[recenzja] Dusze jednodniowe. Karol Samsel

Mamy wtręty z francuskiego, łaciny i angielskiego, mamy specjalistyczne słownictwo z zakresu muzykologii – motywu dzielącego zbiór na kilka części – i bardzo obszernej listy innych dziedzin. Napotykamy nazwiska czołowych filozofów, aby podjąć z nimi dialog – tylko komu on służy?

Chcąc scharakteryzować język poezji Karola Samsela, nie trzeba daleko sięgać – podmiot liryczny wyznaje wprost: mój język jest zawiły, ale przytaknięcie temu twierdzeniu (co właśnie robię) i poprzestanie na tym byłoby pójściem na łatwiznę. Z jednej strony mamy piętrzące się metafory pełne odniesień, aluzji i metatekstowych nawiązań, które powinny budzić zachwyt swoją erudycją, a z drugiej – nie brakuje banalnych przenośni, jakby żywcem wyrwanych z niskonakładowych tomików kółka wzajemnej adoracji.

Można przejść niepostrzeżenie obok apostrof do niewiędnącego czasuzimy życiadrzewa życiaświatła swojego życiafontanny pyłu i morza strapień pod warunkiem, że przemknie się też jak uciekinier, po cichutku, na paluszkach, obok skrzętnie konstruowanych sformułowań. A przecież w czytaniu poezji nie o to chodzi, żeby jak najszybciej dotrzeć do ostatniej strony. Lektura poezji nie powinna przypominać zawodów szybkiego czytania, zza którego nie odsłoniłaby się żadna treść. Rzecz w tym, że w wierszach Samsela treści akurat nie brakuje – jest jej aż nazbyt wiele i trudno do niej dotrzeć przez wielowarstwowe metafory.

Jeśli, jak to uczyli nas w szkole, zatrzymamy się nad każdym wersem, by rozebrać go na czynniki pierwsze, nie od razu możemy dostrzec wszystkie mankamenty. Czytanie Dusz jednodniowych przypomina rozwiązywanie łamigłówki – każdą frazę traktujesz jak osobną zagadkę, po rozwiązaniu której czujesz się lepszy i mądrzejszy, więc zapominasz o ocenie wartości estetycznej samej treści „polecenia”. (Pomijam fakt, że rozkładanie wierszy Samsela na czynniki pierwsze przypomina spacer po grzęzawisku, przed którym powinna wisieć tabliczka ostrzegawcza: „bez przewodnika wstęp wzbroniony”).

Na tym polega zarówno siła, jak i słabość tej poezji. Siła tkwi w sprytnym przemyceniu nieudanych metafor, które nie od razu kaleczą oko w czasie lektury. Z kolei słabość daje o sobie znać dopiero po odłożeniu książki na półkę i przewietrzeniu pokoju (w którym od wytężonego wysiłku intelektualnego pewnie zrobiło się duszno). Wtedy czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, że został oszukany, bo pod ciężarem intertekstualności kryje się przecież wyświechtany język, naśladujący a to stylistykę biblijną, a to romantyczną dykcję z całym zapleczem formalnym – pytaniami retorycznymi, apostrofami, rzeczownikami pospolitymi pisanymi wielką literą (podobnie jak u, jakże uwielbianego przez Samsela, Norwida).

Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie doceniła niektórych wierszy czy fragmentów wyróżniających się świeżością i oryginalnością:
spode mnie wysypuje się człowiek.
wylewają ze mnie ojca.
zdejmują w pralni jego powłokę
i parzą oczy żelazkiem.
pod ziemią śmieje się bóg.
z mojego medalionu się śmieje.
z belek matko. z dwóch belek.
(Nokturn op. 9 no. 3)

Takich momentów, na szczęście, nie brakuje. I zdarzają się wersy przesiąknięte starodawną dykcją i archaicznym słownictwem, które oscylują wokół tematów nam współczesnych. Niestety jest ich zdecydowanie za mało. Toteż mówienie tym samym językiem o filozoficznych dylematach, przerobionych przez setki autorów w tysiącach utworów, powstałych na przestrzeni setek lat jest, w moim odczuciu, kolejnym powtórzeniem. Co innego, gdyby uniwersalne, nurtujące człowieka od zawsze problemy znalazły schronienie we współczesnej stylistyce.

Z 52 wierszy aż 15 (prawie 29%) rozpoczyna się cytatem, a gdyby komuś jeszcze było mało – poszczególne części książki otwierają kolejne przytoczenia. Do tego dochodzą rzucane bezpośrednio w tekstach nazwiska uczonych i artystów, żeby nie wspomnieć o ukrytych nawiązaniach do szeroko pojętej kultury. To wszystko każe nam sytuować Dusze jednodniowe w karbach abstrakcyjnego (pisanego koniecznie wielką literą) Dialogu, niedostępnego przeciętnemu czytelnikowi. Można złożyć pokłon przed erudycją i wiedzą Samsela, które są imponujące, nawet jak na doktora Uniwersytetu Warszawskiego. Jednocześnie współczuję, jeśli równie zaawansowanym językiem próbuje załatwić urzędową sprawę. Chociaż literatura nie powinna przemawiać dykcją pań/panów z okienek pocztowych, dobrze, jeśli podnosi poprzeczkę intelektualną, to jednak musi być zrozumiała, aby czytał ją jeszcze ktoś poza autorem i wydawcą.


Alicja Łukasik