[rozmowa] Lubię patrzeć, jak językowym konserwatystom rośnie gul. Rozmowa z Tomaszem Bąkiem.

Maksymilian Nałęcz rozmawia z Tomaszem Bąkiem.

Tomasz Bąk (1991) – autor tomu Kanada (WBPiCAK, Poznań 2011) i [Beep] Generation (2016). Nominowany do nagrody głównej konkursu im. Jacka Bierezina (2009, 2010). Zdobywca nagrody głównej w konkursie poetyckim im. Klemensa Janickiego organizowanym przez Centrum Kultury Zamek w Poznaniu (2011) za tom Kanada (2011). Uhonorowany statuetką Silesiusa za debiut literacki (2012). Studiuje i mieszka w Łodzi.

Rozmowa odbyła się na początku 2016 roku.

Maksymilian NałęczRzucasz się w oczy jako komentator popkultury. Z jednej strony szyderca, z drugiej – jej dogłębny znawca, koneser, a więc i konsument. Z jaką reakcją spotyka się próba przełożenia tego języka na ramy poezji? Zabieg, wydaje mi się, często spotykający się z dezaprobatą, jakby łączono jakieś sacrum i profanum.

Tomasz Bąk: Nie wiem, czy ta – czysto hipotetyczna – reakcja może mieć jakiś (choćby i podświadomy) wpływ na moją poezję. Powiem więcej: całkowicie mnie to nie przeraża, po prostu. Nie widzę nic złego w czytaniu przysłowiowego Kawafisa, gdy akurat buforuje mi się kolejny odcinek Simpsonów. I nie sądzę, by ktokolwiek miał mieć mi to za złe, no chyba, że akurat miałbym kaprys, żeby opublikować jakieś wiersze w „Toposie”. Póki co jestem jednak wolny od takich perwersji.

M.N.: Miasto w literaturze jest często antagonistą, jakimś widmem nad autorem. U ciebie tętni ono życiem – pełne jest animacji i dźwięku. Jakie znaczenie miały dla ciebie miasta, które odbiły się na twoim życiu – urodziłeś się w Tomaszowie Mazowieckim, wiązałeś się z Wrocławiem i Łodzią.

T.M.: Uwielbiam i na swój pokrętny sposób pielęgnuję te antagonizmy – od walki o miejsca pracy, przez walkę o miejsca siedzące w pojazdach komunikacji miejskiej lub miejsca parkingowe, po walkę o dogodne miejsce na cmentarzu komunalnym. Czasem w nich uczestniczę, częściej – obserwuję lub nasłuchuję, bo ludzie są naprawdę cudowni i zdarzają im się zachowania o charakterze przynajmniej magicznym. Nie ograniczałbym jednak tego antagonizmu do przestrzeni jakoś przesadnie zurbanizowanych, o czym zresztą przekonał się każdy, kto próbował wypocząć na plaży w Łebie…

Jeśli chodzi o miasta mojego życia, to lista prawdopodobnie jest dłuższa i rozszerzyłbym ją na pewno o Lipsk, Pragę i Gdynię, ale zdaje się, że nie o to pytałeś. Tomaszów jest jak hand job. Tylko tyle i dokładnie tyle. Mam tam mnóstwo własnych ścieżek i ważnych dla mnie miejsc, a ponadto mieszka tam wielu ludzi, których mniej lub bardziej kocham, więc powroty tam są dla mnie absolutnie nieuniknione. A skoro muszę wracać, to staram się w miarę możliwości śledzić lokalne media, interesować się polityką samorządu terytorialnego czy zwyczajnie dopytywać zaufanych, by mieć jakiś ogląd sytuacji. Na ogół ubolewam. Wrocław był w moim życiu miastem absolutnie nowych doświadczeń i możliwości. Po czasie dopadła mnie smutna (choć miejscami pewnie budująca) refleksja, że nie wykorzystałem spędzonego tam czasu tak, jak wypadałoby to zrobić. Zdecydowanie mam tam swój unfinished business, co otwarcie sugeruje powrót – i mam nadzieję, że tak właśnie się stanie, ale pewnie nie wcześniej, niż w 2017 roku. A co do Łodzi, to sytuacja jest dość mocno złożona, bo z racji różnych nieprzyjemnych doświadczeń przez ostatnie kilka lat robiłem wszystko, by tego miasta uniknąć, a nagle puff!, studiuję i wynajmuję… Parę tygodni temu prawdopodobnie powiedziałbym, że to jedyne miejsce na świecie, którego szczerze i gorąco nienawidzę, ale teraz próbuję się tam jakoś zadomowić, zresztą ze zmiennym szczęściem. Myślę, że za jakiś czas będę miał na ten temat więcej do powiedzenia, choć zasadniczo nie planuję zapuszczać korzeni.

M.N.: Dużo jest w twojej twórczości muzyki – przejawiającej się jako aluzja tak w treści, jak i w rytmie samych wierszy. Czy jakieś konkretne fascynacje muzyczne przenikają do twojej liryki?

T.B.: Po głębszym zastanowieniu wychodzi na to, że konsumuję znacznie więcej muzyki niż poezji. Ponadto w tym roku tylko raz udało mi się napisać jakąś względnie sensowną formę bez podkładu muzycznego, ale wynikało to wyłącznie z braku dostępu do urządzeń, które mogłyby mi taki podkład zapewnić. Jeśli chodzi o fascynacje muzyczne, to zdecydowanie najlepiej czuję się w klimacie lat dziewięćdziesiątych – grunge, noise, emo, shoegaze, post-rock, post-hardcore, industrial, trip hop, stoner, dream pop… Od jakiegoś czasu dość aktywnie poszukuję młodych kapel, które brzmią dokładnie tak, jakby Kurt Cobain nigdy tak drastycznie się nie wyautował, a Billy Corgan nadal posiadał ten chłopięco-cherubowy urok z czasów „Siamese Dream”. I powiem Ci, że całkiem sporo się tego uzbierało: Basement, Silversun Pickups, Citizen, Balance & Composure, Superheaven, Speedy Ortiz, Turnover, Title Fight… Mam też to szczęście, że w ostatnich kilku latach udało mi się usłyszeć na żywo wiele ważnych dla mnie zespołów, wymienię choćby Radiohead, Pearl Jam, Helmet, Mogwai czy the Afghan Whigs.

M.N.: W twojej twórczości roi się od zapożyczeń: jest prime time, rzeczy są brilliant, piłkarze grają w soccer. Niektórzy postrzegają w tej amerykanizacji języka symptom jałowienia, pauperyzacji polszczyzny, uzależnienie od jakichś zewnętrznych sił. Czym jest dla ciebie flirt z anglosaską nomenklaturą, cytatami z piosenek, czasem korpomową?

T.B.: Jest próbą nadążenia za językiem może i niezbyt funkcjonalnym (w kontekście swojej roli nadrzędnej, czyli komunikowania się), ale na pewno funkcjonującym. Wspomniany flirt jest tak naprawdę zawoalowanym przyznaniem się do porażki – nie mam tyle władzy ani czasu antenowego, by kreować język na poziomie szerszym niż mój własny, więc przynajmniej próbuję utrzymać się w peletonie. Poza tym lubię patrzeć, jak językowym konserwatystom rośnie gul.

M.N.: Twoja poezja zaczęła zdobywać rozgłos, gdy byłeś w wieku nastoletnim. Co dziś uważasz za rzecz najważniejszą dla młodego twórcy, który chciałby się wybić?

T.B.: Prawdopodobnie nie byłbym zbyt rozchwytywanym autorem poradników, ale spróbuję sformułować trzy proste i skuteczne zalecenia:
1. Rozważ samobójstwo – tzw. przedwczesna śmierć dobrze robi na twórczość. Przecież masz w szafie koszulkę Joy Division, prawda?
2. Bądź cierpliwy/a. Ludzie, którzy mogliby konstruktywnie cię zjebać, prawdopodobnie są jeszcze w pracy.
3. Jeśli już naprawdę musisz to robić (a musisz?), to znajdź kogoś, kto robi to lepiej i zastanów się, jak to się stało, że on pięćdziesiąt lat temu wylądował na księżycu, a ty nadal składasz ze szwagrem meblościankę z Ikei. Inżynieria wsteczna jest kluczem do wszelkiej kreacji.

M.N.: Twój tomik Kanada ukazał się w 2011 roku. Czy coś zmieniło się w tej urbaniczno-popkulturowej rzeczywistości? Czy Kanada mogłaby powstać dziś, w roku 2016?

T.B.: Pozwolę sobie odpowiedzieć hurtem: teoretycznie – tak, praktycznie – niewiele i/lub wcale, a tak w ogóle, to marne szanse, by w identycznym kształcie. Pracuję obecnie nad drugim tomem wierszy, w związku z czym jakiś czas temu odświeżyłem sobie Kanadę właśnie i tak naprawdę, to niewiele chciałbym zmienić w moim debiucie – być może wyleciałoby kilka wierszy, ale nie sądzę, by było to szczególnie istotne dla odbioru całości. Myślę, że jest to całkiem sensowny i prawdopodobny zapis rzeczywistości jak na tamten czas. Gdybym usiadł w tej chwili do przepisania tej książki z mocnym postanowieniem poprawy, to zapewne plastykowe ostrze mojej poetyki skierowane byłoby także w kilka innych stron, ale to wszystko. Zresztą to już tylko bezpłodne gdybanie, bo nie ma dla mnie powrotu do Kanady.

M.N.: Kontynuując ostatnie pytanie, czego można oczekiwać po rzeczywistości 2016 roku i po twórczości Tomasza Bąka w 2016?

T.B.: Istnieje dość realne zagrożenie, że z racji różnych projektów, które mają stać się ciałem właśnie w 2016 roku (oraz świętowanego przeze mnie dwudziestopięciolecia pracy twórczej), będzie mnie nieco więcej w przestrzeni publicznej. Z tego, co wiem, obecny rząd poważnie rozważa wprowadzenie stanu wyjątkowego właśnie z tego tytułu. Nie jest to jednak jedyny możliwy scenariusz wydarzeń. Bardziej realna prognoza rzeczywistości a.d. 2016 zakłada absolutny koniec historii. Wtedy wszystko będzie wyglądało dokładnie tak, jak zawsze – napiszę od trzech do pięciu umiarkowanie udanych wierszy i odczytam je na jednym, góra dwóch spotkaniach z czytelnikami. Jest też wariant optymistyczny i ekologiczny zarazem, ale nie wiem, czy można go traktować śmiertelnie poważnie. Może się bowiem zdarzyć, że skorzystam z jedynego atutu wynajmowanej przeze mnie kawalerki i sprawdzę, jak to jest być bohaterem pewnej dość znanej piosenki (przez parę sekund, ale zawsze). Mam nadzieję, że mój psychiatra nie przeczyta poprzedniego zdania. Cokolwiek by się jednak nie działo – widzimy się!