[recenzja] Niesamowici bracia Goldberg. Wojciech Biedroń

Lektura „Niesamowitych braci Goldberg” roztacza przed czytelnikiem wielowymiarową panoramę XX wieku, widzianego z naszej rodzimej perspektywy. Zbeletryzowana biografia braci Jerzego Borejszy i Jacka Różańskiego pozwala spojrzeć nie tylko na ich szalenie interesujące biografie, ale i zmierzyć się z opowieścią o banalności zła, stopniowym upadku idei i ulotnym poczuciu władzy.

Wojtek Biedroń dotychczas był znany szerszej publiczności jako reżyser (In Flagranti, spektakle Teatru Telewizji), twórca teledysków grupy Myslovitz czy producent filmowy. Debiut książkowy (jakim są właśnie Niesamowici Bracia Goldberg) to w założeniu pierwsza część tryptyku opowiadającego o losach dokumentalisty śledczego – Wojtka.

Poznajemy go zimą 1980 roku, w momencie gdy przeprowadza wywiad z emerytowanym pułkownikiem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Józefem Różańskim. Kanwę książki stanowi rozmowa studenta dziennikarstwa z tym właśnie krwawym śledczym. Głównym tematem tej beletryzowanej rozmowy jest natomiast brat wojskowego – Jerzy Borejsza, twórca powojennej prasy i medialnego koncernu, jakim stała się Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”. Przemierzając kolejne strony, bez trudu wciągamy się w powieść. Do lektury zachęcają nie tylko kwiecisty język i barwne, sugestywne opisy, lecz także chęć odkrycia motywów subtelnej gry, jaką prowadzi Różański z młodym dziennikarzem.

Zanim zagłębimy się w powieść (wydaną przez Wydawnictwo WAB) warto rzucić okiem na okładkę, gdzie znajdziemy informację o tym, iż pierwowzorami bohaterów są doktor Jekyll i mister Hyde polskiego komunizmu. Na pierwszy rzut oka takie porównanie może zakrawać na tani chwyt marketingowy ze strony wydawcy, jednak po przyjrzeniu się konstrukcji książki i odkryciu losów bohaterów, zmienimy zdanie. Niesamowici bracia Goldberg tylko z pozoru są zapisem wywiadu młodego dziennikarza z emerytowanym „bezpieczniakiem”. Częste retrospekcje i zaburzenia chronologii pozwalają momentami odnieść wrażenie, jakby Różański z Borejszą zlewali się w jedność. To świadomy zabieg Biedronia, który jeszcze bardziej zachęca do zapoznania się z historią najsłynniejszego rodzeństwa pierwszych lat istnienia Polski Ludowej. Synowie Abrahama Goldberga, jednego z najbardziej aktywnych przedwojennych działaczy ruchu syjonistycznego, nie wybrali drogi ojca. Poznajemy odmienne losy braci, dla których tłem są najważniejsze wydarzenia polityczne XX wieku. Jerzemu Borejszy nie można odmówić ani błyskotliwości, ani charakteru. To właśnie on był pomysłodawcą powojennej idei tzw. „łagodnej rewolucji”, której celem było pokazanie, że socjalizm można propagować nie z pomocą karabinów i brutalnej siły, a za pośrednictwem kultury. W powołanym przez niego do życia wydawnictwie udało się stworzyć „stajnię” skupiającą dzieła wszystkich ważniejszych twórców polskiej literatury powojennej. „Czytelnik” zmonopolizował rynek prasy w kraju, a przez wielu uznawany był za państwo w partyjnym państwie (w szczytowym momencie należało do niego blisko 100 tysięcy autorów).

Jerzy Borejsza wykraczał szeroko poza spectrum widzenia typowych aparatczyków partyjnych. To dzięki niemu w Polsce kultura wstała z kolan, a on sam uznawany był, również za granicą, za jednego z racjonalniej patrzących na świat prominentów obozu socjalistycznego. Apogeum popularności i władzy Borejszy był zorganizowany przez niego we Wrocławiu Światowy Kongres Intelektualistów, zwołany w Obronie Pokoju. Gdy spojrzymy na listę uczestników, trudno wyjść z podziwu, gdyż prócz rodzimych twórców zaproszenie na Kongres przyjęli m.in. Fernand Léger, Pablo Picasso i wielu innych. Sukces tego wydarzenia nie przypadł do gustu komunistycznym decydentom. Borejsza był krytykowany za zbyt mały nacisk na podkreślanie zasług realnego socjalizmu w dążeniu do światowego pokoju przy jednoczesnym wychwalaniu twórców ze zgniłego zachodu. Kongres okazał się początkiem końca Borejszy, który stopniowo wypadł z łask najwyższych członków partyjnych.

Z zupełnie innej strony na kartach historii zapisał się Józef Różański. Na początku jawi się jako sympatyczny staruszek, jednak niech czytelnik nie da się zwieść pozorom. Ten przedstawiciel komunistycznego aparatu bezpieczeństwa dał się poznać jako bezwzględny śledczy, mający na swoim sumieniu wiele istnień. Chociaż Biedroń skąpi nam szczegółowych opisów występków Różańskiego, to jednak w subtelny sposób podkreśla proces przenikania zła do jego życia. Autor skupia się bardziej na wcześniejszych etapach egzystencji bohatera i drodze, jaką przeszedł, aby stać się jednym z najbardziej krwawych śledczych epoki stalinowskiej. Sam Różański podczas rozmów z młodym studentem dziennikarstwa stwierdza: „No widzisz, ja ci tu opowiadam o tobie samym, o twoim własnym życiu, gdyby przyszło ci żyć w opisanych okolicznościach i czasach. Jak już przekroczyłeś granicę milczącego sumienia, jak już raz się stoczyłeś, przeżyłeś tego adrenalinowego kopa towarzyszącego temu, że człowiek się odważył, to musisz bracie uważać… Możesz stać się nałogowcem”.

Proces stopniowego przenikania zła do życia głównych bohaterów jest wprost proporcjonalny do natężenia wydarzeń, które wstrząsnęły losami świata w XX wieku. Barwne opisy z pozoru nieistotnych dla bohaterów zdarzeń roztaczają przed czytelnikiem panoramę stosunków społecznych panujących przed II wojną światową oraz proces ich stopniowego załamywania. Porządek, jaki zapanował po zakończeniu wojny, i zmiany, jakie dokonały się w tym czasie w strukturze społecznej, znajdują odbicie także w losach bohaterów. Portret psychologiczny Borejszy i Różańskiego nakreślony przez Biedronia ukazuje nam, jak bardzo zmieniło się na przestrzeni paru lat podejście do wielu fundamentalnych dla człowieka wartości. Mimo kontrowersyjnych życiorysów wspólny portret braci Goldberg jawi się jako odbicie dróg i rozterek cechujących wielu, którzy poświęcili swe życie idei rewolucji – zarówno „łagodnej” serwowanej przez Jerzego Borejszę, kładącej nacisk na kulturę, jak i tej nasączonej brutalnością aparatu bezpieczeństwa, niepozbawionej jednak intelektualnego sznytu, jaki cechował Józefa Różańskiego.

„Jak tak na nas patrzę z perspektywy tych lat, to w gruncie rzeczy trzeba powiedzieć, że my obaj uosabialiśmy całe spektrum namiętności władzy. Mnie dogadzało, żeby się mnie ludzie bali, a Jurkowi, żeby go kochali. My obaj jak jeden książę Machiavellego”.


Mateusz Kalinowski