[recenzja] Maszyna do czytania. Dorota Koman

Zacznijmy od twardych faktów – Maszyna do czytania to zbiór wierszy pochodzących z wybranych publikacji książkowych Doroty Koman. Ukazał się pod redakcją Wydawnictwa Iskry. Książkę można nazwać rozkładem jazdy przez wybrane utwory z siedmiu publikacji poetki (w tym tytułowej Maszyny do czytania), redaktorki, recytatorki i krytyczki literackiej. Jest bardzo długa, liczy 287 stron; została opatrzona czułymi komentarzami, m.in. Jarosława Mikołajewskiego czy Kingi Młynarskiej. Mamy do czynienia z bardzo klasycznym ujęciem języka poetyckiego; erudycyjnym i konceptualnym.

 

O początkach literackiej drogi Koman pisze w „Maszynie” sam Bohdan Zadura: „1992 rok. Ma 31 lat. Debiutuje tomikiem Freud by się uśmiał, po pół roku (ale już w 1993) wychodzi drugi – Chcę być żabą”. W tym samym 1993 roku ukazuje się piwowska Literatura polska Jana Tomkowskiego, gdzie to od niej zaczyna się rozdział Młodzi i najmłodsi – duże zdjęcie, wiersz w ramce, zdanie, że „jest jedną z najpopularniejszych poetek (…), a po jej tomiki sięgali nawet ci, którzy nigdy nie czytają wierszy”. Wśród innych młodych i najmłodszych w tym rankingu „najbardziej obiecujących” są Marcin Baran, Olga Tokarczuk, Marcin Świetlicki, Marek Bieńczyk. Mimo późnego debiutu Koman mocno zarysowała swoje wkroczenie na scenę poetycką, zyskując pozytywne opinie dotyczące pozycjonowania na scenie literackiej. Klasycystka, purystka językowa – tak mógłby brzmieć komentarz jej pierwszych poezji. Zestawienie nazwisk jest mocno eklektyczne (choćby Świetlicki versus Bieńczyk), raczej bez wspólnego językowego mianownika. Co z tego wynika? Chyba nic. Zdaje się, że Zadura celowo przypomina tamtą historię, jakby a priori wyczulić czytelnika na obcowanie z Poetką, a nie poetką. Sugestia by odczytywać autorkę na równi ze sztandarowymi nazwiskami polskiej literatury po 89′ brzmi trochę nachalnie, trochę pretensjonalnie, ale niech będzie. Poczujmy się zobowiązani, a nie zawczasu uprzedzeni.

Do którego nurtu poezji po 89′ można zaliczyć Dorotę Koman? Podobny styl na początku lat dziewięćdziesiątych był kojarzony z klasycznym ujęciem poezji, nawiązaniem m.in. do Juliana Przybosia czy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jedni nazywali to całościową i niepotrzebną archaizacją językową, „patrzeniem wstecz”, niemożnością wypracowania świeżej formuły. Inni upatrywali w tym przedłużenie naturalistyczno-refleksyjnej narracji, nawiązanie do tego, co w polskiej poezji po drugiej wojnie światowej „najlepsze”, bo sentymentalne, bo wydłużało żywot Leśmianom i Tuwimom.

Powróćmy do początku. Tytuł Maszyna do czytania sugeruje, że mamy do czynienia z mechaniczną, z góry narzuconą kompozycją; dogmatycznym wyborem; wierszem-konstrukcją, który powstaje z rutyny, według precyzyjnie zaplanowanego schematu. Bez marginesu przypadkowości. Tak jakby słowo miało przestać decydować o materii wiersza, a stało się wyrwaną z kontekstu częścią mowy, szeregiem bezrefleksyjnie zapisanych znaków. Tymczasem Dorota Koman rzeczywiście tworzy wiersze konceptualne, treściowo monolityczne, ale w gruncie rzeczy chodzi jej o coś innego: o identyfikację słowa z podmiotem lirycznym, o wypowiedzenie siebie. I to o takie wypowiedzenie, aby wypowiadając to, co się wypowiada, pozostawać w zgodzie nie tylko z całym sobą, ale także z zewnętrznym światem, który autorka rozumie jako zestaw receptorów czy zapamiętanych kawałków codziennych historii. Niech przemówią przykłady z dwóch pierwszych tomików (Freud by się uśmiałChcę być żabą):

Kuszenie losu

Wyjmij palca z moich włosów
jeśli nadal chcesz mieć
ręce przy sobie

Kolejna próba

Nie umiem narysować
smoka
który by cię zjadł
Zamiast owieczki

Te opowieści tworzą narracje o tym, co możliwe i niemożliwe w języku poezji, o granicach poznania poprzez język oraz dzięki językowi („Bajki muszą się dobrze kończyć/ Więc odeszłam/ byś żył długi i szczęśliwie”). Niepewność, chwilowe bazowanie na onirycznej wyobraźni, odwołania do religijnych motywów (Ezopa, św. Jerzego), filozoficzne aluzje i zabawne deklaracje („Wiem wiem/ Marcowania/ nie jest najważniejsze/ Ale we mnie/ marzec/ nie mija”) są podstawą najmłodszej twórczości Koman. Co jest dalej?

Wybór utworów z trzeciej książki Słownik wyrazów obcych 94′ otwiera wiersz Paradoks:

Tylko miłość
robi ze mnie poetkę
Ale miłości nie ma

Widzimy powtarzający się motyw uczuć kobiety, zdrobnienia rzeczowników, fatalizm uczuć i erudycyjne popisy. U Koman punktem wyjścia jest ciało z jego procesami psychoneurologicznymi i językiem reagującym na bodziec. Narracja wokół relacji kobieco-męskich spaja w jedność tematyczną kolejne wiersze, ale – co ważne – rozchwianie pomiędzy fragmentaryzmem historii pojedynczych przypadków współistnieje tu z dążeniem do ujęcia całościowego oraz z nieustannym poszukiwaniem całości jako uniwersalnego (zrozumiałego) bytu. Odbywa się zwrot w stronę skrajnych emocji, emancypacji swoich przemyśleń, wywlekania osobistych historii towarzyszących podmiotowi lirycznemu. Język poetycki zostaje przepracowany za pomocą jego pragmatyzacji. Pod postacią nostalgicznych przemyśleń (wspomnień, resentymentów,) zagłębia się w strukturę znaczeń i percepcji słownej. Język ma pełnić rolę manifestacji możliwości poznawczych podmiotu. To podstawa.

Warto przyjrzeć się dwóm ostatnim pozycjom: Gdzie jest teraźniejszy? i tytułowej Maszynie do czytania. Są konfesyjne, egzystencjonalne, przepełnione obcością wobec obowiązującego kodu językowego, pełne pretensji i porzucenia wcześniejszych deklaracji. Wyraźnie zarysowuje się klamra, jeśli spojrzymy na tomiki z początku lat dziewięćdziesiątych. Język i byt zataczają koło. Oniryczna nadzieja staje się bezkompromisową refleksją. Pointa brzmi tak:

Metafizyka gramatyki

Mój świat nie kończy się na
TY
Jest jeszcze
ON
Reszta to kwestia interpretacji
zaimków