[recenzja] Słona mgła. Piotr Kępiński

Zimno mi. Powietrze jest przesiąknięte wodą, a wiatr wpycha każdą kłującą jej kropelkę w szczeliny ubrania. Mgła zasnuwa oczy – są gęste od niewidzenia i dalekich obrazów. W uszach szumi i stukocze miarowo. Coś ciepłego spływa strużką do kącika ust, i już czuję sól na wargach. Może to wiatr przyniósł morze słoną bryzą.

Czy to kończy się zima i kra trzeszczy o krok? Nie. Czytam wiersze. Taka jest poezja Piotra Kępińskiego z tomu Słona mgła. Poezja wodno-powietrzna, zimna, smutna.
I  r o z m y t a.

Po lekturze nie pozostało we mnie wiele więcej niż powietrze i woda. Może jeszcze memento mori, ślady bycia gdzie indziej i kilka interesujących fraz. „Lep na martwe słowa” – nawet ożywia. „Wczoraj był dzień | dzisiaj już nie” – i jakoś wygodnie mi w tym zawieszeniu. „Zdania pójdą w drobne drzazgi” – a niech idą, lubię „tresować słowa”. I ja też mam „skrawki fikcji | na rzęsach”. I skrawki myśli pewnego poety, krytyka i redaktora. Jego metafory, grę z frazeologizmami, przeniesienia skojarzeń, konceptualne połączenia. Szkoda, że nie bardzo wiem, co z nimi zrobić.

„Wiersze i cały tom bardzo przemyślane, ale jeszcze bardziej przeżyte” – pisze o Słonej mgle Piotr Śliwiński. Wypada mu wierzyć. Ale czy owo przeżycie i jakieś skuteczne przemyślenie przysługuje też czytelnikowi Kępińskiego? Mam wrażenie, że raczej bezskutecznie zderzam się z różnymi zamglonymi obrazami. Zwyczajnie: nie rozumiem. Tworzą mi się w głowie skrawki sensów, strzępy mgły, ale dla mnie jest ta mgła chyba zbyt gęsta.

bogobojne drzwi otwarte tak długo
jak życzy sobie tego ptak z obciętym ogonem
niejasne wyjścia lodowate poręcze
aż gniazda zawieszone na skalnych półkach
zmienią się w ciche ogniska

 

Wersy te brzmią zgrabnie i nowo, owszem. Widzę. Czuję, a jakże – niepokój, oczekiwanie, niepewność, możliwość. Ale nie mam tych wrażeń do czego przyczepić. Nie umiem odnieść ich do przeczytanych słów.

„To nie jest głos ustawiony raz na zawsze” – perswaduje Śliwiński; „często się łamie albo przywołuje do porządku, szuka formy, żeby nie znaleźć”. Dobrze, ale ja nie wiem, d l a c z e g o  szuka formy, nawet jeśli profesor pisze dalej, że to „poezja, która usiłuje okiełznać, ale i zachować to, co ją rodzi – smutek, obcość, niezależność, dumę”. Tak, może i racja:

od kiedy to tak się dzieje
że przystają przypadkowi
żeby nas nie przeoczyć
jak samby na ulicach tokio […]
i od kiedy to wreszcie musimy
jeszcze płacić prowizje od tych
niekochanych transakcji
czy za to że na krzyż nałożone
plastry z roślin sprawiają że ciało
nie gnije czy za to też muszę płacić
słone podatki

Jest tu nawet frustracja, poczucie krzywdy i ceny zbyt wysokiego trudu za to, co i tak nie przynosi pełnej satysfakcji. Chyba – tak się domyślam. Jednak wiersze Kępińskiego wyłażą z niedomkniętych form, i mam wrażenie, że gubią przez to istotny element: z r o z u m i a l n o ś ć. Owszem, niosą obrazy, odczucia – ale spowijająca je mgła nie pozwala ich dobrze zakotwiczyć. Na szczęście niektóre teksty mocniej wyzierają z zamglenia. Najlepiej widać Wyliczanki, szczególnie Działania:

mój syn
dodaje lata
do tego co pamięta
ja zaczynam odejmować
od tego co się stanie
to czego już nie będzie

 

Jasne: tragizm pokoleniowości, ale ujęty interesująco, niebanalnie, zimno matematycznie – i dzięki temu poruszająco. Takiego Kępińskiego czyta mi się dobrze. Szkoda, naprawdę, że nie umiem w sobie porządnie zakotwiczyć Słonej mgły. Co zahaczam, to odpada. Zostają – i dobrze – małe skaleczenia. Byłoby gorzej, gdyby nie zostawało nic poza trafnym tytułem. Omijam stopami martwe, czarne ptaki, a nad głową fruną mi ślepe ryby.


Bernadeta Paczkowska.