[recenzja] Nienawiść do demokracji. Jacques Rancière.

Od pierwszego polskiego wydania Nienawiści do demokracji minęło 8 lat. Sytuacja na świecie zmieniła się, i to diametralnie, ale zasadnicze tendencje zasygnalizowane we wstępie książki są wciąż takie same. Rządy, określające się mianem demokratycznych, cierpią na tę samą chorobę: nienawiść do demokracji. Nienawiść to nie krytyka. Ta pojawia się równolegle, jako skutek praktyki, podlega też publicznej dyskusji. Nienawiść wiąże się z terrorem, przemocą, inwigilacją i autorytaryzmem. Jest bezdyskusyjna, często motywowana „obroną naszego bezpieczeństwa”. Jacques Rancière sięga do jej filozoficznych i historycznych źródeł, by na tym tle pokazać pełnię grozy nowej odsłony nienawiści do demokracji.

Nadmiar demokracji. Z tym problemem mierzyli się zarówno starożytni filozofowie z Arystotelesem i Platonem na czele, jak i „wyzwoliciele” Iraku. Czym w ich optyce jest demokracja? Otóż oznacza ona przede wszystkim królestwo nieograniczonych pragnień jednostek. Nie dziwią zatem próby skanalizowania tej oddolnej aktywności, bowiem (jak pisze Rancière) demokracja jest „nie do rządzenia”. Władza zresztą spokojnie obywa się bez jej kłopotliwego balastu. I przekonuje, że należy stawiać demokracji tamy, kierować energię demokratycznych procesów na sferę prywatną, indywidualny rozwój, konkurencję. Dobre demokratyczne rządy – mówią filozofowie i władcy – to takie, które znajdują balans między partycypacją a indywidualizmem (dwoma równorzędnymi, a wykluczającymi się pragnieniami jednostek).

Rancière opisuje próby relatywizowania znaczenia takich terminów jak tyrania, dyktatura, totalitaryzm. Władza, wypowiadając wojnę demokracji, przedstawia ją – często ustami filozofów – jako lustrzane odbicie nazizmu czy stalinizmu. Tamte systemy – powiada – oznaczały pożeranie społeczeństwa przez państwo. Demokracja – odwrotnie – to nieograniczona konsumpcja państwa przez społeczeństwo. Wymyślono więc rozwiązanie. Wprowadzono rozróżnienie między pozytywną demokracją praw człowieka oraz wolności indywidualnych a negatywną demokracją egalitarystyczną i kolektywistyczną.

Prawa człowieka to wygodna dla władzy konstrukcja. Jej krytyka – wyrastająca z myśli radykalnie lewicowej, a kontynuowana m.in. przez Hannah Arendt – zasadza się na politycznym ujęciu tego terminu. W istocie bowiem pytanie o prawa człowieka to pytanie o to, kto jest podmiotem polityki. Praktyka i historia pokazują, że zawsze próbuje się je ograniczać, spychając do sfery prywatnej. Tymczasem prawa człowieka – pisze Rancière – to w istocie prawa obywatela. Filozof rozwija to w zamykającym książkę eseju Kto jest podmiotem praw człowieka? Samo ich formułowanie oznacza, że kogoś się z tej kategorii wyklucza. Zamysł i obrona praw człowieka, podobnie jak wolności słowa, zaciemniają tak naprawdę istotę demokracji.

Demokracja to ani forma rządzenia, ani typ społeczeństwa, ani tym bardziej utożsamianie obywatela z narcystycznym konsumentem. Rancière definiuje to prosto. Oznacza ona rządy ludzi niemających uprawnień do rządzenia. W pewnym sensie są to „rządy kogokolwiek”, ale nie rozumiane jako władza egoistów, lecz jako każda forma oddolnej samoorganizacji i walki o swoje postulaty (pracownicze czy emancypacyjne). W tym sensie demokracja jest groźna dla każdej władzy, a teoretycy polityki nieprzypadkowo poddawali ją ostrej krytyce, utożsamiali z oligarchią. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Brak zaplecza finansowego czy żądzy władzy to najlepsze rekomendacje dla uczestnika demokracji. Oddajmy głos Rancière`owi: „Pozostaje więc zwykły wyjątek, władza ludu, która nie jest władzą ludności lub jej większości, lecz władzą kogokolwiek, brakiem jakiejkolwiek różnicy w zakresie zdolności do zajmowania pozycji rządzącego lub rządzonego. Rządy polityczne mają zatem swoją podstawę, ale taką, w której w rzeczywistości tkwi sprzeczność: polityka jest podstawą zdolności do rządzenia w obliczu nieobecności jej podstawy. Rządy państwowe są uprawnione tylko jako polityczne. Są polityczne tylko wtedy, gdy opierają się na nieobecności swej podstawy. I właśnie to oznacza demokracja rozumiana jako «prawo przypadku». Stąd tylko krok do zakwestionowania reprezentacji jako formy demokracji. W istocie demokracja przedstawicielska jest tylko odmianą oligarchii.

Czym więc jest prawdziwa demokracja? Możemy nazwać ją procesem rozszerzania sfery publicznej aż po upolitycznienie sfery prywatnej (prywatne staje się polityczne, a co za tym idzie – staje się przedmiotem i podmiotem debaty publicznej). Historycznie rozszerzanie oznaczało dwa mechanizmy: po pierwsze uznanie za równych i za podmioty polityczne ludzi wyrzuconych mocą prawa państwowego do sfery życia prywatnego istot niższych oraz – po drugie – uznanie publicznego charakteru tych typów przestrzeni i stosunków, które były pozostawione cichej władzy bogactwa. Możemy powiedzieć, że demokracja jest w pewnym sensie pozbawiona granic. „Bezgraniczność” tego ustroju polega na ciągłym rozszerzaniu sfery publicznej i prywatnej (tego, co polityczne i tego, co społeczne), a nie na wzrastającym zwielokrotnieniu potrzeb jednostek.

Poza właściwym tekstem Nienawiści do demokracji tom zawiera też aneks w postaci wspomnianego już eseju Kto jest podmiotem praw człowieka? opublikowanego pierwotnie w 2004 roku. Nawiązując od Hannah Arendt i Giorgia Agamebena, Rancière stawia radykalną tezę: prawa człowieka to prawa tych, którzy nie mają praw, jakie im przysługują i którzy mają prawa, jakie im nie przysługują. Tylko w takim ujęciu można uznać je za prawa demokratyczne, a nie służące zatomizowaniu i sprywatyzowaniu dążeń społecznych.

Krzysztof Kołacki