[recenzja] Stojąc na jednej nodze. Przemysław Owczarek

Owczarek w tomiku Stojąc na jednej nodze dokonuje morderstwa, następnie zaś prometejskiego czynu – unicestwia Człowieka, tworząc w jego miejsce widniejącą na okładkę androgeniczną hybrydę, której głowę, mózg i świadomość zastępuje korona, spośród jej liści wystają przedmioty gospodarstwa domowego, a na gałęziach spoczywają ptaki. Wojna pomiędzy naturą a podłym i niewdzięcznym gatunkiem homo sapiens nie jest w poezji niczym nowym, a że autor już wśród początkowych mott przytacza myśl celebrującego tę dychotomię Williama Blake’a, trop jest chyba dość jasny. Czy Owczarkowi udaje się zderzyć z tą konwencją nie popadając w banał i truizm? Skłaniam się ku twierdzącej odpowiedzi.

Z miejsca należy zaznaczyć, że autor wypada imponująco jako dokumentalista wspomnianego konfliktu; gorzej, gdy zaczyna poszukiwać synergii i symbiozy pomiędzy obiema siłami. Tyczy się to opisywanej przez niego w ten sposób dynamiki pomiędzy zderzającymi się ze sobą sferami, jak i próbami komponowania poetyckich kolaży − kiedy tworzy splot symboli (Drzeworyt) w którym zlewa się polityka, natura, psychoanaliza, sacrum i profanum, eteryczność i wulgarność − otrzymujemy rażący miszmasz:

(…) sarkofag. drzewo rozpustne
w koronie miłości, ta ćma
wibruje i piszczy. drzewo

wisielców i Chłopca Starca.
z jego jąder tryska sperma,
gęsta od miodu i gwiazd

Podobny problem pojawia się w Aufchebung, aczkolwiek w tym przypadku w pewnym momencie romantyczna poetyka znakomicie wręcz zlewa się z obrazami urbanistycznej gehenny:

pole ostu piliło, aż po koniec listy.
a byłem jak nośnik. śniłem, że świat
się roznosi przez analogię. wszystko

wszystkiemu spłaca dług i wraca do bazy,
na wschodzie las płakał nad wyrżniętym pasem
przez ostoję. z nieba kluło się światło.

zagruntowali S8
cała Polska w nadbudowie 
grilluje wieprzowe sny

Zanim jednak dotrzemy do tego punktu w wierszu, pojawia się polityczna demagogia, oddzierająca trochę utwór z mistyczności. I choć coda wiersza wraca do punktu wyjścia, manifestacyjnego flirtu z socjopolityką i jako niezależna zwrotka jest znakomita, całość pozostawia po sobie nadto chimeryczne wrażenie.

Wszelki niesmak wkrótce zaciera przewrotnie zatytułowana pieśń Nadir – paradoksalnie, pewien klimaks zbioru. Znowu jest to mocno skondensowane zbicie wielu obrazów; podróży w czasie, przeskakiwania między mitologiami, kolejnych starć ludzkości i Matki Natury. Owczarek sprawnie porusza się w dłuższych formach wiersza, rozdzielając je często na epizody, tworząc tryptyki, kilkuzwrotowe utwory. Ich spójność, koncentracja i wierność konceptualności Stania na jednej nodze tworzą jasny, mocno uderzający przekaz, którego specjalnie nie zakłócają choćby przytaczane i kontrowersyjne momenty tomiku.

Owczarek jest piękny, kiedy komponuje blake’owski liryzm z szyderstwem, unikając przy tym reanimowania quasi-romantycznej estetyki. Ożywia roślinny, zwierzęta, wiatr i pory roku, wysyłając je na kolejne bitwy z kakofonią autostrad i samolotów myśliwskich. Pozwala sobie przy tym na bezceremonialne zabawy lingwistyczne – lepi słowa składające się z jakby przypadkowych sylab, onomatopei i wykrzykników. Tworzy coś będącego rodzajem zbitki miejskiego harmidru i leśnego pogłosu. Znowu, tym samym wkomponowując się w jasno wyklarowany koncept, zapowiedziany już przez samą okładkę.

dziecko widzi
i mówi:
szszszsz

sosny się ruszają.
przeszywa je podmuch
się kołyszą. szyją

szszszsz
głowy.
korony.

igły.

Kły?

Czasem, odgrywając rolę przebiegłego dyplomaty, Owczarek próbuje na nowo zeswatać gatunek ludzki z naturą. Celem osiągnięcia tego porozumienia autor oddelegowuje w wierszach dziecko; zabieg to niedwuznaczny, łącznikiem między dwoma światami może być wyłącznie uosobienie niewinności. Dziecko ma być katalizatorem przemiany, wystąpienia z mieszczańskiego konglomeratu, powrotu na łono natury. Nawet, kiedy zaniepokojone dostrzega w igłach sosny kły.

Owczarek lubuje się też w zdrobnieniach, używając ich w sposób balansujący na granicy obsceniczności, raczej celem prowokacji, niż infantylizacji. Jednocześnie, ile razy by nie używać terminologii, przy omawianiu Stojąc na jednej nodze nie da się uciec wrażeniu, że autor raczej szuka schronienia przed każdą formą konfliktowości i polemiki, w którą sam bezpośrednio mógłby być zaangażowany. Notabene, także przed krytyką literacką w Żegnaj, detektywie.

 

być w zdaniu tak, żeby nie zauważył tego
słowa. wymykając się antologii. igrając
z analogią. na przykład w przeddzień nocy

 

Tym samym wywody moje (i kogokolwiek innego) mogą nie mieć dla świeżo upieczonego dyrektora łódzkiego Domu Literatury większego znaczenia. Choć jednocześnie można być pod wrażeniem gabarytów i barwności blurba − autorstwa Karola Maliszewskiego − znajdującego się na tyle okładki książki.

Rozgorączkowany Owczarek zdaje się poruszać w ciągłym biegu, tomik jest pełen migracji, nieprzerwanej pogoni za azylem. Jest to jednak jego prywatny konflikt, odbywający się paralelnie do większej wojny rozgrywającej się dookoła niego. Bitew nie brakuje, momentami można ulec wrażeniu, że autor jest wielbicielem przemocy pomiędzy rzeczywistościami, wojujących ze sobą półkul mózgowych, systemów. Pozostaje biernym widzem dekompozycji świata, na którego obrzeżach się znalazł. Trudno jest też umknąć wrażeniu, że może trochę uprawia przy tym dość jawną mizantropię. Co godne podziwu, z reguły czyni to bez uciekania w manifest (poza paroma urywkami, takimi, jak w Aufchebung). Zamiast tego zarysowuje po prostu zbitą kronikę cywilizacji, która to cywilizacja wyrosła na planecie niczym nowotwór, unicestwiając rasy i plemiona, które żyły z nią w zgodzie. Owczarek, samozwańczy „filozof wiejski”, pozostaje ekspatriantem, który wybiegł w dzicz, uciekł z miasta i niesie dziś poezję ku naturze, ofiaruje ją tam, gdzie „w słońcu nocy gorzeje chrzan, jak ołtarz”.

Max Nałęcz