetów, których coraz liczniej przyciąga slam. Pojawiają się głosy (np. Kuby Malinowskiego) sugerujące, że właśnie w nim może tkwić przyszłość, ratunek dla ledwo dyszącej poezji w kraju — ostatnia alternatywa dla patosu i akademickiego zacięcia poetyckiego półświatka. Bazując na obserwacjach i własnym instynkcie, wróżysz mu taką przyszłość?

To prawda, że slam w gruncie rzeczy jest niedefiniowalny. To jest coś, czego się raczej doświadcza. Można próbować go szufladkować jako zjawisko, w Stanach już pojawiają się dyskusje na temat tego, czy istnieje coś takiego jak poezja slamowa. Czy można być slamerem nie będąc poetą? Czy wystarczy specyficzny sposób mówienia, dużo emocji, machania rękami, ze dwa zdania na temat rasy, orientacji seksualnej czy wykluczenia i już mamy do czynienia z utworem slamowym? Jest całe zjawisko spoken word, które się jeszcze wymyka akademickim kleszczom. Może dlatego, że leży gdzieś bliżej antropologii niż literaturoznawstwa, ma w sobie coś z opowieści, których się nigdy nie spisywało. Znam slamerów, którzy w ogóle nie publikują, nie można nigdzie przeczytać ich utworów. Jest też aspekt buntowniczy, który zbliża slam do rapu, do kultury graffiti. Do czegoś, co jest żywe i podburza status quo. To jest pewnego rodzaju kontrkultura i chyba najlepiej się właśnie w kontrze odnajduje. Ja się trochę boję komercjalizacji slamu. Wykorzystania go do lansu i autokreacji, chwalenia się nim jak hipsterską imprezą w najbardziej fikuśnej knajpie, którą można oznaczyć na fejsbuniu. Chciałabym go popularyzować, ale nie zależy mi na tym, żeby trafił do tzw. mainstreamu. W jego nieokreśloności i surowości jest coś bardzo prawdziwego, mimo że jest jakąś sztuką performatywną. Na slamie mogę być kimkolwiek zechcę i to, paradoksalnie, daje mi wolność bycia sobą. Jeśli taka forma zachęci kogoś do czytania poezji — tym lepiej. Jestem za tym, żeby odchodzić od starych schematów kontaktu z nią. Dlatego też nie chciałabym, żeby slam w te stare schematy wciskać, uznając, że skoro to jest teraz prawdziwa poezja, to właśnie tak należy ją rozumieć.
Poezja ledwo dyszy nie dlatego, że jest taka zła. Tylko dlatego, że nie umiemy o niej gadać i że zapominamy, że poeci to też ludzie. Że Szekspir sprzedawał nielegalnie owce, Baudelaire był ćpunem, a Wyspiański niechybnie nie mył zębów. A w każdym razie tak to sobie wyobrażam. Ludzie zaczną czytać poezję, kiedy przestaniemy z niej robić świętą krowę, kiedy będą mogli bez wstydu powiedzieć, że nie rozumieją Norwida albo że Mickiewicz to był grafoman i pretensjonalny bufon. Będą czytać, kiedy poczują, że poezja nie jest im tak obca.

Rudka Zydel – ur. w 1987 roku, mieszka w Krakowie. Studentka filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, niedoszła pani psycholog. Finalistka ostatniej edycji Slam Poetry Night we Wrocławiu, zwyciężczyni slamu poetyckiego w ramach festiwalu Poznań Poetów w 2015 r. oraz 11. Spoke’n’Word Festival w Warszawie. Publikowała na łamach magazynu społeczno-artystycznego PROwincja. W wolnych chwilach lubi brodzić w szuwarach i turlać marchew. Przynajmniej raz w roku śni jej się Rock Hudson.