[recenzja] Literacki almanach alkoholowy. Aleksander Przybylski.

Kiedy se leję herbatę, to se leję herbatę. A kiedy co insze, to leję co insze– tym doskonale dobranym cytatem rozpoczyna się książka Aleksandra Przybylskiego, który z aptekarską dokładnością postanowił przebadać rzeczy tak bliskie sobie, że właściwie styczne: alkohol i literaturę.

Od początku lektury zadawałem sobie pytanie: dla kogo jest ta książka? Dla pijących czytelników czy czytających pijaków? Almanach to Publikacja periodyczna (najczęściej rocznik) lub jednorazowa, zawierająca zebrane artykuły i informacje dotyczące wielu lub jednej dziedziny życia, nauki, sztuki etc. Ta definicja oddaje nie tylko model konstrukcji książki, ale przede wszystkim polecany przez autora sposób lektury. Zamiast od razu przystąpić do czytania, na początku warto spojrzeć w spis treści (podzielony wygodnie na rodzaje alkoholi, pijackie zabawy, niepijalne, nieistniejące oraz środki na kaca) albo skorzystać z umieszczonego na końcu indeksu nazwisk, wybrać swoje ulubione (zdecydowałem się na Hansa Falladę), a potem oddać się przyjemności odkrywania powiązań za pomocą wskazówek umieszczonych na stronicach.

Nikt nie może zarzucić Przybylskiemu słabego rozpoznania przedmiotu badań. Wybór trunków wszelakich jest tutaj wręcz oszałamiający, a erudycja i lekkość prowadzenia narracji powodują, że z każdą stronicą coraz bardziej zagłębiamy się w temat. Dla wygody czytelnika rozdziały zostały podzielone według przedmiotów badań, które z kolei są opisane na zasadzie schematu: pochodzenie, sposób podawania i ewentualne skutki uboczne. Warto się chwilę przy nich zatrzymać, szczególnie jeśli jesteśmy miłośnikami celnych point. Jako że przeczytałem Almanach… właściwie jednym tchem, ciężko jest mi powiedzieć, która z nich jest najlepsza, ale jedną z moich faworytek jest ta, następująca po opisie bourbonu Old Grand-Dad: Jeśli przypadkiem jest się bezrobotnym jebaką uzależnionym od alkoholu i hazardu, to w zasadzie żadne – co bardziej wprawni pijacy, jak i miłośnicy literatury z pewnością domyślili się, że bohaterem tego cytatu jest nie kto inny, jak sam Charles Bukowski. O ile to nazwisko w książce traktującej o spożyciu nie dziwi, podobnie jak Świetlicki, Miller, Tyrmand czy Jerofiejew, to już obecność Ani Shirley, rudowłosej bohaterki Ani z Zielonego Wzgórza, może wzbudzić pewną konsternację. Wino porzeczkowe z pierwszego tomu jej przygód pokazuje, że nawet z pozoru niewinna literatura młodzieżowa może zawierać w sobie słodkie jak ów trunek początki deprawacji. A ciasto z kroplami walerianowymi stawia ją wśród prekursorów kuchni molekularnej – jak celnie zauważa Przybylski.

Przebrnięcie przez tę książkę jest prawdziwą intelektualną wycieczką. O tyle ciekawą, że nie będącą wyprawą tylko do sklepu monopolowego. Wielu czytelników zaprowadzi z pewnością do biblioteki; ja sam dodałem do listy „do ponownego przeczytania” przynajmniej kilka pozycji. Almanach… obala kilkanaście mitów oraz stereotypów dotyczących pisarzy; z tych najciekawszych – chociażby prymat absyntu nad innymi napojami w belle epoque. Możemy się również z niego nauczyć, że wybierając się w podróż do wnętrza ziemi, manierkę lepiej wypełnić jałowcówką Machandel niż wodą. Maturzystom Przybylski oferuje z kolei zgrabną odpowiedź na odwieczne pytanie: „romantyk czy pozytywista?”. Otóż ilościowo – z pewnością romantyk, natomiast jeśli chodzi o wybór trunku – pozytywista.

Jednym z najlepszych rozdziałów książki jest ten, traktujący o alkoholach wyimaginowanych, w którym mistyczne wino Italo Calvino miesza się z Dżinem Zwycięstwa znanym z Orwella, wszystko dopełnione jest Pangalaktycznym Gardłogrzmotem, który spożywać można wyłącznie z kwasoodpornego szkła atestowanego przez Nasa. A może wolicie strzelić sobie salicyl razem z Rafałem Wojaczkiem? Żaden problem, wędrujemy kilkanaście stron wstecz – i już możemy zobaczyć naszego kontrowersyjnego poetę, kiedy przelicza drobne, stojąc w kolejce do kosmetycznego kiosku. Jeśli potrzebujemy szczegółów, dowiadujemy się też, w jaki sposób podawać ów niedrogi, ale skuteczny płyn. Przewracamy kolejne strony i trafiamy na doskonale znany wszystkim (parafrazując J. Pilcha) zaawansowanym klasykom literackim i alkoholowym koktajl Psia krew, opisywany szeroko w książce Wiktora Jerofiejewa Moskwa-Pietuszki. Jego receptura jest zarówno egzotyczna, jak i (zdaje się) zabójcza (gramatura wzięta z oryginału). A mianowicie: piwo żygulowskie – 100 g, Szampon Bogacz Sadko – 30 g, Rezol, płyn do zwalczania łupieżu – 70 g, Klej BF – 15 g, płyn hamulcowy – 30 g, środek owadobójczy – 30 g. całość należy na tydzień umieścić w tytoniu z cygar dla nabrania mocy. Pić małymi łykami. Chwała Przybylskiemu za przypomnienie tej receptury, dzięki niej chyba odkryłem, dlaczego przodownik Aleksy Stachanow chodził tylko dwa razy dziennie za małą potrzebą. Był to z pewnością jeden ze skutków ubocznych regularnego stosowania tego typu mikstur.

Jeśli, podobnie jak cytowany w książce Baudelaire, macie państwo jutro, straszliwe jutro, to Alamanach… przyjdzie Wam w sukurs, proponując jedną z kilkunastu metod, które uciszą nieznośne tupanie. Do wyboru mamy między innymi gorącą czekoladę, drinka panicznego, dla arystokratów Lek Jeevesa, dla reszty Ogórka Iriny podawanego z obowiązkową stopką czegoś mocniejszego. Kiedy poczujemy się lepiej, warto zajrzeć do ostatniego rozdziału i wybrać jedną z zabaw; w szczególności warty polecenia jest Samolot, a dla rozgrzewki przed tą czysto słowiańską rozrywką można spróbować Slalomu Hrabala.

Jest w tej książce coś staroświeckiego, może to z powodu rozbudowanych literackich dygresji, które towarzyszą kolejnym trunkom, albo starannie budowanej narracji, która dzięki wybitnej wręcz erudycji autora powoduje, że na twarzy każdego bibliofila odmaluje się radość. Ma jednak Almanach… poważną wadę: sięgać po niego powinny osoby z dużym zapleczem lektur, dzięki czemu łatwiej będzie się poddać nastrojowi i nie trzeba będzie co kilka minut korzystać z pomocy Internetu, żeby sprawdzić, kim jest ta czy inna postać. Przyda się również duża dawka erudycji, gdyż dynamicznie prowadzona narracja powoduje mętlik w słabszych głowach (podobnie jak większość przedstawionych w książce substancji). Świetną sprawą są za to cytaty, którymi opatrzone są napitki. Budują klimat, a dla czytelnika troszkę mniej zaawansowanego stanowią swoisty przewodnik po historii literatury.

Czy książkę można polecić? Z pewnością jest bardzo ciekawą propozycją dla wszystkich chcących poznać bogactwo trunków wpisanych w historię literatury. Dla wyrobionych stanowić może przewodnik, który pozwoli spędzić kilkadziesiąt niezwykle miłych i pożytecznych wieczorów; dla rozpoczynających niech będzie zachętą do zapoznania się zarówno z pisarzami, jak i dziełami zebranymi w Almanachu….

PS Nie, James Bond nie dodawał do swoich drinków Martini.


 

Radek Szczygieł