[recenzja] Matecznik. Małgorzata Lebda.

Świat mitu, domowego folkloru i magicznego postrzegania. Najbliższa rzeczywistość jest tu jak biologiczna tkanka, pulsująca harmonijnym rytmem pod palcami. Matecznik Małgorzaty Lebdy to poetycka opowieść kompletna – o cykliczności czasu, współżyciu z naturą, dorastaniu i śmierci.

Tomik otwiera minimalistyczna dedykacja: „ziemi”. Już w pierwszych wierszach wyraźnie ustawia się sposób patrzenia na świat – zależność człowieka od przyrody – huraganów, wiatru czy ognia – jest tak duża, że tym bardziej uwidacznia się jego chwilowość i zupełna nieistotność w perspektywie całego istnienia. Lebda wyznacza mu więc inne zadanie – zostaje strażnikiem porządku, a nie władcą, etatowym doglądaczem, a nie właścicielem, równorzędnym zwierzęciem, a nie antropocentrycznym zwierzchnikiem.

Wędrówka po Mateczniku to podróż zaczynająca się od dziecięcych wspomnień i próbie porządkowania świata spod znaku mędrca-patriarchy – ojca poetki. Rolnika i gospodarza, odgrywającego rolę pośrednika, z języka natury wyprowadzając uniwersalne, obowiązujące prawa.

 
 

 

sprawy lasu: rozpoznanie
początkowo mówiłem do was
jak do zwierząt ale odkąd wasze pytania
stały się niewygodne przyglądałem
się wam uważniej
pomyślałem że tej z was która jako pierwsza
zapyta o sprawy lasy pokażę wszystko
dokładnie do samej krwi

Konwencja filmowa albo kolejne rozdziały poetyckiej opowieści. Specyficzny sposób nazywania kolejnych wierszy, a więc rzeczownik (czasem ze swoim dopełnieniem), dwukropek i stojące za nim pewne doprecyzowanie, segmentują opowiadaną historię, choć tak naprawdę – i paradoksalnie – ją uspójniają. Część po części, poszerza się wiedza o małej, domowej ojczyźnie, która stała się miejscem niezwykle ważnym, bo dającym wgląd w otwarty organizm, w jedyne i prawdziwe prawa – prawa natury. Matecznik – las staje się jądrem jakiegoś pradawnego i niezmiennego świata mitycznego. Moment opowieści jest tym czasem, w którym młoda poetka zostaje wybrana spośród rodzeństwa na przejęcie schedy po starzejącym się ojcu. A przejęcie obowiązków łączy się z ciężarem („każda z nas próbuje zatrzyma
/ na sobie uwagę ojca// już przy domu w świetle wysokiego ogniska myślę/ w jaki sposób dzielimy go pomiędzy siebie: nierówno/ niesprawiedliwie”).

Nie ma w Mateczniku naiwnej bogobojności czy religijności – bynajmniej nie takiej, kojarzącej się z dogmatycznym chrześcijaństwem. Owszem, mamy sierpniowe „święte dni”, modlitwy przed przystąpieniem do zbiorów, ale przede wszystkim to rytuały ludyczne, mityzujące czas i wskazujące na jego cykliczność, a niekoniecznie uświęcone daty z kalendarza liturgicznego. Podobnie z wizerunkami świętych – gipsowa figura Matki Boskiej zamieniona jest tu na skarbonkę, z której poetka wyciąga drobne pieniądze, żeby móc kupić paczkę papierosów:

ostatecznie matka boska wygląda przyzwoicie brakuje
sklejamy matkę boską od dołu szukam odłamków z wężem
potem stóp naskórek dłoni twardnieje od schnącego kleju
jej tylko serca i w plecach ma dziurę to tam będę wrzuca
ciężkie monety wykradane z niedzielnego płaszcza ojca
(fragm. wiersza matka boska: gipsowy klej)
ojciec pyta o pasiekę wydaje surowe instrukcje węzę
wkładaj delikatnie wybieraj ciepłe dni aby nie przeziębi
gniazda bądź uważna ostatnim razem poprosił o paczkę
klubowych kupiłam ją za pieniądze z maryi
(wiersz maj: ogień II)

Same modlitwy łączą się tu z obłaskawianiem, uniżeniem się przed naturą i jej mocą, od której na dobrą sprawę uzależnione jest przeżycie. Tak, jak w przypadku każdego zwierzęcia.

Związek rodziny poetki i zwierząt nie kończy się na przestrzeganiu zasad panujących w przyrodzie. Jest przypieczętowany krwią, co zważywszy na jej symbolikę, czyni akt niezwykle istotnym, zrównującym gatunki: „do sieni wchodzi ojciec z pokrwawionym zającem/ bierze w dłonie twarz mojej siostry widzę jak krew/ zwierzęcia i krew mojej siostry mieszają się”. Sam człowiek rysuje się z kolei jako groźny drapieżnik: „(…) myślę o chłopcach którzy zakopywali tu swoje/ skarby o tych spod lasu którzy wypowiadali wojny naszym braciom/ i potrafili je wszystkie przegrać o ich ciałach wyspecjalizowanych/ w zadawaniu głębokich ran w traceniu krwi”.

Zawarte przymierze pozwala na głębokie zrozumienie. Dlatego też kiedy sąsiada nęka rój pszczół, kiedy umierają psy, gdy lisy roznoszą wściekliznę, spokój nie zostaje zmącony, wydaje się, że tylko ojciec i córka wiedzą dokładnie, niemal jak po przeczytaniu instrukcji, co powinni zrobić.

Historia w Mateczniku toczy się dwutorowo. Obok opowieści krążących wokół lasu i zwierząt, dokonuje się powolny upadek ojca-patriarchy. Do świata mitycznego wkrada się choroba, która wyrywa mężczyznę z idealnie zsynchronizowanej rzeczywistości, wrzucająca go w przestrzeń szpitala, co mąci porządek, tworzy wyłom w dobrze działającym mechanizmie:

ojcu zapaliło się serce mówią ciotki
zwierzęta są niespokojne, pszczoły obsiadają parapety
nie wracają na noc do uli rankiem znajduję je martwe
i grzebię pod krzakiem aronii
ojca widzę kilka dni później w jasnej szpitalnej sali
coś odebrało mu siły i zamgliło oczy
(fragm. wiersza maj: ogień I)

Słabość ojca podkopuje też jego autorytet, z czego ten doskonale zdaje sobie sprawę, autodemaskując się w wierszu:

ostatnie dni zimy: czucie
ukrywałem swoją słabość
nie poprzez nią miałem być zapamiętany
odwracałem waszą uwagę na sprawy ziemi
tak skutecznie że myśląc o mnie będziecie
mówić językiem roślin

Upadek, mimo że przejmujący ze względu na obnażenie, nie jest jednak dotkliwy. Obowiązek został spełniony, następca wyznaczony i przyuczony do pracy. Pozostał jednak brak, choć cykl przyrody zaraz się odnowi.

Agnieszka Budnik