[recenzja] Danke. Dominika Dymińska

Dymińska: Jeśli mi ktoś teraz powie, że napisałam złą książkę, odpowiem, że jest idiotą.

Dworek: Jestem idiotą.

Danke to druga powieść dwudziestopięcioletniej pisarki, obie zostały wydane przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Pierwszą było Mięso, odebrane wówczas jako głośna, bardzo medialna, ale jednocześnie pretensjonalna i słaba językowo książka. Drugie podejście, nazywane górnolotnie poematem, znajduje się gdzieś między prozą a poezją (bo w rzeczywistości mamy do czynienia z formą, będącą w zawieszeniu między tymi dwoma rodzajami). W obu przypadkach powtarza się pretensjonalny blurb Kingi Dunin („Jak można dziś napisać poemat romantyczny?! Właśnie tak”.), każdorazowo mocno przesadzony i przerysowany, ale stylistycznie jak najbardziej bliski książkom Dymińskiej. Mięso polecał też wcześniej Sławomir Shuty. Zamiast niego o Danke bełkocze aktor Jacek Poniedziałek („W poezji szukam syntezy. Tu ją znajduję. Lubię to! I proszę o jeszcze!”).

Druga próba eksplorowania literackiej przestrzeni przyjęła – jak wspomniałem – formę poematu, czyli 176 stron zdawkowych komunikatów z wydzielonymi tytułami. To raczej chowanie się za pojemną nazwą przy pomocy ostrego języka niż rzeczywiste nawiązanie do gatunku. Przyjrzyjmy się.

Po pierwsze: Życie

Autorka wielokrotnie deklaruje, że jej książka równa się sumie doświadczeń, i że pisać fikcji nie warto. Liczy się tylko rzeczywistość. Skupmy się więc na faktach, czyli na Życiu. Zacytuję w całości:

ŻYCIE

życie = rzeczy robione ze strachu/czynności
wykonywane ze strachu
pełne życie = namiętność + piękno

Niektóre rzeczy robi się z odwagi.
Ale mało.
Większość ze strachu.
A resztę z bezmyślności.
A resztę bez powodu.

Tytuł skojarzył mi się ze zmarłym kilka lat temu poetą Tomaszem Pułką, którego można by określić mianem symbolu nowej estetyki poetyckiej. On „życie” rozumiał tak:

przyjmować i odrzucać idee
jak aport psu

Co przekazuje nam Pułka? Przede wszystkim brak konceptualności sztuki jako obowiązujący dogmat;trywializację i upowszechnienie kodu językowego (dekonstrukcję, parafrazę, kolokwializację) oraz relatywizm zachowań. Niech zabrzmi ulicą: wyjęcie słowa spod prawa. Pisze o tym, że punktem wyjścia do wywołania apokalipsy może być najbardziej spontaniczna zabawa. Przyjmowanie/odrzucanie idei to też naprzemienne liryczne uniesienia i upodlenia, ale nie według jakiegoś wektorowego ruchu, tylko dowolnie zmienianych zasad. Dymińska wybiera zupełnie inną drogę. U niej, pomimo językowego wzburzenia pod postacią seksistowskich wyrażeń i zdawkowej formy poszczególnych wersów, mającej swoje źródło w krótkim, syntetycznym komunikacie, dominuje jednak formalizm. Zasadnicze, dogmatyczne zdania w formie równoważników są pisane od – do. Nie ma ruchu, energii, poszukiwania nowego (bez)sensu. Tam, gdzie Pułka oddaje pole do interpretacji komunikatu czytelnikowi, Dymińska stawia kropkę i nie pozwala na więcej niż to, co już napisane.

Po drugie: tematy ważne

Miłość to nie klub, tylko narzędzie przetrwania.

Danke podejmuje tematy polityczne. Bierze je na warsztat, podkreśla i wymienia. Przeplata „poemat” tematami aktualnymi (raczej nie politycznymi) z perspektywy bieżącego dyskursu popkulturowego: bulimią, seksizmem czy wszechobecnym konsumpcjonizmem. Szkoda tylko, że robi to za pomocą tak krótkich zdań/fraz, że jednocześnie sprawia wrażenie trywialności oraz infantylizacji problemu:

bulimia/secret ingrrdient/jak zwykle/dno/stop/
szczęście

Gdyby Dymińska spróbowała wydłużyć takie frazy, mogłaby napisać w kilku miejscach (zaznaczam: może) zręczne utwory-manifesty. A tak otrzymujemy gloryfikację świadomości politycznej na poziomie codziennych wiadomości w telewizji. Znowu: gdyby po każdym kolejnym słowie nie nadużywała entera, a próbowała poprowadzić język w kierunku zrozumiałej dykcji, syntetycznej liryki oznajmującej, mielibyśmy czytelny tekst publiczny. Zamiast tego dostajemy szczeniacki bełkot na poziomie esemesowej korespondencji.

I to wszystko dzieje się za pomocą niby-ironii mieszającej się z odpowiedzialnością oraz rozpaczliwego boju o podmiot w pozornie umacniającej go stylistyce lirycznego wyznania. Tematyka wierszy, wędrująca od właśnie wyznania, przez tematykę dojrzewania, emocjonalnych eksperymentów, po eksplorację różnorakich stanów psychicznych autorki, nie zaskakuje. Raczej nudzi
 

Mateusz Dworek