[recenzja] Niższa szkoła jazdy. Bajan Szyrianow

Skrajny kolokwializm, narkotyczne wizje i platoniczny seks – wszystko to można znaleźć w książce Bajana Szyrianowa. Tekst, mimo że nie zachwyca głębią, posiada pewną dozę chemicznego mistycyzmu.

Pierwsze odczucia? Uciekać! Spalić! Solą zasypać, czosnkiem obłożyć. Nie czytać… A w miarę jedzenia apetyt nie rósł. Dopiero po zrozumieniu swoistego dla tej grupy slangu, można odczytać historię, lecz tylko powierzchownie. Procesu nie ułatwiają opisy seksualnych deprawacji, które wprawiają bardziej w zakłopotanie, niż zachęcają do pogłębienia tematu.

„Powieść w nowelach o narkomanach,
dla samych narkomanów i zainteresowanych”

To o narkomanach czy jednak o narkomanii? Imiona, choć występują, wydają się zbędne. Nie ma co doszukiwać się psychicznego rozwoju bohaterów. Opowieść dotyczy przede wszystkim cytowanego „grzania w kanał” i następstw z nim związanych. Autor nie szczędzi barwnych i rozległych opisów, ale po co? Dla trzeźwego umysłu efedrynowe halucynacje nie mają, i nie powinny mieć, najmniejszego sensu. Wypaczą mózg i wzbudzą podejrzenia odnośnie trzeźwości pisarza – na jakim „haju” musiał być, by w ogóle wpaść na tak kreatywne pomysły.

Na pochwałę zasługuje natomiast znajomość nazw, pojęć i zasad postępowania związanych ze sprzętem laboratoryjnym, czego nie powstydziłby się rasowy chemik. Szczegółowość, o jaką zadbał pisarz, potrafi zaskoczyć. Wszystkie zawarte w książce opisy syntez narkotyków, choć prymitywne, mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, a wiedza, jaką dysponują postacie, odpowiada co najmniej dwuletniemu stażowi w pracy laboratoryjnej. Brak w tym jednak realizmu, ponieważ chemik, nawet po trzech latach nauki, nie potrafiłby przewidzieć mechanizmów pewnych reakcji, a naszym narkomanom się to udaje. Nie tylko wiedzą, co dzieje się w ich reaktorze, ale również potrafią ten proces udoskonalić. Podjęte sposoby oczyszczania i krystalizacji produktów na tle wulgaryzmów i zwierzęcego zachowania wyglądają raczej absurdalnie. Wszystkie te sprzeczności zauważy jedynie osoba obeznana w temacie. Dla innego czytelnika będzie to tylko niezrozumiały opis pewnych czynności. Chemiczny język jest zbyt trudny, nie ułatwia go seria niekończących się, wyszukanych epitetów. Autor powinien pomyśleć raczej o zamieszczeniu słowniczka dla niewtajemniczonych w narkomańskie arkana, ponieważ próby tłumaczenia tego w tekście głównym jeszcze bardziej komplikują rozumienie tematu.

Opis książki mówi: „Niższa szkoła jazdy, czyli romans z efką, znaną także jako efedryna”. Pisarz powinien przemyśleć znaczenie słowa „romans”, ponieważ bardziej przypominało to molestowanie. Postacie efką nazywają perwitynę – metamfetaminę – zsyntetyzowaną z efedryny, a nie samą efedrynę. Nie wiem, ile w tym przekłamaniu było celowości, a ile przypadku. Na pewno jest to wygodniejsze rozwiązanie, ponieważ słowa brzmią podobnie, lecz są niepoprawne. Nielogiczne jest także zachowanie jednego z głównych bohaterów, który początkowo pracował jako laborant chemiczny, ale po dwustu stronach „zapomniał” podstawowych praw chemicznych.

A co z tej lektury może wynieść czytelnik? Nie wiem, czy to pytanie kiedykolwiek przestanie być dla mnie zagadką. Nikła fabuła i zbyt wymyślny język sprawiają, że współczuję tłumaczowi. Jeśli kryminały Szyrianowa zostały napisane w podobny, „przemyślany” sposób, to nie dziwię się, że nie zyskały rozgłosu.
Komu polecić? Chemikom, przyszłym: narkomanom lub producentom, którzy mogą się czegoś nauczyć. Dla całej reszty różowa okładka powinna być wystarczającym motywem odstraszającym.
Sara Górka