[recenzja] Wielopole. Wojciech Klęczar

Wielopole to uwspółcześniona forma językowej narracji rodem z opowiadań np. Marka Hłaski.

Wojciech Klęczar jest trzydziestosiedmioletnim prozaikiem, debiutującym książką wydaną przez szczecińską Formę. Zbiór opowiadań Wielopole został nominowany w 1. edycji Konkursu Literackiego imienia Henryka Berezy. Stanowi zapis emocjonalno-nostalgicznych historii, tworzenia koteryjnych legend w krakowskim światku i zwilżonego alkoholem rozlazłego obrazu codziennego dnia.

Autor, którego książka rozpoczyna się bardzo wyraźnie zaznaczoną formułą literacką i jednocześnie czytelnym przekreśleniem innych, daje do zrozumienia, że forma pisania jest ściśle związana nie tylko z fabułą, ale i z nim samym. To, w jaki sposób Klęczar przeprowadza nas przez opowiadania świadczy o jego chęci nawiązania kontaktu z czytelnikiem; o tym, że obserwuje swój świat za pomocą ciągle żywego archiwum pamięci, referuje pastisz i groteskę soczystych historii, ale bez możliwości jakiejkolwiek ingerencji w treść. Klęczar pozwala oglądać, ale zabrania dotykać.

Na Wielopole składa się kilku bohaterów. To kolega Jacek, któremu właściwie przez cały dzień towarzyszy napełniona szklanka. Typ melancholijny, pechowiec, skłonny do częstych, krótkich i płytkich intelektualnych uniesień. Jest też Radek, który „przestraszony widmem bezrobocia i nie mając lepszego pomysłu na życie, poszedł na studia doktoranckie”, też „nadużywający”. Paweł to z kolei „sekretarz bardzo znanego emerytowanego profesora polonistyki”, któremu świat legnie w gruzach, kiedy oto profesor zachoruje na Alzheimera. Są wyśmiane aktywistki-feministki („najgłośniejsza była najbrzydsza z nich”), pojawia się jedyny, przez to szalenie podejrzany, typ niepijący, były wojskowy, filmoznawca. I można by wymieniać kolejnych bohaterów, zdaje się, że codziennych interlokutorów samego Klęczara-barmana, który sprawnie sparafrazował i spisał podniety i frustracje swoich klientów w Prokrastynacji.

Jaka jest proza Klęczara? Najbliżej jej do formuły opowiadań Marka Hłaski. To krótkie, przepełnione groteskowymi anegdotami oraz kolokwializmami historie. Kiedy czytam Wielopole, do głowy przychodzi mi zabieg literacki zwany prawdziwym zmyślaniem, rodem z najlepszych utworów Ireneusza Iredyńskiego czy Marka Nowakowskiego. Bo ileż z tych historii musi być przeprawione przez wyobraźnię, by brzmieć jeszcze bardziej efekciarsko? Pojawiają się więc zdania jakby żywcem wyjęte z autora Pięknych dwudziestoletnich: „Chyba był to rok dwutysięczny, na pewno czerwiec, kiedy wreszcie się zdecydowali; uderzamy do Warszawianki, zarobić na wdziękach” czy „Była dziewczyną dosyć ładną, nie wspomniała o żadnym chłopaku, on nie pytał. Zresztą w ogóle mało pytał o cokolwiek. To ona spytała, czy pojadą do niego. Na imię miała Monika”. Nie mniej o jakości pijacko-inteligenckich opowiadanek stanowi też pierwiastek wiarygodnego opisu, naturalnego dialogu, realizmu psychologicznych uwikłań. To dla współczesnych pisarzy (którymi, umówmy się, polska proza ciągle jest i będzie przepełniona) sprawa kategoryczna i święta. Bez rzetelnego przepracowania zakamarków ludzkiej psychologii trudno pojąć sens i logikę jakiejkolwiek formuły awanturniczego życia i fenomenu pijacko-inteligenckich ciem barowych.

Nonszalanckiej stylistyce (przepełnionej kolokwializmami, neologizmami, częstymi zmianami narracji z pierwszoosobowej na trzecioosobową) towarzyszą również liczne błędy formalne, jakich u Klęczara znajdziemy wiele. To zbyt dosłowna opisowość miejsc czy nachalna sprawozdawczość przestrzeni („Student od niedawna nie był już studentem, tylko inżynierem, więc wrócił pod Tarnów na dobre, zabierając ze sobą z pokoju co tylko się dało: koc, kołdrę, poduszki, krzesło, ikeowski stolik [biurko, łóżko i regał z Ikei były widocznie za duże] i wszelkie inne szpargały, i szpeje, mimo że żadna z tych rzeczy do niego nie należała”). Język jest zbyt bliski narracji dziennikowej; formuła relacji 1:1 przestaje frapować po kilkunastu stronach, bo zamiast pozostawić miejsce na cząstkę niepewności, sztywno referuje na poziomie zeszytu wejść i wyjść.

Wielopole to pozycja z cyklu literackich powtórek. Klęczar praktykuje sztukę nawiązywania do autorów najlepszych polskich opowiadań XX wieku. Celem tej powtórki jest wypracowanie aktualnego języka w osadzeniu o tradycyjną formułę. Udaje się, choć miejscami zbytnio trąci formaliną.

Mateusz Dworek