[recenzja] Tego dnia. Joanna Roszak

Szósty już tomik pochodzącej z Poznania autorki można odbierać jako próbę poszerzenia języka poetyckiego o elementy, których Joanna Roszak dotychczas nie eksponowała. Tego dnia otwiera czytelnika na nowe doświadczenia, gra z jego prze(d)sądami dotyczącymi inspiracji nurtem poezji lingwistycznej. Brzmieniowe i znaczeniowe zabawy są tu równie ważne, co czujność, jaką autorka stara się zachować wobec rzeczywistości, którą należałoby tu rozumieć bardzo dosłownie – jako świat, gdzie określone koncepcje polityczne i społeczne wypierają inne.

To nowość w poetyckim idiomie autorki Wewe, choć kiedy patrzeć na ten zwrot z perspektywy nurtu, w jaki wpisuje się jej twórczość – raczej kolejny dowód na to, że rozumienie lingwizmu jako hermetycznej językowej szarady, dla której rzeczywistość istnieje wyłącznie w charakterze dostarczyciela koniecznych materiałów, wyklucza społeczny aspekt tej twórczości i deprecjonuje sedno jej wywrotowego charakteru. Kochankowie, stali bohaterowie wierszy Roszak, okazują się nagle ludźmi wrzuconymi do bardzo konkretnego świata, który zastawia na nich ideologiczne i myślowe pułapki. Być może takiej zmiany nie zapowiada jeszcze otwierający książkę wiersz jutro:
jak to jest
przyjść na świat
i go nie zastać,

Kolejne, z prawie pięćdziesięciu wierszy (dokładnie 49 utworów), jakie zmieściły się w tym tomie, mogą być dla czytelnika dotychczas wydanych książek poetyckich autorki Lele sporym zaskoczeniem.
(…)
w lipcowej zaspie
śpiewamy piosenki o antywojennym przesłaniu
przemierzamy przymierzamy przymierze
przeinaczone przeznaczenia

Kochankowie, dotychczas skupieni na tym, co osobiste, wewnętrzne, tym razem rozglądają się dalej niż tylko wokół siebie i swoich codziennych doświadczeń. Wciąż śledzimy ich opowieści, które jawią się nam jako historie drobnych, ale przecież równocześnie znaczących nieporozumień:

a skrupulatnie zbierałam twoje włosy
z dywanów mebli i umywalki
żebyś nie zauważył
że się starzejemy
ty zbierałeś moje
żeby było czysto.

Tę narracyjną drobnicę coraz częściej przecinają obserwacje, które wymagają od bohaterów innego rodzaju percepcji rzeczywistości, jak choćby w wierszu obok:

chłopiec siedzi rozpaczliwie na kartce
myląc listę zakupów z listą marzeń
na smyczy wyprowadza robaki.

Kolejną subtelną zmianą, która każe postrzegać Tego dnia jako rozwój poetyckiego idiomu Joanny Roszak, a nie tylko dobudowywanie kolejnych znaczeń do już stabilnej konstrukcji, jest bez wątpienia rozciągnięcie wspólnoty tak często goszczącego w tej twórczości „my” na wszystkie istoty żywe. To już nie tylko kochankowie i przelotni bohaterowie ich obserwacji, ale także psy, koty i inne zwierzęta. Tak jest w zaskakującej przemianie, w której:

zimą przeczytamy wiersze zwierzętom i rodzicom
może kolejnej zabiorą nas na arkę.

Przyjaźń, jaką w swoich wierszach proponuje Roszak, ów swoisty manifest gatunków stowarzyszonych ma przede wszystkim ocalać – człowieka, zwierzę, wspólnotę. Jest ucieczką i niezgodą na rzeczywistość, w której:

nauczyliśmy się
że na zewnątrz zawsze jest wojna
że na zewnątrz zawsze jest woda.

Nie można jednak powiedzieć, że poezja autorki Ladino nabrała jakiegoś eskapistycznego charakteru – to nie natura pięknoducha (pięknoduszy?) każe wyrażać sprzeciw, ale konkretny ból, jaki kryje się za dychotomicznym oglądem rzeczywistości. I choć wydawałoby się, że Tego dnia trzeba byłoby w takim razie określić jako najbardziej pesymistyczny z dotychczasowych tomików Roszak, to jednocześnie nie sposób zauważyć, że dla poznańskiej poetki język wciąż jest raczej narzędziem uwalniającym nas od iluzji, a nie ją podtrzymującym. Przeżywanie tego, co społeczne ma w Tego dnia wymiar jednostkowy – to żal i smutek, których przepracowanie możliwe jest wyłącznie w samotności, choć przecież czasem chciałoby się inaczej. Tak jak w wierszu imię:

nazwaliśmy psa kohelet
by codziennie przypominał
że 
są rzeczy jeszcze bardziej ostatnie

Tak jest też w karkołomnym utworze plagiatując doświadczenia ludzkości, który zamyka ten tomik. To próba stworzenia wspólnoty opartej na doświadczeniu, solidarności, która pomaga w zrozumieniu własnych uczuć i zbliżeniu się do innych ludzi i (nie)ludzi. W przywołanym wierszu autorka stara się skonfrontować to, co banalne z czymś wzniosłym, przeczuwając słusznie, że tylko w tym, co zwyczajne można odnaleźć rzeczywistą nić porozumienia z kimś, kto nie jest mną. To ważna myśl, bo świadczy o tym, że w swojej twórczości Roszak nie chce szukać wyłącznie voyeurystycznej przyjemności podglądania i podsłuchiwania, ale język jest dla niej narzędziem do poszukiwania i konstytuowania nowych sensów – nawet gdy te mogą się okazać trudne do zniesienia i zaakceptowania, jak we wspomnianym już wierszu plagiatując doświadczenia ludzkości, który kończy się słowami:

to nam spaliły się pasieki
wyczerpały formy zabezpieczenia przed bólem
rozszumiały dni i noce

rozkładamy bezradnie ręce
jak oni przed nami
i staramy się wiedzieć że to
powtarzalna kolej rzeczy.

Krzysztof Wojciechowski