[recenzja] Nie ma dobrych ludzi. Ewa Jarocka.

Trzeba się porządnie wypróżnić z demonów młodości, żeby swobodnie żyć jako dorosły.

Nie chcę przez to powiedzieć, że literatura służy rozwiązywaniu problemów. Wręcz odwrotnie. Literatura, a w tym poezja, służy ujawnianiu trudności, wskazywaniu punktów zapalnych i przepracowaniu ewentualnej traumy. W przypadku Jarockiej i jej tomiku Nie ma dobrych ludzi mowa o traumie przedstawionej za pomocą figury skrzywdzonej psychicznie kobiety, której doświadczenia utrudniają nie tylko poruszanie się w dorosłości, uniemożliwiając również oderwanie się od bolesnych wspomnień, ale sterują każdym nowym doświadczeniem jako wtórną, powracająca niczym mantra, krzywdą. Krzywda jest nadrzędna wobec języka, którym Jarocka opowiada historię przemocy, bo przecież przemoc symboliczna to zwłaszcza przemoc dokonywana na języku.

„Jestem trudna do lubienia” − deklaruje już w pierwszym niezatytułowanym wierszu Ewa Jarocka. Wyznanie to brzmi jak afirmacja odrzucenia, akceptacja nienawiści do siebie samej, a więc − w tym przypadku – wstrętu wynikającego z tożsamości podmiotu lirycznego, osadzonego w roli młodej kobiety: skrzywdzonej („to on wybił jej ten ząb”), straumatyzowanej („fałsz chroni nas przez nami samymi”), poniżonej („ja jestem trudna do lubienia”) i zdezorientowanej („a prawda to w ogóle sporna kwestia”). Ostatnia cecha zdaje się kluczowa do zrozumienia tej dezorientacji. Język u Jarockiej często przybiera formę infantylnego, silnie skolokwializowanego i chaotycznego wylewu. Gdzieś w potoku fraz gubi się zasadnicza funkcja mowy, czyli komunikatywność. Ale czy od relacji krzywdzonego wymagamy w pierwszej kolejności poprawności stylistycznej czy szczerego głosu?

Krzywda u Jarockiej występuje też pod postacią przemocy seksualnej:

wsadziła mi rękę w majtki i myśli,
że to miłość.

Pozbawienie czułości i falsyfikacja uczuć to dwa aspekty, które w Nie ma dobrych ludzi powracają w wielu utworach, stanowiąc oś napędową wspomnianej przemocy. Oczywiście w wierszu Ręka w majtkach wcale nie chodzi tylko o fizyczny gwałt. To tylko figura retoryczna − gwałtem może być zwykłe i pospolite oszustwo, nieszczere uczucie czy zawiedziona miłość. Motorem poezji Jarockiej jest coś jeszcze innego. Chodzi o symbolikę czynu. Poetka w roli agresora wcale nie ustawia stereotypowej figury − kobiety. Symbolicznym sprawcą jest kobieta, a ofiarą mężczyzna. Dlaczego tak?

Zdaje się, że chodzi nie tyle o wskazywanie palcem winnego/winnej, tylko o zaznaczenie przewrotności i niezależności oprawcy od ofiary. Chodzi o jasny przekaz: żadna, nawet najsilniejsza więź emocjonalna, nie może uchronić od krzywdy. Oprawcą może być każdy. Ani płeć, ani intymna relacja, ani nawet − zdawałoby się najsilniejsze zabezpieczenie – relacja rodzic-dziecko, w stu procentach nie chroni od przemocy.

Nie ma dobrych ludzi są też wiersze zdecydowanie słabsze. Tę słabość postrzegam jako nachalną dosłowność języka poetyckiego, która przybiera formę niepotrzebnych wykrzykników w utworze Wentyl, jak również metaforyczną szorstkość w utworach. Niech za przykład tej nieporadności posłuży fragment wiersza ze strony dwudziestej siódmej:

(…)

się skruszyło, pękło,
nie wybudujesz nad tym wiaduktu.

Zwracam uwagę na ten wiersz, ponieważ Jarocka gubi w nim rytm właśnie za pomocą ostatniego, twardo brzmiącego słowa i zbyt dosłownej metafory. Przykładów językowego niewyczucia w ostatnich wersach wierszy znalazłoby się jeszcze kilka, m.in. tam, gdzie podkreślenie motywu odrzucenia bądź straty dzieje się za pomocą wulgaryzmu (Wydukana):

(…)

ona ma do suchych listków tę słabość,
że je wypierdala.

„Jak uniknąć strasznych ludzi?” Nie da się. W Nie ma dobrych ludzi Ewa Jarocka zapisuje przemoc jako dynamikę gniewu, bezradność wobec brutalności i język, który pełni funkcję dwuznaczną i zarazem sprzeczną: oczyszcza z traumy i staje się nieustępliwym nośnikiem bolesnych wspomnień.


Mateusz Dworek