[recenzja] Uprawa roślin południowych metodą Miczurina. Weronika Murek

Opowiadania Weroniki Murek czytałam dwukrotnie. Po pierwszej lekturze doceniłam ich absurdalność i zapewniłam sobie najniższą rozrywkę (obśmiewanie – nie mylić z wyśmiewaniem – groteskowych sytuacji z postacią kulejącego Boga na czele). Dopiero za drugim razem zrozumiałam, co kryje się pod surrealistycznym obrazowaniem. Obie lektury były równie wartościowe i potrzebne; co więcej – nie wykluczam, że wrócę jeszcze do któregoś z siedmiu opowiadań czy nawet do całości.

W przypadku prozy nieczęsto zdarza mi się czytać tekst powtórnie – i na tym wyznaniu powinnam właściwie zakończyć, uznając, że nie wymyślę lepszego komplementu, który nie zakrawałby już o pospolite wazeliniarstwo. Próbując jednak odpowiedzieć na pytanie, co czyni prozę śląskiej autorki tak atrakcyjną, że mogłabym do niej wracać i wracać, wyciągnęłam jeden wniosek – oryginalność. Nie ujawnia się ona w zapoczątkowaniu jakiegoś nowego nurtu – budowana przez Weronikę Murek atmosfera marzenia sennego, nierealności przywodzi wspomnienie prozy Brunona Schulza, którego skądinąd autorka bardzo ceni. Ale z perspektywy rynku wydawniczego ostatnich lat jest to powiew świeżości, który nie powinien przejść bez echa. Wśród tysięcy stron literatury faktu i powieści zakrawających o autobiografizm czy publicystykę brakowało mi solidnych, w pełni fikcyjnych opowiadań, a tę lukę uzupełniła właśnie Uprawa roślin…

Absurd towarzyszy od samego początku – już tytuł budzi wątpliwości (tajemnicza postać Miczurina, uprawa roślin, która nijak ma się do zawartości zbioru, i gdyby nie łączyć nazwiska autorki z Feinweinblein i zeszłoroczną Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną, można by podejrzewać, że publikacja przeznaczona będzie dla naukowców czy głodnych wiedzy rolników). Już okładka sugeruje, że autorka puszcza do czytelnika oczko – spójrzcie, oto trawestacja Portretu damy w czepku Rogiera van der Weydena; nie oczekujcie, że wszystko będzie takie serio. I nie jest, choć nie oznacza to, że dowcip staje się tu wyłącznie dowcipem, po którym tylko śmiech i nic więcej.

Jakże trafnie gest puszczania oczka odpowiada stylistyce Uprawy roślin… Jest to pisarstwo, które czerpie z innych, mało znanych motywów i je przeinacza – tak, że trudno nawet doszukać się źródła. Według wierzeń podlaskich dzierganie skarpetek dla Jezusa w niebie traktowane jest jako nagroda. Dla Weroniki Murek wprost przeciwnie. Mało tego – motyw ten nie pojawia się w jej twórczości jako wierzenie, ale jako jedna ze scen czy, by precyzyjniej określić, jedno z wydarzeń odrealnionej prozy. Atrakcyjność zabiegów intertekstualnych polega na sięganiu po nieoczywiste, mało komu znane frazy (gdybym nie była po lekturze kilku wywiadów, byłabym święcie przekonana o tym, że wszystko zrodziło się w głowie pełnej wyobraźni… choć kreatywność w dalszym ciągu pozostaje ostatnią rzeczą, której można by odmówić autorce). Jeśli sięga po motywy religijne (a robi to często), to po to, aby uczynić Boga kulejącym, aby jeden anioł denerwował się na drugiego za chrupanie rabarbarem umoczonym w cukrze i aby zmarli robili w niebie wieczorek zapoznawczy.

Nieprzewidywalność – to największa zaleta opowiadań Weroniki Murek, a połączona z teatrologiczną wyobraźnią daje niesamowite efekty. Wystarczy spojrzeć na najdłuższe z opowiadań (zajmujące aż połowę objętości książki) – W tył, w dół, w lewo. Składa się z kilku odrębnych scen, które zaczynają się w sposób niesugerujący związku z poprzednią częścią. Można odnosić wrażenie, że ktoś wyciąga czytelnika za fraki ze środka jednej opowieści i wrzuca go w drugą, rozgrywającą się już w innym miejscu i w towarzystwie nowych bohaterów. Dopiero później okazuje się, że poszczególne wydarzenia układają się w jedną całość. To rozwiązanie zbliżone do dramatycznego.

Czytając Uprawę roślin… spotkamy się z prozą, do jakiej nie jesteśmy przyzwyczajeni (lub od której zdążyliśmy się po prostu odzwyczaić). To proza, której autor schodzi na dalszy plan, oddając głos narratorowi i bohaterom (wreszcie czytelnik nie pomyli narratora z autorem i nie zechce doszukiwać się w ich życiorysach zbędnych analogii). Proza, która ma się nijak do naszej codzienności i rozgrywających się na jej tle wydarzeń. Można wprawdzie – choć wymaga to pełnego skupienia – w serii epizodów dostrzec chronologiczną całość, ale to wciąż za mało, by uznać narrację za linearną (co traktuję jako zaletę). Weronika Murek konsekwentnie urywa opowieść, a dialogi zastępuje strzępami rozmów. Poza tym w Uprawie roślin… z większą uwagą niż miejsca czy ludzi opisuje się przedmioty; wszystko to sprawia wrażenie, jakbyśmy oglądali fabułę zza zaparowanej szyby. I wcale nie ma się ochoty jej przetrzeć.

Alicja Łukasik