[recenzja] Zachód słońca w Kurwidołach. Rafał Gawin.

Zachód słońca w Kurwidołach Rafała Gawina jest jak dyktafon pozostawiony w dworcowej księgarni – żywioł języka codziennego miesza się w nim z literaturą; popkultura, media współistnieją tu na równych zasadach z kulturą sensu stricto. To poetycki bazarek, cyrk osobliwości, w którym słaba postmodernistyczna podmiotowość mierzy się z własnymi ograniczeniami, próbując maskować niedoskonałości płaszczem cytatów i parafraz.

Trudo przyłapać Gawina na jakiejś jednoznacznej poetyckiej deklaracji; język(i) jego wierszy uciekają od stanowisk, rozpływają się w rejestracji, by nagle zmaterializować się, uchwycić żywioł w momencie, w którym wytwarzają się nowe sensy. Z tych zapasów wiersze autora Wycieczek osobistych wychodzą raczej obronną ręką, co nie oznacza oczywiście, że nie ma w tej poezji przestrzelonych metafor i nazbyt efekciarskich zabaw językiem. Wszechobecne cytaty, parafrazy, zapożyczenia i inspiracje pozwalają oczywiście na wielopoziomową lekturę tych wierszy – jako utworów autonomicznych, polemik lub parodii. Sugeruje nam to już, być może zbyt ostentacyjnie, sam tytuł tomiku – trudno nie kojarzyć go ze zwycięzcą Nagrody Literackiej „Nike”, Zachodem słońca w Milanówku Rymkiewicza. Na ile to skojarzenie dokądkolwiek nas prowadzi, musimy odpowiedzieć sobie jako czytelnicy sami. Choć u Gawina, podobnie jak u Rymkiewicza, wulgarność codzienności zderza się z tym, co wzniosłe, to trudno doszukać się tu jakiegoś głębokiego dialogu z autorem Kinderszenen.

Tak jak w 1 Kor 13, 4, tytułem nawiązującym do Hymnu o miłości z Nowego Testamentu, w budowie zaś przypominającym Co widziałem Herberta, choć oczywiście moglibyśmy włączyć w krąg inspiracji biesiadne Oj dana oj dana, w którym:

(…) Widziałem, widziałem
Czarną, obrośniętą
W stodole na sianie
Owieczkę zarżniętą.

Straciła Maryśka
Wianeczek pod miedzą.
Ojciec, matka nie wie,
Ale ludzie wiedzą.

A tu już sam autor Zachodu słońca w Kurwidołach i jego poezja:

Widziałem sumienie czyste i przejrzyste
(znam ten slogan z barów szybkiej obsługi),
pełne wiary w siebie, człowieka z nadziei
i miłości, która rozwiązuje wszystkich.

Widziałem rozwiązanie, krzyżówki,
Które wyzwoliły wspólne hasła:
Pieniądz stał się drugorzędną walutą,
Nie stał na wysokości zadania.

Taka jest właśnie poezja Gawina – uciekająca od wzniosłości w stronę kiczu, składająca deklaracje tylko po to, by chwilę później się z nich wycofać. Moglibyśmy powiedzieć oczywiście, że mamy przecież do czynienia z poezją postmodernistyczną, hiperliteraturą, która chłonie rzeczywistość i wypluwa komunikaty dostosowane do naszych, atakowanych z każdej strony, zmysłów. Bombardowani milionami pojęć, zaczynamy w jednym szeregu pytać o Boga i finał szóstego sezonu Gry o tron. Gawin doskonale odnajduje się w tym rozgardiaszu, sprawnie korzysta z dziedzictwa, jakie zostawili mu choćby antyczni dadaiści i niewiele mniej antyczny Burroughs z jego techniką cut-up. Ten remiks może się podobać, jest coś hipnotyzującego w wierszach, w których „Zrównują się wersy/ i kroki, wytwarza napięcie między nimi”.

Niezdecydowanie, zatrzymywanie się w pół kroku, może być też u Gawina spowodowane generalnym rozczarowaniem, jakie przynosi poezja. W takim ujęciu Zachód słońca w Kurwidołach staje się psychodeliczną podróżą ad fontes, przez popkulturę do sensu/ów literackości. Czym jest poezja i nigdy nie będzie kończy się słowami:

Byle nie chodziło o mnie,
jak nie chodzi o ciebie w tym wierszu,
w tym życiu poza zgiełkiem pierwszej prawdy,
której zawierzyłem i zostałem z niczym.

To rozczarowanie powraca w kolejnym wierszu, w Średnim europejskim:

Od kiedy muszę być wielki,
a od kiedy ważny? Dwa metry
od wyjścia dzielą między siebie:
kelnerka w obcisłych szortach

i właściciel-menda.

Wiersze u Gawina są w ogóle czymś takim, co po rozpoczęciu można głównie zaprzepaścić („Kiedy napiszę wiersz, nie pytaj/ o szczegóły. Nie chcę go stracić”), czym nie da się imponować, co uwiera. Wyjściem z tej sytuacji okazuje się być może ustawiczna gra cytatami, nawiązaniami, inspiracjami i parodiami, która ma miejsce w tym tomiku. W tytułowym Zachodzie słońca w Kurwidołach, wierszu z mini cyklu Rytm podwójnych kliknięć możemy przeczytać:

Ukradnę Ci fragment, który przegoni tę twoją całość, 
każdą jej warstwę, wzdłuż miejsc, gdzie potrzebne
były strzały: krew, pot, łzy, życiodajne wydzieliny

Nie ma w Gawinie lęku przed kiczem i zabawą językiem, która momentami przeradza się w przegląd mniej lub bardziej błyskotliwych skojarzeń językowych. Klisze mu nie przeszkadzają, wpisują się w jego estetykę wyczerpania poezji. Bezkompromisowość tej postawy może w równej mierze imponować, jak i męczyć, bo piętrzące się językowe kalki z rzadka okazują się czymś więcej niż tylko słowotwórczymi wygibasami. Jest jednak w tym lingwistycznym lombardzie jakiś urok, coś, co Gawin opisuje jako żal & żar – żal za utraconą potrzebą i oczywistością poezji oraz żar buchający z literackiej maszyny, która nawet jeżeli nie wyprodukuje nowych znaczeń, to spróbuje zachować to, co udało się już zdobyć i wypracować.

Krzysztof Wojciechowski