[recenzja] Zielona rewolucja. Robert Fucks.

Mimo, że Zielona rewolucja Ralfa Fücksa ukazała się w polskim przekładzie z trzyletnim opóźnieniem, to nie jest to okres czasu, który usprawiedliwiałby niebywałą nieaktualność zawartych w niej rozważań. Niestety, tekst autorstwa niemieckiego polityka nie dostarcza żadnych świeżych idei, kipi naiwną wiarą w postęp techniczny na starą, pozytywistyczną modłę i zupełnie nie odpowiada na wyzwania współczesnych ruchów ekologicznych. Gdyby tego było mało, analizy i propozycje Fücksa są sprzeczne w tak wielu miejscach, że albo książka ta jest mistrzowskim popisem dialektyki, która przerasta moje zdolności poznawcze, albo mamy do czynienia z wewnętrznym dialogiem schizofrenicznego umysłu.

Pierwsze rozdziały Zielonej rewolucji to krytyczna tyrada na temat teorii społeczeństwa post-wzrostowego. Forsowane przez środowisko Klubu Rzymskiego założenie o granicach wzrostu, które leży u podstaw tej teorii, nie opiera się zdaniem Fücksa na rzetelnych diagnozach, ale jest zaledwie współczesną wersją mitów o Wieży Babel czy Dedalu i Ikarze, w których ludzka pycha, próby przekroczenia granic zostają surowo ukarane. Tę samą przestrogę spotykamy w literaturze kolejnych epok: w goetheańskim Fauście, w Doktorze Jekyllu i panu Hydzie Stevensona czy Frankensteinie Mary Shelley. Wszyscy oni mówią jednym głosem: próba opanowania przyrody, walka z potęgą natury, skończy się ostateczną klęską człowieka. A zatem nie wąsko rozumiany wzrost mierzony wyłącznie zyskiem, ale „inteligentny, zielony wzrost”, który oznacza „wzrastanie wraz z przyrodą” – to rozwiązanie, które proponuje w zamian autor, a w stronę tych, którzy biorą zamach na wzrost gospodarczy, woła: „zielony wzrost albo zapaść”1. I chociaż sam też nie jestem zwolennikiem ekologicznego konserwatyzmu, który wskazuje na radykalne ograniczenie zachodniego stylu życia jako najlepszą drogą do zminimalizowania skutków trucicielskiej działalności człowieka, nie wydaje mi się, by pomysł Fücksa stanowił jakąkolwiek alternatywę.

Zacznijmy od tego, na co silny nacisk położyła w swojej ostatniej książce Naomi Klein (To zmienia wszystko. Kapitalizm kontra klimat), a czego w tekście Fücksa kompletnie zabrakło. Poza konkretnymi propozycjami rozwiązań podatkowych i technologicznych, które pozwolą nam uniknąć – i tak już daleko posuniętych – skutków globalnego ocieplenia, kanadyjska aktywistka wskazuje na konieczność zmiany dotychczasowych form działania ruchów ekologicznych. Te bowiem od lat 80., w którym to czasie przez świat przeszło reaganowosko-thatcherowskie tornado, niesłusznie zaakceptowało warunki nowej, wolnorynkowej gry. Skończyło się tym, że organizacje ekologiczne zrezygnowały z budowania masowych ruchów społecznych wywierających nacisk na procesy legislacyjne, czy uderzających bezpośrednio w „trucicielski biznes”. Odtąd jedynym orężem tych, którym na sercu leży dobro Ziemi, był pieniądz: wydawany z rozwagą, by nie wspierać wykorzystywania taniej siły roboczej i degradowania środowiska. Na rynku zaczęły więc pojawiać się pojazdy zasilane energią elektryczną, biodegradowalne kosmetyki, bambusowe szczoteczki (skądinąd wcale nie takie ekologiczne) i tym podobne alternatywy dla tradycyjnych produktów. Jak zatem triumfalnie zakrzyknąłby klasyk: „tak działa wolny rynek!”. I chociaż Klein w swojej książce pokazuje nam, że trochę jednak nie działa, a kilkadziesiąt lat budowy „zielonego kapitalizmu” zaprowadziło nas na skraj cywilizacyjnej katastrofy, którą wielcy biznesowi i polityczni gracze nadal zdają się ignorować, Ralf Fücks z naiwnością sześciolatka pisze:

„[I]nsynuacja, że ekologia jest dla większości firm jedynie chwytem marketingowym, świadczy raczej o ignorancji niż o znajomości rzeczy. Ignoruje ona bowiem to, jak bardzo przedsiębiorstwa stały się z biegiem czasu otwarte na problemy społeczne i jak silnie kwestie ekologiczne zakorzeniły się w ich strukturach. Przedsiębiorstwa ignorujące problemy ekologiczne wystawiają na szwank swój moralny kapitał i ryzykują utratę rynków w przyszłości.”

Wystarczyłoby może odpowiedzieć na to danymi, które pokazują, że wciąż obserwujemy wzrost globalnego zużycia paliw kopalnianych2, a przychody Monsanto zwiększyły się od 2012 roku o 1500 milionów USD (przy zwiększeniu kosztów uzyskania przychodu o niecałe 400 mln USD), ale powiedzieć trzeba więcej.

Zdaniem autora, kołem napędowym ekologicznej transformacji jest połączenie innowacji, zarządzania politycznego i indywidualnych wyborów3. Zgoda, jednak to nie wystarczy. Bez globalnej, międzynarodowej solidarności, większej kontroli społeczeństwa nad procesami decyzyjnymi itd., z tego połączenia zupełnie nic nie wyniknie. Tymczasem o globalnym kryzysie demokracji, katastrofalnych skutkach politycznego-biznesowego mariażu i niskim poziomie społecznego aktywizmu Fücks zwyczajnie milczy. Zamiast tego architekt zielonej rewolucji chce, byśmy dalej dokonywali mądrych decyzji konsumenckich, podczas gdy politycy i naukowcy będą wymyślać i aplikować nowe rozwiązania technologiczne dla dobra nas wszystkich. Świat Internetu skomentowałby to memem z cyklu: „revolution – you’re doing it wrong”.

Co do tego, że potrzebujemy globalnej transformacji energetycznej, jest między nami pełna zgoda. Jednak w kwestii tego, jak ma ona przebiegać, tzn. jaki udział ma w niej odegrać np. państwo, już nie. Co więcej, sam autor też nie potrafi się w tej sprawie zdecydować. Zaczyna bowiem od czarnej wizji, w której stopniowo wyczerpywać się będą zdolności państw opiekuńczych. Tym samym społeczeństwa będą musiały nauczyć się współpracy i niesienia samopomocy, a „[z]aangażowanie obywatelskie, działalność honorowa, inicjatywy sąsiedzkie i projekty spółdzielcze” będą musiały wystarczyć, by wypełnić lukę powstałą po obumarłych instytucjach publicznych. Ale Fücks idzie jeszcze dalej i wkrótce zaczyna oskarżać zwolenników ekologicznej kontroli przemysłu o autorytarne zapędy, przy czym wychodzi na jaw jego zupełna ignorancja. Insynuuje np., że Dennis Meadows, który porusza problematykę polityki kadencyjności, chce nam powiedzieć, iż niemożliwe jest pogodzenie demokracji i stabilności. By zarzut był kompletny, autor Zielonej rewolucji dodaje na koniec, że rozwiązaniem proponowanym przez Jørgena Randersa jest oddanie władzy w ręce „dobrotliwego dyktatora”. Za jednym zamachem niemiecki polityk zamyka zatem usta wszystkim tym, którzy dostrzegają oczywiste problemy kadencyjności, i tym, dla których współczesna demokracja przedstawicielska oparta o kadencyjność to nie to samo, co „demokracja w ogóle”.

Zielonej rewolucji płynie nauka, że państwo staje się coraz bardziej zbędne, jako że światem rządzi ekologiczna ręka wolnego rynku: „[c]oraz więcej przedsiębiorstw – czytamy – zorientowało się, że odpowiedzialność za środowisko i ochrona klimatu są kluczem do sukcesu ekonomicznego w przyszłości.” Gdy natomiast polityk zaczyna przekonywać, że kapitalizm może mieć bardziej ludzkie oblicze, daje popis swojej niewiedzy, pisząc, że „[p]raojcowie socjalizmu nie doceniali zdolności kapitalizmu do zmiany”.

Ciekawym pomysłem jest propozycja ekologicznej reformy podatkowej. Co to jednak oznacza w praktyce? Zdaniem Fücksa koniecznym będzie wprowadzenie podatku od wykorzystania zasobów i zanieczyszczenia środowiska przy jednoczesnym zmniejszeniu składek na ubezpieczenia społeczne lub opodatkowania pracy. Takie rozwiązanie wydaje się jednak nie mieć sensu, wszak jeśli celem podatku od emisji ma być zmniejszenie poziomu emisji, to w efekcie spadać będą także wpływy do budżetu. Autor wyjaśnia jednak, że nie chodzi mu wyłącznie o opłaty za produkcję niebezpiecznych substancji, ale za samo odtwarzanie zasobów naturalnych. Zdaje się jednak, że bilansowałoby się to wyłącznie w przypadku krajów silnie zindustrializowanych, takich jak Niemcy. W Polsce, która przemysłem nie stoi, środków tych byłoby stanowczo za mało. Dalej niemiecki polityki pisze jednak, iż progresywny podatek dochodowy jest „nie tylko kwestią sprawiedliwego podziału, lecz zwiększa również potencjał innowacyjności i wzrostu”4, można więc domniemywać, że chce on, by opodatkowanie pracy nadal odgrywało silną rolę.

Szukając kompromisu, próbując zjednać ze sobą przedstawicieli wszystkich zatroskanych o dobrostan Ziemi (zarówno tych lewicowo, jak i liberalnie ukierunkowanych w kwestiach gospodarczych), Ralf Fücks ostatecznie rozczarowuje wszystkich. Niejasne stanowisko wobec roli państwa, fetysz innowacji i apolityczność rozpatrywanych kwestii środowiskowych to największe grzechy autora Zielonej rewolucji.

1 R. Fücks, Zielona rewolucja, tłum. Ś. F. Nowicki, KiP, Warszawa 2016, s. 49.

2 [online:] inhabitat.com/worldwide-fossil-fuel-consumption-set-a-new-record-in-2015

3 Tamże, s. 63.

4 Tamże, s. 397.

Tomasz Orłowski