[recenzja] Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć. Kuba Wojtaszczyk

Wściekli humaniści i ich doświadczenia w zderzaniu się z rynkiem pracy to tematy popularne i dosyć często poruszane w publicznej dyskusji, szczególnie wtedy, kiedy polityczni znawcy każdego aspektu życia obywateli akcentują koniunkturalną nieprzydatność absolwentów kierunków artystycznych czy literaturoznawczych. Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć również zajmuje (albo raczej: nachalnie stara się zająć) stanowisko w tej sprawie. Niestety, groteskowa groteskowość i absurdalna absurdalność powieści rysuje bohaterów jako upośledzonych emocjonalnie młodych ludzi, co zupełnie ośmiesza i dyskredytuje ważną kwestię, wobec której Wojtaszczyk chce się opowiedzieć.

Kuba Wojtaszczyk, którego najnowsza powieść Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć jest dopiero drugą książką w dorobku, konsekwentnie lansuje się na literackiego celebrytę, prowadząc w mediach społecznościowych zintensyfikowaną promocję siebie i swojej twórczości. Z tak umiejętnie prowadzonej narracji (bo i liczba spotkań imponuje, wywiadów telewizyjnych i wypowiedzi dla popularnych portali i gazet również nie brakuje) wyłania się obraz genialnego pisarza, erudyty i społecznego autorytetu, który od czasu debiutu stale zaznacza swą obecność w przestrzeni internetowej, stopniując napięcie przed publikacją Kiedy zdarza się…, jak gdyby narodzić się miało epokowe arcydzieło. Takie megalomańskie zabiegi wybaczyć można Szczepanowi Twardochowi, Kubie Wojtaszczykowi już nie.

Już debiutancki Portret trumienny pozostawiał wiele do życzenia: raczej daleko było mu do oddania zawiłości rodzinnych relacji, a znacznie bliżej do utrwalania stereotypów dotyczących poszczególnych członków familii, języka tabloidów, usilnego wywołania skandalu i szoku, bo o geju, prowincjonalnej, chamskiej mentalności, artystach i pracy w kulturze w ogóle – czyli o tematach modnych, do jakiegoś stopnia kontrowersyjnych w ogólnej społecznej świadomości. Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć porusza tematy z podobnego kręgu – toksyczne relacje rodzinne też wybrzmiewają, choć raczej z tła, a nie z pierwszego planu. Geje również obecni, tak samo swą orientacją i zniewieścieniem epatujący i irytujący (proszę jednak nie mylić tej myśli z homofobią, od której jestem daleka). Wojtaszczyk wyzyskuje jednak pewną kwestię mocniej, niż w przypadku debiutu, czyniąc z niej oś fabularną powieści − miejsce artysty i humanisty na rynku pracy.

Rozumiem pomysł, jaki stał za napisaniem książki – groteskowe ujęcie współczesnych realiów, ironię, zjadliwość w ocenie środowiska młodych inteligentów i twórców. Niestety, kiedy groteska jest ciągle obecna, absurd goni absurd, a logika wielokrotnie postanawia zaniknąć, powieść staje się nudna, męcząca i zwyczajnie – zła. Wymysły jednego z głównych bohaterów, Witolda Szpaka − mężczyzny, któremu wydaje się, że jest angielskim lordem, porzuconym synem księżnej Diany − na początku ciekawią, budzą politowanie i wywołują pobłażliwy uśmieszek. Sęk jednak w tym, że bohater jest prezentowany nieustannie tak samo. Jego egzaltowana mowa, poczucie wyższości i rozmowy z wyimaginowaną kucharką i przyjacielem, nie wnoszą niczego nowego do portretu psychologicznego postaci, zwłaszcza, kiedy pojawiają się w podobnej i przewidywalnej konwencji kilkunasto (jeżeli nie kilkudziesięcio-)krotnie. Szkoda, bo samozwańczy lord jest najmocniejszym punktem powieści. Zastrzeżenie o powielaniu informacji o postaciach przy późniejszej ich ekspozycji, dotyczy właściwie wszystkich bohaterów.

Nie ma z kolei chyba bardziej irytującej studentki (a właściwie doktorantki) polonistyki, niż Weronika. Uderza mentalność dziecka, naiwność i przekonanie, że interdyscyplinarność i nauka jest lekiem na całe zło. Dlatego też dziewczyna tak łatwo przystaje do manifestacji organizowanej przez znajomą (i podziwianą) doktorantkę, a która to manifestacja dotyczy złej sytuacji studentów na rynku pracy i braku chęci rozwiązywania problemów młodych przez miasto. Zapalnikiem protestów stała się z kolei postać Radomira W., studenta Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, który został aresztowany za instalację składającą się z ciał martwych chomików, powstałą z chęci zaistnienia w świecie artystycznym. Dziwi bardzo szybka i kuriozalna zmiana w światopoglądzie Weroniki, przemiana raczej słabo wytłumaczalna logicznie i skąpo uzasadniona w powieści. Z odrealnionej studentki staje się ekstremistką, która zaczyna przewodzić grupie zbuntowanych studentów, obrońców Radomira W., biorących zakładników i okupujących budynek UAP-u.

Trudno też powiedzieć, kto lubi patrzeć na tytułową przemoc. Wszyscy bohaterowie są raczej nad wyraz bierni i nad śmiercią, a raczej – nad zabójstwami – szybko przechodzą do porządku dziennego. Po morderstwie współlokatora Witold chce jedynie obejrzeć z ciekawością miejsce zbrodni, a chłopak właściciela kwiaciarni, który odkrywa ciało partnera, wycofuje się z miejsca zbrodni, wypiera się publicznie znajomości z Adamem. Zachowanie samozwańczego lorda jest wytłumaczalne – jego postać do pewnego stopnia intryguje swoją odmiennością i irracjonalnością, nie dziwimy się więc w dalszej części powieści, kiedy próbując wydostać się z okupowanego budynku UAP-u, na Witoldzie nie robi większego wrażenia fakt, że jego przewodnik, również współlokator, zostaje zastrzelony. Zabójstwa w powieści przechodzą raczej bez echa, podobnie z przemocą.

Język powieści też stara się być bardziej „na czasie”, niż podpowiada logika, weźmy na przykład takie oto porównanie: „Obraz jest zamazany, jakby ktoś przeciągnął po nim pędzelkiem blur w Photoshopie”. Telefon również nie jest już telefonem, to iPhone (jeszcze jeden cytat: „Wybiera Evana, niczym pokemona z pokeballa). Inna kwestia, która kuje w oczy – zbytnia sprawozdawczość i nachalna chęć oddania realiów, też topograficznych:

„Weronika odkłada przedwczorajszy „Głos Wielkopolski” na niski stolik z IKEA”
„Evan wypala cztery papierosy z rzędu, siedząc na ladzie nieopodal swojego iPhone’a w silikonowo-plastikowym etui. Z telefonu puszcza płytę Rebeki”.
„Wychodzi, jest już na schodach. Czuje zapach stęchlizny przedwojennej kamienicy. Zbiega po stopniach i wydostaje się na zatłoczoną ulicę. (…) Przyspiesza, omijając slalomem klientów. Idzie ulicą Dąbrowskiego w kierunku Teatralki, tuż przy kinie Rialto ponownie tego dnia pokonuje pasy”.

Wydaje się, że Wojtaszczykowi udzielono zbyt dużego kredytu zaufania. Debiutancka powieść, o ciekawej szacie graficznej, ujawniała pewną intuicję i sprawność językową, która nie rozwinęła się w kolejnej powieści. Modny, tabloidowy temat to zbyt skąpy materiał na dobrą powieść, choć kampania wizerunkowa na facebooku wskazuje nieco inny cel, niż napisanie dobrej książki – byłby nim raczej sukces rynkowy. Receptą na tenże sukces według Wojtaszczyka byłby więc bohater-gej, bezrobotny lub sfrustrowany niezadowalającą pracą humanista i opisywanie, możliwie jak najwierniejsze, osobliwych ludzi, określanych bliżej niesprecyzowanym słowem „hipster”, czyli kategorią już raczej przebrzmiałą i nie niosącą żadnego innego znaczenia, niż pragnienie popularności. Aż kusi, żeby zaliczyć autora w poczet hipsterów właśnie. Zobaczymy, co przyniesie trzecia powieść.

Agnieszka Budnik