[recenzja] Utwory ostatnie. Jarosław Iwaszkiewicz

Jarosława Iwaszkiewicza kojarzy się z przedwojenną bohemą – inteligencją, jak to kiedyś mówiono. Tak przynajmniej polskie wykształcenie dało mi odczuć, przyporządkowując go do świata wczesnych Miłoszów, późnych Szymanowskich, jeszcze żyjących Baczyńskich i świeżo zmarłych Żeromskich. Byłam więc dość zdziwiona, kiedy przeczytałam, że ostatnie utwory są z lat 1978-80. Nie chodzi przy tym nawet o fakt, że nie mogłam sprawdzić, czy pisarz żył tak długo. Ta wizja po prostu zdaje się nieco abstrakcyjna.

Sam autor Utworów ostatnich nigdy nie wyprowadził Czytelnika z takiego błędnego przeświadczenia. Całość to mieszanka jego wspomnień z dawnych czasów i tęsknoty za tym, co definitywnie już umarło. Została opakowana w prostą, białą okładkę i opatrzona przypisami dającymi minimalny kontekst sytuacyjny tylko wtedy, kiedy jest to konieczne. Książka jest oszczędna zresztą również objętościowo – liczy sobie zaledwie sto stron. Na te składa się pięć opowiadań, spośród których najdłuższe zajmuje ponad połowę woluminu, a najkrótsze nie ma nawet jednego zdania prostego.

Tano – pół bóg, pół zwierzę, czyli człowiek.

Gdy czytam pierwszy utwór, najbardziej obszerny z całego zestawienia, zastanawiam się, jak go odbierać. Może lepiej zwrócić uwagę na te wszechobecne wtręty egzystencjalne, robiące z niego niemalże małą rozprawkę filozoficzną? To wciąż jednak przede wszystkim opowiadanie o bardzo konkretnej, wojennej tematyce. Zależnie od tego, którą stronę się wybierze, Tano zbiera odmienne noty.

Strona liryczna zasługuje na pochwałę – za nastrojami nostalgii i nieco ponurej tęsknoty podążamy od samego początku opowiadania, tak że z czasem udzielają nam się one bez reszty. Utwór przede wszystkim skłania do refleksji, niekoniecznie ograniczonych rzeczywistością czasów, o jakich opowiada. Autor wypracował ten efekt poprzez konstrukcję bohaterów i miejsc. Można to odczuć bardzo prędko – dialogi są szalenie sentencjonalne, w każdy z nich zaś wkradają się bardzo konkretne metafory (głównie muzyczne, za którymi autor szczerze przepadał). To w rezultacie ujmuje postaciom człowieczeństwa. Czytelnikowi wygodniej jest rozmyślać o nich, jak o narzędziach służących do przedstawienia jakiegoś sposobu myślenia. Zabieg ten jednak przynosi efekty, przekaz jest bowiem równie piękny, co ponury, a po zakończeniu potrzeba chwili, aby strząsnąć z siebie nastrój utworu.

Aleja przyjaciół – niedokończona pozycja bibliografii.

Po smutnym i poetycko brzmiącym Tano przychodzi pora na opowiadanko stricte autobiograficzne, które nie ma prawie żadnego narzuconego tonu czy koncepcji. Jest to wspomnienie konkretnej osoby, niesprawdzone (poprawione jednak w formie przypisów, co załatwia nam sprawę pewnych przekłamań), i jeśli kogoś nie fascynuje tak naprawdę sylwetka autora lub obraz polskiej bohemy lat trzydziestych, nieszczególnie porywające. Jestem pewna, że Aleja przyjaciół znalazła się w bibliografii niejednej pracy magisterskiej, i tam jest jej miejsce.

Nieważni ludzie, nieważne sprawy, tęsknota za dzieciństwem.

Kolejnym, co czytelnik otrzymuje w ramach tego skromnego zbioru, jest bardzo zwięzłe opowiadanie o młodzieńczych, niemalże dziecięcych miłostkach. Utwór jest dokładnie taki, jak zapowiada opis w poprzednim zdaniu – krótki, prosty i lekki w odbiorze. Próżno szukać tu zmyślnych alegorii, metafor czy języka, który by skłaniał do sięgnięcia po słownik. Kojarzy mi się to nieco z tymi barwnymi scenami z filmu Jutro pójdziemy do kina, kiedy widz obserwował pastelową wersję Drugiej Rzeczypospolitej z nieskomplikowanymi, sympatycznymi postaciami i wizją pięknej, świetlanej przyszłości. Autor ponownie daje do zrozumienia, jak bardzo tęsknił za dwudziestoleciem.

Kalendarz.
X x x

Dzień lipcowy.

Jeśli Czytelnik nadal pamięta Tano, warto o nim pomyśleć w trakcie czytania ostatniego opowiadania ze zbioru. Podobnie jak Nieważni ludzie, nieważne sprawy, stanowi ono przede wszystkim nostalgiczny obraz tego, co już przeminęło. Dzień lipcowy to jednak coś więcej niż tylko przyjemne wspomnienie. Autor bowiem poprzez plastyczne opisy krajobrazu i kompozycję historii stara się stworzyć literacki Drugi Koncert Rachmaninowa, który podążał za Czytelnikiem już od pierwszego opowiadania. Zabieg ów czyni z całości zgrabną klamrę, domykającą kompozycję.

Zbiór jest wart przeczytania – napisany z kunsztem, którego należy się spodziewać po autorze; skłania do przemyśleń i wzbogaca wiedzę czytelnika. Zestawienie krótkich utworów tworzy jednocześnie dość przemyślaną, niefortunnie niedokończoną, kompozycję.

Utwory ostatnie to jednak, co wskazuje zresztą tytuł, bardziej pointa niż wprowadzenie. Autor stara się stworzyć przed nami swoisty dialog z międzywojniem, jednak ów wymaga pewnego zainteresowania sylwetką pisarza i dwudziestoleciem, aby być w pełni zrozumiałym. Nie radzę więc czytać tego tomu jako pierwszego spośród twórczości Iwaszkiewicza. Nawet jeśli potencjalny czytelnik znajdzie tę książkę na półce we własnym domu, lepiej ją tam pozostawić, poczytać inne dzieła autora, a później dopiero wrócić do Utworów ostatnich.
Marta Marciniak