[recenzja] Czarna wyspa. Magdalena Bielska

Dobre wiersze recenzuje się trudno i długo, i trudno też przekazać potencjalnemu czytelnikowi tego szkicu, dlaczego akurat opisywany przeze mnie tomik powinien przeczytać. Wątpliwości się mnożą, a ja właściwie nie potrafię napisać, dlaczego Czarna wyspa Magdaleny Bielskiej jest tak dobra – a jest, naprawdę, więc dziś krytyka bezkrytyczna, coś na kształt laudacji poezji zgrabnej, inteligentnej, gdzieś tam brzmiącej echem tradycji klasycyzmu współczesnego (okładka tomiku też robi swoje –  zmurszałe, ludowe malowidło raczej nie odsyła do awangardy), ale wciąż autonomicznej i chwilami nieprzejrzystej, ciemnej, wymagającej kilkukrotnego, hermeneutycznego czytania, które nadal nie daje jednoznacznej odpowiedzi, mimo znacznego zbliżenia utworów do prozy. Dlatego więcej mówić dziś będą cytaty, tak będzie bezpieczniej. Tak ograniczymy niedomówienia.

Dwa główne tematy tomiku (jakże wielkie przy okazji), które postanowiłam wyodrębnić, to relatywność i śmierć, przy czym udaje im się wzajemnie przenikać. Otwierający zbiór wierszy Jogging jest początkowo scenką rodzajową, opisem porannego treningu, z którego wyprowadzona zostaje myśl o czasie, a raczej jego relatywności:

Koszykarze mają wrażenie lawirowania między lalkami, nieruchomymi kukłami.
Tenisiści czują, jakby piłka była zawieszona przed ich wzrokiem
przez niebywale długą teraźniejszość.
Mają mnóstwo czasu na zastanowienie się.
W rzeczywistości sportowców trwa to ułamki sekund.
W rzeczywistości sportowców sekundy są olbrzymie i spokojne,
jak stado owiec.

Człowiek i jego istnienie uchwycone są natomiast w dwóch porządkach – w schematach i determinancie dziejowej, czyli cyklu istnienia; ale też na planie napięć, bycia wbrew powszechnym ideom, np. estetyzacji czy też rozpaczliwej próby zrozumienia, czym jest śmierć, i dlaczego prędzej czy później każdego z nas dosięgnie, choć wcale nie chce się nam o tym myśleć.

Pogrzeb. Znowu.
Teraz zatrzaskują wieko trumny.
Lipcowe popołudnie, słońce jest już nisko.
Świat syczy i buzuje. (frag. wiersza „Czarna wyspa”)

Żyjemy, pożeramy, palimy.
Mityczne określenie: „wszyscy żyli” ciągle nie ma zastosowania.
Wszyscy żyją; śmieszne.
Zakazane słońce, zakazane powietrze, przemykać się chyłkiem.
Paznokcie obcinać ukradkiem. (frag. wiersza bez tytułu „Po pogrzebie czas na obfite śniadanie.”)

Narratorka tomiku wydaje się czuć w obowiązku o nieuchronności śmierci poinformować, chodź społeczeństwo, o którym mówi, nie jest skłonne pochylić się nad kwestiami ostatecznymi, a co więcej – nie bardzo rozumie powagę sytuacji, może przez całkowite skupienie się na jedzeniu i cielesności.

Co mój pogrzeb ma wspólnego ze mną? – ona pyta w rozpaczy.
Ja lubię chipsy paprykowe, disco, sex on the beach,
bez opamiętania,
lubię gorące wakacje
pełne muzyki takiej jak ja. (frag. wiersza „Melancholia”)

Ludzie żyją, nie myśląc o śmierci, jedzą frytki, keczup
i zdrowe brokuły. (…)
Ludzie zaczynają pływać białymi brzuchami do góry. (frag. wiersza „Odwrót”)
Domyślam się, skąd biorą się ludzkie pasje i zainteresowania.
Z namysłu, z wyrachowania.
Gołym okiem przecież widać, że ludzi nic nie interesuje.
Poza seksem. Niektórzy interesują się rybami, inni Jowiszem.
Wybierają studia marketingowe. (frag. wiersza „Furia”)

W wielu miejscach Czarnej wyspy poetka jest po prostu przekorna; wojuje ostrzem ironii i odnosi się do bardzo aktualnej rzeczywistości. Dostaje się popkulturze, ale też tradycji i wyświechtanym pojęciom, które urosły do rangi aksjomatów, a niewiele mają wspólnego z codziennością.

Pejzaż to stan duszy. Miłość
to wszystko, co istnieje. Will Smith podobno odnalazł receptę
na życie: to bieganie i czytanie. (frag. wiersza „Wiadomości”)

Żona Lota po prostu kochała tamto miasto.
W nocy przybiegły jelenie.
Ten, kto kocha, zawsze się ogląda. (frag. wiersza „Żony i męzowie”)

Na strychu walają się zdjęcia z kosmosu,
stosy zabawek, których właściciele dawno zmarli.
Większosć osób w tym domu karmi się złudzeniami.
Lubią telewizję i koty. (frag. wiersza „Kosmos”)

On i ona. Chrupią bagietki z francuskim serem i patrzą na siebie.
Spojrzenia między ludźmi, którzy się kochają,
są nie do wychwycenia.
Biegną łączami tak szybko,
(…) że nic nie przechwyci jednego marnego spojrzenia
między dwojgiem kochających się ludzi – nawet śmierć.
Nawet śmierć ich nie wychwyci,
bo jest ociężała umysłowo i krowiasta, ta śmierć,
a to jest elektryczność, nauka,
inna liga. (frag. wiersza „Elektryczność”)

Obok wspomnianej ironii, która piętnuje, pojawia się też taka, która definiuje – odzwierciedla kondycję społeczną, obrazuje atrofię rodzin i związków międzyludzkich, punktuje biedę, opisuje tematy niewygodne, takie jak starość i obłęd, które są brzydkie, nie mieszczą się w ramach dominującego dyskursu estetycznego, a zatem chcą być przez nas wyparte. Nieładny to obraz, ale dojmująco prawdziwy, z którym zostajemy po lekturze tomiku Czarna wyspa Magdaleny Bielskiej.

W pokojach leżą milczące radioodbiorniki, stare, zepsute miksery,
nieświecące lampki choinkowe, dziurawe kubki,
w szafach wiszą wyżarte futra.
W tym domu nie wyrzuca się nawet kubeczka po jogurcie.
Stare gazety, opakowania po margarynie, szurki, papiery prezentowe.
Jakaś czułość wobec rzeczy w tym zagruzowaniu.
Niezgoda na unicestwienie.
Sporo kurzu i my,

(…)

Zapach piwnicznych jabłek i earl Greya – najtańszego;
wygłodniałe widma nie podejmują pracy zarobkowej.
Spędźmy kolejne stulecie na szukaniu i znajdywaniu siebie nawzajem. (frag. wiersza „Kosmos”)

Tymczasem przyszłość, totalna. Nikt znajomy nie jest już żywy.
Chodzi po mieście, skloszardziały, cuchnący, zaczepia ludzi
i pyta, gorączkowo, może ktoś pamięta:
- Pamiętacie Jordana Belforta? (frag. wiersza „Dorosłość”)

Matki niańczą niemowlęta z iście królewskimi minami.
Ich mężowie myślą o poniedziałkach.
Nie wiedzą, ze myślą z utęsknieniem. (frag. wiersza „Niedziela w maju”)

Połóż kilka laleczek na podłodze i przekrocz je.
Laleczki to członkowie rodziny, wrogowie i przyjaciele,
ludzie, z którymi chciałbyś się trochę r o z w i k ł a ć. (frag. wiersza „Wychodzenie z systemu”)

Agnieszka Budnik