[recenzja] Grząskie piaski. Henning Mankell

Sięgając po Grząskie piaski Mankella miałem ten komfort, że nie wiedziałem o jego życiu prawie niczego. O tytuł znawcy jego działalności artystycznej również nie zabiegałem – raptem jedna książka, ta z przygodami komisarza Kurta Wallandera z Ystad, przewinęła się przez moje ręce. Jeden kryminał z dwunastotomowej serii. Miałkie statystyki oraz blade pojęcie paradoksalnie wyszły mi na dobre.

Książek o chorobach i procesach walki z nimi ukazuje się na rynku wiele. Najczęściej są to poradniki bądź wspomnienia, które stanowią napisaną na jedno kopyto apoteozę optymizmu i dobrego samopoczucia, które nie tylko ciało, ale i świat uzdrowi. Nie mam zamiaru potępiać tutaj takich pozycji, gdyż jestem świadom, jak potrzebne i pomocne okazały się w życiu wielu ludzi. Jakkolwiek przydatne, główną ich domeną jest niska wartość literacka.

Mimo że to ostatnia książka w życiu Mankella, kończy się happy endem. Autorowi udało się połączyć sacrum z profanum, tworząc dzieło nierzadko sceptyczne, gorzkie i pełne ironii, ale niewyprane z nadziei. Według niego sensem szczęścia jest partycypacja, radość tworzenia i oglądania tego, co stworzyli inni. Właśnie takiej afirmacji życia nic nie było w stanie go pozbawić, żadna choroba ani nieszczęście.

Akcja powieści toczy się na dwóch płaszczyznach. Pierwszą są aktualne wydarzenia lat 2013/2014, czyli zdiagnozowanie nowotworu i początki leczenia chemioterapią. Wątki reporterskie, przybliżające czytelnikom kulisy życia ze świeżo odkrytym rakiem płuc, poprzecinane są opisem wędrówki w głąb własnego życia, czego przykłady stanowią wspomnienia wielu lat spędzonych w Paryżu oraz afrykańskim Mozambiku. Okrucieństwa wojny domowej i apartheidu zostały tu podsumowane przemyśleniami nad kondycją ludzkości.

Książkę otwiera wspomnienie wypadku samochodowego, z którego Mankell wyszedł bez szwanku. Ironia wybrzmiała dopiero później, gdyż to wydarzenie spowodowało serię badań, które doprowadziły do diagnozy. Dalsza narracja podporządkowana jest chronologii przebiegu chemioterapii oraz obserwowaniu i rejestrowaniu zmian, które zachodzą zarówno w sferze cielesności, jak i metafizyki.

Już na początku lektury moje myśli zaczęły krążyć wokół Dzienników Jerzego Pilcha i Balthazara. Autobiografii Sławomira Mrożka. Te dwie pozycje rodzimego rynku wydawniczego uważam za najwybitniejsze w kategorii powieści o doświadczaniu choroby. Mimo że Mankella od wymienionych pisarzy odróżniają przedstawione dolegliwości, zastanawiałem się, w którą stronę podąży szwedzki twórca kryminałów. Czy będzie to metafizyczne interpretowanie rzeczywistości, które terapeutycznie uprawiał Mrożek, opisując skutki afazji nabytej wraz z udarem mózgu, a może chirurgicznie precyzyjna obserwacja wszelkich fizycznych dysfunkcji, które coraz bardziej doskwierały ciału Pilcha ze względu na rozwijającego się Parkinsona. Mankell wybrał własną ścieżkę, gdzie groźba fizycznej śmierci jest motorem napędowym niejednej gorzkiej refleksji dotyczącej współczesnego świata.

Autor nie zajmuje stanowiska malkontenta, który nie może pogodzić się z zaistniałą sytuacją. Świadomie (a wręcz misyjnie) gra ludzkim przemijaniem, aby dokonać krytyki konsumpcjonizmu, politycznych potyczek między mocarstwami i obranych przez nie strategii atomowych. Mimo że jego życie znajduje się na szali, to z tekstu biją hipnotyzujący spokój i opanowanie. Wyraża się w tym całkowita zgoda z fatum, która prowokuje pragnienie wykorzystania wszystkich możliwych życiowych opcji. Przepełniony altruizmem Mankell traktuje motyw swojej śmierci jako platformę czy płaszczyznę, która zahacza o tematy ważniejsze, uniwersalne.

Najmocniejszą stroną Grząskich piasków jest balans między obawą (zwątpieniem), a optymizmem (potrzebą radości). Mankell odwołuje się do wspomnień i na zasadzie kontrastu zestawia doświadczenia smutku, szczęścia, strachu i radości. Bo jedno definiuje i określa drugie.


Damian Nowicki