[rozmowa] Dawne historie okazują się bardziej realne niż codzienność.

Rozmowa Mateusza Dworka z Jakubem Kornhauserem. Poetą, tłumaczem, literaturoznawcą i wykładowcą akademickim. Laureatem Nagrody im. Wisławy Szymborskiej w 2016 roku.
 

Mateusz Dworek: Jak rozumiesz pojęcie „poezji zaangażowanej”, bezpośrednio uwikłanej na przykład w kontekst bieżącej polityki?

Jakub Kornhauser: Nie ma poezji zaangażowanej bez lekcji Nowej Fali. Chodzi o sprzężenie dwóch pozornie odmiennych wizji literatury: z jednej strony „realizmu nienaiwnego”, towarzyszenia codzienności, ujmowania się za innym, słabszym i zapomnianym; z drugiej zaś – zanurzenia w język, formę i awangardowy bunt przeciwko systemowi, w tym przeciwko systemowi samej literatury. Nie ma to wiele wspólnego z polityczną doraźnością; zaangażowanie zawsze stoi po stronie człowieka, nie partyjnych ideologii.

Pytam o to, bo po otrzymaniu nagrody zostałeś sklasyfikowany przez część komentatorów sceny życia publicznego jako poeta zaangażowany. Wiemy, kto dotychczas w Polsce był zaliczany do tego grona, Ciebie w nim nigdy nie było.

Nie było mnie w gronie zaangażowanych, bo nie było mnie właściwie w gronie poetów – ostatnią książkę poetycką wydałem siedem lat temu. Poza tym nigdy nie spotkałem się z takim określeniem wobec mnie, pierwsze słyszę. Rozumiem, że wynika ono z kilku wyrwanych z kontekstu zdań z wywiadu. W tym sensie każdy twórca jest twórcą politycznym, bo ma jakiś światopogląd. W przeciwieństwie do Kiry Pietrek, Konrada Góry czy Szczepana Kopyta nie interesuje mnie przede wszystkim problematyzowanie dzisiejszości, tylko wędrówki po zakamarkach wyobraźni, dzieciństwa – tego, co wyparte.

A nie uważasz, że właśnie taka dyskusja, jak ta po Nagrodzie im. Szymborskiej powinna być czymś normalnym w rozmowie o literaturze? Spór jest naturalnym motorem napędowym każdej dziedziny sztuki.

Nie mam nic przeciwko dyskusji, ale wolałbym, żeby opierała się ona na faktach, a nie wymysłach. Rozmawianie o książce, której się nie czytało, ferowanie wyroków na podstawie fałszywych przesłanek i ograniczanie oddziaływania poezji do pozaliterackich kontekstów nie mogą mi być w żaden sposób bliskie. To nie jest dyskusja, tylko licytacja na oderwane od rzeczywistości wpisy w Internecie. Wizja sporu, polegającego na tym, że każdy może napleść dowolną bzdurę bez elementarnej wiedzy w temacie i przedstawiać ją jako równoprawny głos w dyskusji jest mi kompletnie obca.

A przecież całą polską literaturę XX wieku wyrzeźbiły właśnie konflikty wokół pisarzy, ich zaangażowania politycznego, postawy wobec porządku społecznego. Czemu we współczesnej literaturze liryka zaangażowana kojarzy się tak źle?

Nie sądzę, żeby kojarzyła się źle. W akademickim środowisku, do którego należę, jest dokładnie odwrotnie: gorzej przyjmowane są teksty, które uciekają od zaangażowania na rzecz opiewania uniwersalnych wartości. Nie uważam, że te dwie możliwości są rozłączne; wszystko zależy od języka, formy, struktury tekstu oraz pomysłu na całą książkę, rozumianą jako odrębny byt. W tym sensie nadal uważam, że – jak mawiał Stéphane Mallarmé ponad sto lat temu – poezję robi się ze słów.

Przez konteksty rodzinne trafiłeś pod lupę, stałeś się figurą publiczną. Z kolei Twój ostatni tomik rozumiem jako całkowite zaprzeczenie uzewnętrzniania się. Drożdżownia wydaje się budowaniem kompletnie alternatywnej rzeczywistości.

Uważam, że najważniejsza w procesie konstruowania świata jest przeszłość. Wspomnienia z dzieciństwa, sny i marzenia, sceny zapamiętane z wędrówek po górach, z filmów i obrazów. I pamięć zbiorowa, oparta zarówno na doświadczeniu empirycznym, jak i na zakodowanych kliszach lub niejednoznacznych wersjach historii. Nie da się oddzielić tego, co realne od tego, co wyobrażone. Na tej matrycy odkładają się dopiero osady teraźniejszości. Dawne historie okazują się bardziej realne niż codzienność, oferują rozluźnienie logiki przyczynowo-skutkowej, dają miejsce do językowego eksperymentu.

To konstrukcja rzeczywistości, którą dzisiaj już prawie nikt się nie interesuje. Opuszczonej i bezradnej wobec nowoczesności.

Nie ująłbym tego w ten sposób. Właśnie to jest rzeczywistość najbliższa człowiekowi, wyciągnięta z jego nieświadomości, próbująca wywołać efekt realnego, polegający na tym, że to, co niepokojąco inne staje się bardziej rzeczywiste niż to, do czego przywykliśmy. Powiedziałbym raczej, że to nowoczesność jest bezradna wobec autonomizującej się sfery oniryczno-wspomnieniowej. Oczywiście nie ma mowy o żadnym eskapizmie, chodzi o zetknięcie się doświadczenia materialności z nieświadomymi wizjami.

Zresztą Drożdżownia to też nazwa opuszczonej stacji PKP, takiego zapomnianego świadka małych historii. Przeczytałem, że przejechałeś na rowerze całą Małopolskę. Musiałeś zwiedzić setki takich miejsc. Czemu służy opowiedzenie o nich za pomocą poezji?

To dobry przykład tej dwoistości, o której mówię. Stacja, niegdyś opuszczona i podupadła, dziś rozkwita jako ważny punkt na mapie połączeń kolejowych. Musi sobie radzić z własną przeszłością, obrośniętą legendami, obrazami i traumami. Nowoczesność, ucieleśniana przez bezszelestne szynobusy, nie zamaże marginalności stacji, stojącej jak zawsze w tym samym miejscu i przywołującej nieprawdopodobne opowieści. Pod każdym kamykiem nasypu kolejowego czai się taka opowieść.

Jednocześnie opisywany świat nie wygląda u Ciebie jak jego bezpośrednie odbicie. Konstruujesz surrealistyczne wizje, trochę jak u Schulza.

Świat jest amalgamatem wyobrażeń, wspomnień, zasłyszanych opowieści, marzeń sennych i niespełnionych planów. Opisuję go językiem minimalistycznym, oszczędnym, tak żeby każde słowo znało swoje miejsce, żeby ukonkretnić tę rzeczywistość, nadać jej ziarnisty wymiar, a jednocześnie zawiesić ją w niepokojącym przeciągu. Stąd wrażenie surrealizmu, który różni się od Schulza sposobem narracji i językiem, natomiast przypomina go atmosferą i zamysłem twórczym. Przy czym jest to surrealizm oparty na bardzo szczegółowej obserwacji świata zewnętrznego.

Jest takie zdanie w DrożdżowniGwiazdy były mokre/ jak kałuże i wcale nie spadały. Odjeżdżały wczesnym rankiem wraz z turkotem zagubionych pociągów. Dostrzegam u Ciebie dwa zabiegi, poprzez które stymulujesz wyobraźnię czytelnika. Zaburzenie biologicznego porządku, działające na zasadzie dziecięcej wyobraźni, w której zarówno chmura na niebie, jak i kałuża są na wyciągnięcie ręki. A po drugie antropomorfizację przestrzeni, czyli nadawanie przedmiotom albo zwierzętom ludzkich cech. Dobrze myślę?

Rzeczywiście, konkretyzacja i antropomorfizacja przestrzeni to takie zabiegi, dzięki którym próbuję uzyskać ową ziarnistość. Kolejny chwyt to zbliżanie do siebie rozmaitych elementów rzeczywistości, zrównywanie ich statusu ontologicznego, wykrzywienie perspektywy. Rodzaj surrealistycznej anamorfozy, która w niektórych momentach dominuje w opisie świata. Zawierzenie dziecięcej wyobraźni jest dla mnie czymś niepodlegającym dyskusji, konieczną formą doświadczenia. W literaturze bowiem interesuje mnie dotarcie do punktu, w którym nie można odróżnić prawdy od fikcji: te kategorie uważam za całkowicie przereklamowane.

Jakub Kornhauser – (ur. 1984), poeta, tłumacz, krytyk literacki i literaturoznawca, nauczyciel akademicki Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. W 2014 uzyskał stopień doktora nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego na podstawie wyróżnionej rozprawy „Status przedmiotu w poezji europejskiego surrealizmu”. W 2015 roku opublikował tomik „Drożdżownia”, za który w 2016 otrzymał Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej.