[recenzja] Ulica Słowiańska. Klara Nowakowska

Zmysł obserwacyjny, którego pozazdrościłby niejeden socjolog, wyczucie pozwalające dostrzec językowe dwuznaczności, a wreszcie pociągający minimalizm. Ulica Słowiańska Klary Nowakowskiej ma wszystkie atuty, które mogłyby jej zapewnić zaszczytne miejsce na podium. Dlaczego więc jest od niego tylko (czy raczej – aż) o krok?

To, co skrapla się na kartce, 
to nie są w żadnym razie zdania na medal

Ale mogłyby nimi być, gdyby Klara Nowakowska postąpiła jak podmiot Ośmiu wierszy – gdyby część tekstów pozostawiła w fazie niezrealizowanych pomysłów. Choć może nie o samą realizację i pisanie chodzi (wszak i najlepszemu twórcy zdarzają się gorsze utwory), a o wybór tego, co ostatecznie powinno się ukazać – i tu zaszło chybienie. Obok tekstów dopracowanych, świetnie oddających atmosferę miejskości, pojawiają się i takie, którym brakuje polotu – jakby żywcem wyrwane spod pióra grafomana.

Nic dodać, nic ująć – tak można by określić minimalizm poezji Klary Nowakowskiej. W Ulicy Słowiańskiejprzeważają teksty przemyślane. Nieprzypadkowy jest również ich układ – odzwierciedla ciąg skojarzeniowy (po utworze Schodami w górę czytamy Sobotę na schodach) i przyczynowo-skutkowy (tytułowa sobota może być tym samym dniem z następnego w kolejności wiersza Kac – Możemy pić; w niedzielę/ i tak wypada kac). Autorka jest dość ascetyczna w stosowaniu środków stylistycznych. Chętnie rezygnuje z metafor na rzecz kokieteryjnej zabawy (z) językiem i, by rzec słowami poetki, nie mam nic naprzeciwko takiej formie rozrywki. Wręcz przeciwnie, jest coś urzekającego i nienachalnego w ujawnianiu dwuznaczność słów: Poznaje po molowych dziurkach/ (moll – to ta smutna tonacja). Nierzadko w osiągnięciu podobnego efektu pomagają jej przerzutnie: Odzyskuje moje dane i mnie/ dane będzie, a już szczególnie poetka zyskuje moje uznanie, gdy dwuznaczność w subtelny sposób zahacza o sferę seksualną: Nie rozpieszcza ich język, pomagają/ ręką.

Wszystko byłoby fantastycznie, gdyby Nowakowska potrafiła jeszcze utrzymać jednolity poziom. Przez dobry tomik powinno przechodzić się jak przez teren równinny – pewnie, bez wątpienia w wartość żadnego z wierszy, a ewentualne potknięcia powinny wynikać z silniejszego zachwytu czy potrzeby głębszego rozmyślania. Tymczasem przez Ulicę Słowiańską idzie się jak po niespecjalnie ukształtowanym terenie, pełnym wzniesień i dolin (na szczęście te drugie są w zdecydowanej mniejszości). Jedne wiersze wzbudzają zachwyt (Szkiełko, Sobota na schodach, Słowiański), natomiast inne (Publiczna relacja, Bazar) sprawiają, że masz ochotę wszcząć rozmyślania (choćby z samym sobą) o tym, co jest poezją, a co nią nie jest. Nie chciałabym wchodzić na grząski grunt tej dyskusji – polemiki teoretyków wystarczająco udowadniają nieostrość definicji, szczególnie teraz, gdy granice gatunkowe i rodzajowe lubią się zacierać. Niemniej, kwestia poetyckości tych utworów może być dyskusyjna.

Nie sposób przeoczyć rymy dokładne, wręcz trącące o częstochowskie, i nie trzeba rozwodzić się nad tym, jak skutecznie obniżają poziom Ulicy Słowiańskiej. A przecież Sobota na schodach ujawnia prawdziwe możliwości rymotwórcze Nowakowskiej – nienarzucające się, płynnie wpadające w ucho.

Te wszystkie nierówności sprawiają, że chciałoby się umieścić tomik na stosie książek obiecujących debiutantów (a Nowakowska debiutantką przecież nie jest, więc trudno doszukiwać się w tym stwierdzeniu komplementu). Co bardziej rozczarowujące – nierówność ta nie polega na wyborze między tym, co jest dobre, a co lepsze, ale między tym, co jest dobre, a tym, co nie powinno w Ulicy Słowiańskiej zajmować miejsca. Tym bardziej, że poezja Nowakowskiej zyskuje większy splendor nie za sprawą pojedynczych utworów, ale całości.

I tu dochodzimy do sedna. Tytułową Ulicę Słowiańską można oczywiście odczytywać w wąskim i najbardziej dosłownym rozumieniu – jako poetycką diagnozę społeczeństwa mieszkającego przy wspomnianej ulicy. Gdyby jednak chcieć zamienić ją na jakąkolwiek inną (Matejki, Roosevelta), pozornie nic by się nie zmieniło – tłum opisany przez Nowakowską nie różni się niczym od tłumu mieszkającego w jakimkolwiek innym rejonie Polski. Bez problemu rozpoznamy w nim siebie i naszych sąsiadów. Ale nie bez przyczyny mówię jednak, że tylko pozornie nic by się nie zmieniło. Wybór tej a nie innej ulicy nie jest przypadkowy, w końcu przymiotnik „słowiański” może także odnosić nas do wspólnoty krajów słowiańskich, ale żeby złapać bezpieczniejszy grunt interpretacyjny, ograniczmy się do samych Polaków.
 


Alicja Łukasik