[recenzja] Ferma ciał. Jarosław Maślanek

Są takie książki, którym najbardziej szkodzą marketingowe pochwały na skrzydełkach bądź czwartej stronie. Książki dla swojego nurtu typowe i znośne-niezłe-OK.; takie, które się czyta bez cierpienia i (większego) zgrzytania zębami, nawet miejscami z przyjemnością, ale które na tle okładkowych bombastycznych pochwał czy ambitnie stawianych celów muszą wydać się rozczarowaniem. Ich typowość, zamiast gwarantowania wygodnej szufladki „solidny przedstawiciel gatunku”, zaczyna się kojarzyć z przeciętnością, nudą (intelektualną również) i bezpiecznym wyjściem. Ujmując rzecz krótko i współcześnie, książka spada nam z kategorii „6 gwiazdek” na „4 gwiazdki”.

Ferma ciał jest przykładem takiego właśnie dzieła. Najciekawszy socjologicznie, najwięcej mówiący o naszej rzeczywistości i najbardziej godny pochylenia się z aparaturą krytyczną jest tutaj opis serii wydawniczej – kwadrat – na okładce („Literatura musi zmuszać do wysiłku (…) [Inteligentny czytelnik] wymaga literatury, która jest wyzwaniem, atakuje stereotypy, rewiduje poglądy, wstrząsa przyzwyczajeniami, budzi i zaspokaja głód intelektualny, wzmaga chęć działania (…) Wyzwala jednostkowe ja [!] i pozwala temu ja się narodzić; jest uległa wobec języka i jest buntem wobec niego; szuka w języku tego, co niejęzykowe, a zarazem wchłania to, co mieści się przed nim lub za nim”).

Po tym opisie można już przewidzieć, z jaką literaturą będziemy mieli do czynienia. Po takich wstępach zwykle też zaczynamy się martwić o status ontologiczny fabuły w dziele, nawet jeśli z tyłu okładki zapewniają, że to „niemal horror” i „popularna forma” (nie, nie, nie – popularną formą to ta książka nie jest, popularna forma nie lubi chociażby deus ex machina).

Tę obawę możemy rozproszyć. W Fermie ciał fabuła (właściwie) się pojawia. Blada, wymizerowana, taka, że chciałoby się jej podłączyć kroplówkę albo wmusić NutriDrinka, ale – istnieje. Oto rok z życia kilku mieszkańców (oraz ochroniarza) zamkniętego blokowiska; szarość, smętek, plucha i dym papierosowy. Dzieją się drobne, bardzo detalicznie opisane zdarzenia, mamy nawet solidny fajerwerk na końcu (nieumotywowany w akcji niczym, za to zapowiadany środkami formalnymi) – ale nie ma za to innych niż czysto kompozycyjne (to samo miejsce, ci sami ludzie) powiązań między kolejnymi scenami, urywkami, momentami. Można to zinterpretować jako zgodne z tematyką tekstu podglądanie sąsiadów – bohaterów – przez okna. Widzimy przypadkowe chwile z życia przypadkowych ludzi; ludzi, którzy już nie mają wpływu na swoje życie, wszystkie decyzje zostały podjęte przed rozpoczęciem akcji, a teraz świat po prostu bezwładnie się im toczy.

Można to zinterpretować jako niedopatrzenia w prowadzeniu akcji, bo też, nie ukrywajmy, na stan fabuły dobrze ten absolutny brak decyzyjności nie wpływa. Wydarzenia płyną, nie wynikając z siebie – to ciekawy pomysł, ale ryzykowny od strony czysto fabularnej. Autor zresztą zdaje sobie chyba z tego ryzyka sprawę, bo cały czas próbuje zrekompensować brak napięcia wynikłego z rozwoju typowej akcji napięciem tworzonym za pomocą poczucia zagrożenia, sugerowania jakiegoś niepokoju, zaszczucia i rozpaczliwej, banalnej samotności bohaterów. To z kolei jest zabieg bardzo świadomym i udany, nawet jeśli niektóre ze scen są tak bardzo nastawione na wstrząsanie czytelnika, że aż zostawiają go obojętnym. Zbytnie podkreślenie funkcji od razu bowiem „odsuwa” nas od tekstu. Przekonująco wypadają za to sceny komiczne.

Trzeba też oddać, że kompozycja tekstu taką „fragmentaryczność” fabule ułatwia i nadaje jej ramy formalne. Czas został podzielony na pory roku – podkreślenie cykliczności i stałego powtarzania się pewnych gestów, typów ludzkich, sytuacji, uwypuklenie beznadziei egzystencji – i ukazany poprzez opis pojedynczego dnia podczas każdej z nich oczyma kilku postaci.

Bohaterowie, mieszkańcy i ochroniarz, są zrobieni z torebki Psychologizm InstantSmętek, Rozpacz i Rozpad Więzi. Nieszczęśliwi, szarzy; źli złem wynikłym z bezradności, bardzo banalnym, a bardzo mało malowniczym; pokonani przez system i układy społeczne, uwikłani w tradycyjne i – jasna sprawa – niszczące role. Już nawet nie zmagają się z formą, po prostu się jej poddają i zapadają w szarość. Są też, siłą rzeczy, (oczywiście po to, by wstrząsnąć przyzwyczajeniami czytelnika XXI wieku) pełni kompleksów. Natomiast po to, by jednak czytelnik nie zszedł na zawał, są to kompleksy dość przewidywalne – osobą oglądającą porno w Sieci nie będzie matka z dzieckiem, znudzona siedzeniem w domu.

Niewiele jest w ich działaniach spójności; między jedną porą roku a drugą widzimy czasem postaci, których nic, poza paroma kluczowymi rekwizytami, z sobą sprzed kwartału nie łączy.

Ale mimo tych uwag przyznać trzeba, że bohaterowie oraz ich relacje rodzinne wyszli autorowi nie najgorzej. W ich projekcie widać zmysł obserwatorski, podejmowane są tematy niesłusznie przez naszą literaturę zaniedbane (smutek dziecka intelektualisty, smutek dziecka opozycji, smutek tzw. domów otwartych, smutek palmy w M3); ukazuje się pewną fasadowość naszego sielskiego wyobrażenia „dawnych, dobrych, pełnych szczerych i głębokich relacji międzyludzkich” czasów. A do tego mamy bardzo dobre dialogi.

Dialogi są właściwie największą chyba zaletą książki. Autor celnie wyłapał polskie maniery („pa, pa, pa” w nieskończoność), sposoby wyrażania uczuć, zachowania, a przy tym nie chwycił się zgranej już kliszy wulgaryzacji i używania podwórkowej łaciny jako przecinków. Detaliczne opisy czynności wykonywanych przez bohaterów bardzo dobrze kontrastują z ich wypowiedziami, dając zapowiadane na czwartej stronie okładki wrażenie filmowości. Przy dialogach można zapomnieć o kulejącej konstrukcji fabuły i bohaterów – postaci przestają być sztampowym zombie (ponad) stulecia literatury psychologicznej; wchodzi w nie język życia i przez chwilę czytelnik może mieć wrażenie, że faktycznie podgląda rzeczywistość, że rzeczywiście spisano tu fakty.

Te same szczegółowe opisy stają się cokolwiek męczące, gdy zaczynają dominować w tekście. Cokolwiek męczące przy przedstawianiu (błahej, bo to wszak o codzienności i rzeczach pospolitych) akcji, a bardzo męczące, gdy dotyczą przyrody, pogody itd., a autor niefortunnie próbuje używać metafor czy porównań. Niefortunnie, bo te – miast być krystalicznie czyste, jasne, ostre jak skalpel, miast docierać do pewnej prawdy – tylko zaciemniają obraz, często stając na granicy wewnętrznej sprzeczności lub pustosłowia W opisach język porywa autora, mści się niejako za mistrzowską kontrolę, jaką ten ma nad nim w dialogach.

Ale boleściwy jęk wydobywa się z ust najczęściej, gdy się po raz enty, enty, enty czyta, jak to bohater pali. Wyjmuje papierosa, bawi się nim, zapala, wychodzi na balkon, papieros mu moknie1. I tak na każdej stronie. Ba, gorzej! Parę razy na stronę. Wszyscy tu palą; opowieść rozgrywa się w chmurach dymu – szary dym, szare życia, szara pogoda, szare blokowiska, cała ta egzystencja szara i męcząca, i snująca się… I naprawdę, rozumiemy aluzję, nie trzeba nam jej wpychać do gardła. Już na pewno nie z tą częstotliwością. Przeciwnie, jak pokazują momenty dialogowe, często najlepiej, najprawdziwiej, najbardziej poruszająco wypada to, co jednak ma w sobie element kontrastowy. Tragedie (a nawet przeciętne blokowe żywoty) są jednak barwne, a Ferma ciałjest pisana szarą, szarą, szarą farbą.

Co jest oczywiście zabiegiem celowym. Zdaje się jednak, że nie do końca udanym. I tak, to samo można powiedzieć o całej książce.

Ferma ciał to właśnie dzieło nie do końca tak dobre, jak by być mogło. Ma kilka mocniejszych punktów, jak żywe dialogi; kilka słabszych, jak snujące się opisy; kilka przeciętnych, jak postaci. Nie jest złe. Niezłe jest. Mieści się w tym samym spektrum szarości, co jego bohaterowie, ci nieszczęśliwi mieszkańcy blokowiska. A czy to cztery gwiazdki czy sześć gwiazdek… Krakowskim targiem byłoby pięć, ale prawda leży tam, gdzie leży, a czy my z Krakowa? 5,70983(2), O!

1 I to jest tylko papieros. Czy tam co najwyżej jakaś blada, freudowska symbolika, zupka instant, nie ma tej cielesności, pasji i przyprawy, którą czuć, gdy narrator ma w sobie nerw fetyszysty czy choćby wielbiciela. Zresztą, jedyna scena seksu w tej powieści, rozgrywająca się – co interesujące i zdecydowanie „na plus”, trzy razy „tak” etc. – między bohaterami już w średnim (starszym) wieku, też jest pozbawiona aspektu pornograficznego, jest zbyt analityczna i szczegółowa właśnie. Co niektórzy z pewnością poczytają jej za zaletę.
Dominika Parszewska