[recenzja] Nautilus. Maciej Robert.

Nautilus Macieja Roberta to poezja, od której można dostać kręćka. Na szczęście po chwili orientujemy się, że zakręcenia doświadczają codziennie mieszkańcy metropolii. Już motto tomiku łódzkiego poety (zaczerpnięte od Tomasa Espedala) zapowiada, że czeka nas perypatetyka. Wprawdzie przeprowadzani będziemy nie przez uporządkowane i dostępne definicje, ale przez gąszcz wspomnień i intuicji, co w efekcie złoży się na filozofię miasta: „Idę. Środek mi się ustalił poza centrum. Hipsometria/ nie kłamię, stąd tryskają źródła. Dostaję kręćka, idę, raz-dwa”. To już przecież znamy – bo iluż to poetów cierpiało w ogromnych aglomeracjach, ilu nie wyobrażało sobie bez nich życia, ile było tych miast, mas i maszyn – dlatego osobiście uważam, że wyłożona filozofia miasta nie jest nazbyt oryginalna. Mimo wszystko formalnie jest jednak bardzo ciekawa i warta zauważenia.

Bohaterem tomiku jest Łódź (miasto w centralnej Polsce). Nautiluspotwierdził moje mroczne stereotypy na temat tej miejscowości, tym bardziej że osoba, która relacjonuje pokrętny spacer po niej, nie wydaje się być tam przypadkiem czy od niedawna. Zna miasto od podszewki. A raczej od skorupy. Fascynującą wieloznaczność nazwy drugiej co do wielkości metropolii w Polsce odnosi zarówno do zwykłej jednostki pływającej (a ponoć Łódź leżała kiedyś nad morzem), jak do okrętu podwodnego czy wreszcie statku pijanego (z grzeczności nie wspomnę o moim skojarzeniu z der Narrenschiff). Maciej Robert wyzyskuje jeszcze do tego nazwę zwyczajową jednego z głowonogów (łodzik), by wprowadzić nie tylko ciekawe znaczenia, ale też interesujące rozwiązania formalne. Przyjrzyjmy się wraz z osobą mówiącą tej metropolii: „Miasto czeka na ciebie. Twoje miasto/ w ruinie, twoje miasto – amonit (miasto było kiedyś/ morskim dnem i morze wróci tu znowu). Inne miasto,/ Nautilus, Nautilus! Miasto progów spowalniających narrację (…)Zaskorupiały w muszli/ zapatrzony w siebie. Groza! Groza!”.

Pisałem, że to poezja, od której można dostać kręćka, bo – najkrócej mówiąc – tytułowy Nautilius to głowonóg posiadający dużą skorupę w kształcie spirali. Była ona tak piękna, że robiono z niej nawet naczynia i puchary. Jak wspomniałem, jego zwyczajową nazwą jest „łodzik”. W Łodzi może by dało się znaleźć tu i ówdzie skamieliny tego zwierzęcia. Jednak dobrze wiemy, że samo miasto jest skamieliną, aglomeracją bez wyraźnego centrum, w której człowiek zwyczajnie się gubi. Nie dość, że jest swego rodzaju spiralą, wciągającą mrokiem, to jeszcze spiralą strzaskaną. „W tym mieście koniec jest wszędzie” – pisze Robert, co oznacza, że praktycznie kręcimy się w kółko. Tak przeskakujemy wątki, jakbyśmy skakali w głąb, a czasami wracali lub wpadali w niecne dziury. „Miasto jest wypaloną muszlą”. Idziemy więc przez Łódź dzieciństwa i starości, tymczasowości i nieskończoności, obcości i familiarności z bardzo sentymentalnym przewodnikiem, który snuje rozważania o mieście, życiu i kartografii. Muszę w tym miejscu ukłonić się nisko poecie za erudycję geodezyjną, ale nie tylko – również ogólną: trzeba mieć talent, żeby w Łodzi (mieście w centralnej Polsce) umiejscowić Moby Dicka.

„Cierpiący na amnezję nie są pamiętliwi”, a jednak to jedynie pamięć może nadać jakąś sensowną strukturę temu miastu. Wszak „to, co się przytrafia, jest polifonicznym tekstem, zgiełkiem bibliografii” – tylko pamięć, wspomnienia, anamneza nadają tej historii wyczuwalny rytm. A przecież „rytm to nieśmiertelność”. Tym bardziej, jeśli po paru godzinach marszu wtapiasz się w tło, stajesz się częścią tego miejsca; tylko pamięć może cię uratować. Pamięć wyrażona w długiej litanii do miasta w wierszu 144, zakończonej wezwaniem do wielkiej idei – wiecznego powrotu.

PS Nigdy nie lubiłem matematycznych zagwozdek w poezji. Czemu wiersze zatytułowane są numerami 1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21, 34, 55, 89, 144 – nie mogę tego pojąć. Jakieś pierwiastki, algorytmy?

Polecam do słuchania przy czytaniu: http://bit.ly/maciejrobert

Szymon Bojdo