[recenzja] Twarde O. Rafał Kwiatkowski

Chcecie poznać Twarde O? Przygotujcie się na mocne uderzenie, semantyczną hekatombę, nierytmiczne pląsania i symbolizm z dupy z nasionkami w tle. Będzie kontrast, dużo kontrastu, a do tego dysonans, zgrzyt i jeszcze więcej kontrastu. Kwiatkowski w swoim debiucie nie stara się być łatwy ani przyjemny.

Tradycyjny podział na formę i treść ma się nijak do tych sześćdziesięciu dwóch stron, które są zapisane słowami łączącymi się ze sobą w najdziwniejszy z możliwych sposobów. Język jest dla autora plastycznym tworem; ma się wręcz wrażenie, że bierze on wszystko to, co znamy – wszystkie językowe schematy i przyzwyczajenia, krainę signifié signifiant – zlepia w bezkształtną bryłę i na naszych oczach raz po raz formuje ją w niezwykłe kształty. Dla kogoś, komu nieobcy jest Wittgenstein, nie tyle owe kształty, ile sposób, w jaki się one z umysłu Kwiatkowskiego wyłaniają, nie będzie obcy. Czy jednak to wystarczy, by tworzyć dobrą poezję?

Twarde O to debiut jak na współczesne standardy dość późny – tomik został wydany przez trzydziestodwuletniego podówczas twórcę. Stało się to w roku 2011, dzięki Fundacji na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza. Związki autora z jednym z najwybitniejszych polskich poetów lingwistycznych nie kończą się zresztą na nazwie wydawnictwa; nie dość, że na samym początku tomiku przeczytać możemy: Nagroda w I Ogólnopolskim Konkursie im. Tymoteusza Karpowicza za autorską książkę poetycką, to od poszczególnych utworów naprawdę czuć zapach Trudnego lasu czy Odwróconego światła. Nie dziwi więc specjalnie to, że akurat Rafał Kwiatkowski okazał się w tych zmaganiach z językiem najlepszy, chociaż nie był on pierwszym, ani nawet dziesiątym poetą, jaki odważył się na takie zabawy (bo przecież na myśl nasuwa się nam i Buczkowski, którego Niech się miele jest myślą przewodnią tomiku, i Wirpsza, i Apollinaire, i nawet wielcy Joyce i Barańczak, i młodzi Cyranowicz i Lipszyc, i tak dalej).

Ale dość już odwołań, bo od jakiejkolwiek strony nie spróbować by ugryźć Kwiatkowskiego, nie można odmówić mu oryginalności. Jakkolwiek sam kierunek, w którym podążył, nie jest może już dziś aż tak nowatorski jak na początku XX wieku, to autor zasługuje na uznanie za co najmniej ową inność… i ciągłe zaskakiwanie. Kiedy po lekturze kilku wierszy zdaje się nam, że już odkryliśmy klucz, nieomal mistyczny kod, dzięki któremu rozszyfrujemy tajne przesłanie Twardego O, okazuje się, że Kwiatkowski zwyczajnie wpuścił nas w maliny. I widać, że go to bawi; ciągłe mylenie tropów, wstawianie fraz, których wstawić nie można, wypatroszanie języka, ujawnianie jego słabości i, żeby czytelnik nie zdążył się zanadto do niczego przyzwyczaić, czynienie z tej słabości siły. To wszystko pole, w którym czuje się on jak ryba w wodzie… albo może ryba w stole bez znaczeń, bo pewnie jakoś tak sam by to ujął (albo nie, pewnie zrobiłby to inaczej, bo jeśli w czasie tej lektury zaczynamy się czegoś spodziewać, z pewnością tak się nie stanie). Nie chcąc być oskarżonym o gołosłowność, nie mogę go nie zacytować:

Nie pytaj, które nie. Nie wiem. Próbuję nauczyć się liczenia
od tyłu, od czegoś większego –
odliczyć nienadaremną część. A ty co. Pokazujesz
nowy kwiat
wysoko nad przepaścią zerwanej
podłogi. A ty co, zmiana dekoracji przebiega bez zakłóceń,
no nie.
Jeszcze tu kliknij, może się otworzy
.

Zdaje się, że poszczególne frazy żyją własnym życiem. I jeśli chcielibyśmy cokolwiek w twórczości Kwiatkowskiego interpretować, to właśnie je. Bo klucza do zrozumienia całości nie ma. Podobnie jak nie ma miejsca na ścianie z Hakotelu – Nadal nie można na niej nic/ położyć, co najwyżej powiesić wyraz/ albo dodać”. Znaczenia są płynne – rozmywają się, jeśli im na to pozwolimy. Jeśli rację miał Wittgeinstein w stwierdzeniu Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata, to świat Kwiatkowskiego musi być niezwykle rozległy. Czy jednak, powtarzając pytanie postawione na początku, to wystarczy, żeby tworzyć dobrą poezję? Odpowiedź każdy czytelnik musi znaleźć sobie sam. Jest to z pewnością kawałek sztuki niełatwej w czytaniu i zwodniczej, jednak napisanej niezwykle sprawnie. I chociaż różni się ona drastycznie od poezji, jaką zaliczam do tej ulubionej, to nie mogę zaprzeczyć, że rozgryzanie Twardego O jest aktem wyjątkowo interesującym.

I żeby było nim choć jeszcze przez chwilę, kolejna, ostatnia już porcja Kwiatkowskiego:

A
gdzie jesteś, kiedy odnoszą mi te odniesienia
odnośnie twoich odejść. Jak dobrze jest wreszcie odnaleźć
siebie w brudnych podpisach. Odnależć, czyli zgubić, bo nie
ma nic do od. Albo od do. Dozwolone zwolnienie –

 

Marek Jura