[recenzja] Gorzki smak czekolady lucullus. Leopold Tyrmand

Istnieje lista książek, których nieznajomość może być w środowisku literackim wielkim faux pas. Czy więc powinnam przyznawać się do tego, że z prozą Tyrmanda zetknęłam się po raz pierwszy? Niesie to za sobą pewne ryzyko, ale z drugiej strony daje możliwość spojrzenia na jego twórczość bez fascynacji Złym i legendą barwnego życia pisarza. Dlaczego jednak nie zadowoliłam się najnowszym wydaniem opowiadań i postanowiłam cofnąć się do egzemplarza z 1957 roku?

Książkę rozpoczynają opowiadania Rower, czyli zemsta moralności i Hanka – według mnie jedne z najciekawszych punktów tego zbioru. Pod względem formalnym mamy do czynienia z bardzo dobrze prowadzonymi opowieściami. Wzorowo skomponowana fabuła nowelistycznie została skoncentrowana na jednym motywie. W Rowerze… oś narracji opiera się właśnie o tytułowy jednoślad, będący powodem nietypowych rozważań na temat moralności, ale także przyczyną szaleństwa. W Hancenajistotniejszy jest wątek kariery pływackiej nastolatki zmagajacej się nie tylko ze swoim ciałem i talentem, ale również młodzieńczym buntem i życiowymi pokusami.

W tych dwóch opowiadaniach niezwykle ważna jest przestrzeń, w której usytuował wydarzenia autor. W Rowerze… Sztokholm zostaje pokazany z perspektywy poznającego miasto podróżnego i staje się scenografią do ironicznej refleksji nad narodowymi stereotypami – Polak-złodziej zostaje skontrastowany z uczciwym Szwedem. Pierwszoosobowa, stylizowana na potoczną, anegdotyczną wypowiedź narracja hipnotycznie wciąga czytelnika. Wpływ na to ma również prosta, ale w swojej prostocie ciekawa klamra kompozycyjna, w którą ujęty został kluczowy monolog jednego z bohaterów.

Hance podkreślona została opozycja basen–klubokawiarnia – są to miejsca zdecydowanie przez autora zwaloryzowane. Świat przedstawiony budowany jest z perspektywy dorosłego, pierwszoosobowego narratora-moralizatora, który często spogląda na rzeczywistość oczami czternastoletniej dziewczynki. Taka kompilacja wywołuje ciekawe napięcie. Wyczuwa się nadchodzącą katastrofę, bo co innego może powstać z połączenia młodzieńczych ideałów z prozą rzeczywistości? Jednak żadnego kataklizmu ostatecznie nie ma – a szkoda. O ile w Rowerze mentorski ton jest poszyty lekką nutką ironii, Hanka przez swoje zakończenie z poprawnym happy endem przypomina pedagogiczną i pretensjonalną opowiastkę dla nastolatek.

W tyrmandowskim języku nie ma miejsca na górnolotność czy kwieciste metafory, które mogłyby odwracać uwagę od świata przedstawionego. Pisarz pokazuje czytelnikowi Europę i Polskę uwikłane w trudną historię, pisaną z perspektywy kelnerów, robotników i urzędników. Opowiadania wprowadzają w czasy PRL-u, ukazują kulisy pracy i życia ówczesnej klasy robotniczej, a także problemy Polaków na emigracji.

W ramach obcowania z prozą Tyrmanda postanowiłam poszukać dodatkowych kontekstów lekturowych – i tutaj pojawił się pewien problem. Okazało się, że zawierające 14 opowiadań wydanie MG niekoniecznie odpowiada temu, które ukazało się w Czytelniku w 1957 roku. Pierwotna wersja Gorzkiego smaku czekolady Lucullus i innych opowiadań składała się z 10 tekstów i przedmowy pisarza, a całość została podzielona na trzy – jak się potem okazało – tematyczne części, których brakuje w nowym wydaniu.

Do „odświeżonej wersji” z roku 2012 dodano Hotel Ansgar, Kolację, Pokój ludziom dobrej woli, i „Błyskawicę” słychać w Oslofiordzie. Dodatkowo zamieniono kolejność opowiadań. Decyzja redaktorska wprowadziła zamieszanie lekturowe – osoba, która po raz pierwszy styka się z twórczością Tyrmanda, nie dowie się, że sięga po coś innego niż pierwowzór. Nie uważam, żeby takie rozwiązanie było złe, ale warto poinformować czytelnika o zabiegu, tak czy owak, wzbogacającym nieco chaotyczne wydanie.

Tyrmand w przedmowie do Czytelnika zdradza, że opowiadania powstawały w różnych momentach jego życia i nie zawsze były traktowane przez niego poważnie, ponieważ był przekonany, że „na pisanie szkoda czasu, że należy żyć szybko, różnorako i nigdy nie zamykać oczu nawet wobec błysku eksplozji i dławiącego lęku”. I czuć w tych opowiadaniach tą życiową prędkość – zmiany zawodów, miejsc zamieszkania, obiektów fascynacji. Trzeba podkreślić, że wydarzenia ze zbioru Gorzkiego smaku… są literackim przetworzeniem autorskich przeżyć z lat 40., 50. i 60. To fragmentaryczny zapis wspomnień, intrygująca mozaika, zachęcająca do pogłębienia wiedzy na temat biografii twórcy. To również prozatorskie pocztówki z życia pisarza, dzięki czemu w życiorysach wielu bohaterów odnajdziemy Tyrmanda, który sam mógł być jednym z opisywanych przez siebie kelnerów czy tłumaczy.

Pisarz długo walczył z pokusą, żeby nie nazwać swojego zbioru „Opowiadaniami szufladowymi” – niewątpliwie ta nazwa idealnie odpowiada moim wrażeniom po przeczytaniu książki. Fragmentaryczneopowieści o smaku gorzko-słodkim są dobrą, ale niezobowiązującą lekturą – uzupełniają wiedzę o autorze, porządkują etapy rozwoju jego twórczości, stanowią swego rodzaju szkic do innych, większych form. Gdybym wcześniej czytała Tyrmanda i wiedziała o wprowadzonych przez wydawnictwo MG zmianach, być może zauważyłabym, że „grupa opowiadań dziejących się w czasie wojny w Skandynawii i w Niemczech to z jednej strony kontynuacja Hotelu Ansgar, z drugiej zaś przymiarka do Filipa (1961)”1.

Nie wiem, czy kiedyś powrócę do Gorzkiego smaku czekolady Lucullus i innych opowiadań, ale mimo wszystko dobrze było poznać Tyrmanda właśnie od takiej, mniej wyidealizowanej strony. Jednak z ciekawością zabieram się do przeczytania Złego, nie tylko ze względu na towarzysko-polonistyczny nietakt, jaki konotuje jego nieznajomość. A to chyba jednak podkreśla uniwersalną moc tej szorstkiej, realistycznej prozy.

1Krzysztof Masłoń, Pralinka z nalotem, Rzepospolita 2007 [ONLINE: http://www.rp.pl/artykul/73352-Pralinka-z-nalotem.html#ap-1]

Joanna Hała