[recenzja]. Nie wiem. Patrycja Kopacka

Odnoszę wrażenie, że to, co klasyczne, modernistyczne i uznane za tzw. kanon polskiej literatury, autorka przetwarza poprawnie. Ale kompletnie odrzuca to, co w młodopoetyckiej twórczości najważniejsze, czyli bycie na bieżąco z językiem.

 

Książka Nie wiem to drugi tomik pochodzącej z Gorzowa Wielkopolskiego Patrycji Kopackiej. Obszerny jak na książkę poetycką, zawiera aż sześćdziesiąt pięć wierszy. Został wydany przez tamtejszy Związek Literatów Polskich z serii Biblioteki „Pegaza Lubuskiego” i dokładnie wpisuje się w charakterystyczny kształt literatury promowanej przez środowisko kojarzone ze Związkiem Literatów Polskich. Od Gdańska po Kraków, od Zielonej Góry po Lublin. Tendencja jest podobna – konfesyjna twórczość, skupiona wokół emocyjnej, rytmicznej narracji, przepełniona osobistymi fotografiami, obrazami, które z reguły pełnią rolę dopełniającego tła. Trochę tak, jakby wydawca obawiał się, że wiersz sam się nie obroni. Chyba tak.

Nie wiem to książka spójna treściowo, oparta na intymnej, refleksyjnej, chwilami nostalgiczno-sentymentalnej opowieści; na narracji, której punktem wyjścia jest opowiedzenie swojego kawałka świata, ale bez babrania się w jego bebechach, bez wywlekania na wierzch słodko-kwaśnych marginesów głównej opowieści. To raczej podzielenie się doświadczeniem, miłosnym i językowym. Książkę rozpoczyna wiersz dedykowany tacie. Pozbawiony tytułu, tak jakby już na samym początku książki Kopacka swój język, kontrapunkt chciała oddać czytelnikowi. Bez wskazywania punktów odniesienia, bez narzucania reżimu interpretacyjnego. Liczy się wiersz, tytuł wymyśl sam.

Człowiek jest jak jabłko.
Piękne, kolorowe, soczyste jabłko, które
czasami też zdarza się kwaśne,
z którego na końcu pozostaje tylko ogryzek.

Ten wypracowany w kolejnych wierszach wyjątkowy fatalizm, konstruowany za pomocą melancholicznego profetyzmu, pozwala podmiotowi znać finał całej sprawy, każdej sprawki. Prawie zawsze. Bo niby to intymne wyznania z jakąś specyficzną wrażliwością, z opowiadaniem miłosnych rozstrojów, historyjek, rozczarowań, ale jednocześnie za każdym razem mamy do czynienia z utworami bardzo, może nawet za bardzo konceptualnymi, pisanymi od-do, bez marginesu, bez nawet próby wychylania się za burtę pomysłów. A szkoda, bo udaje się jej pisać poza nawiasem: „Niedługo zaskoczy nas na nowo/ jasna łuna narodzonego poranka./ Zmywamy z siebie brud miasta” (wiersz „Wypełnieni nienazwaną energią wyruszamy…”).

Wolę bardziej powściągliwą lirykę, skupioną na słowie pisanym przez małe, a nie duże es. Wiersza nie czyni mechaniczne poszatkowanie tekstu na wersy, lecz wewnętrzna konieczność: emocyjna i rytmiczna. Patrycja często, ale zręcznie korzysta z wypracowanego i popularnego idiomu, kojarzonego nierzadko jako język poetycki. Wielkie litery, silne zmetaforyzowanie, budowanie narracji za pomocą mocnych, granicznych emocji. Wzniosłość i sentymentalizm bronią się jako zabiegi leksykalne, bo język młodopoetycki jest nimi przesiąknięty. Natomiast nadużywanie epitetów o negatywnym nacechowaniu (z symboliką śmierci, bólu i cierpienia) oraz przepełnienie tekstu metaforami dopełniaczowymi tworzą obraz spójny, ale i do bólu przewidywalny. Czy o to powinno chodzić komuś, kto dopiero wkracza na scenę poetycką? Chyba nie.

Od młodych autorów, tych którzy rzeczywiście mają aspiracje do bycia nazywanymi czujnymi obserwatorami „rzeczywistości”, oczekuje się czegoś więcej. I tym więcej jest wyczucie leksykalne, posługiwanie się aktualną wulgatą językową; tworzenie czytelnego obrazu, przekazu fair wobec rówieśników. Liczy się uwyraźnienie frazeologii, wyczucie fałszu, celowa (kiedy trzeba) falsyfikacja przekazu, jego wyostrzenie, konkretny rytm pytań i odpowiedzi. Zbyt łatwo można to wszystko rozwodnić za pomocą banalizacji, zapożyczeń od klasyków, uwsteczniania języka – chowając się za Świetlickim, Wojaczkiem i podobnymi. Ich już nie ma, czas znaleźć nowych przyjaciół.


Mateusz Dworek