[recenzja] Całe życie z moim ojcem. Julia Szychowiak.

Przeczytanie 84 stron Całego życia z moim ojcem zajęło mi siedem minut, czterdzieści cztery i dwie setne sekundy. Dodam, że nigdy nie brałem udziału w kursie szybkiego czytania, a z natury przychodzi mi ono dość topornie. W zaistniałych okolicznościach nie będę w stanie poświęcić dużo miejsca literackiej estetyce dzieła. Co ciekawe, ta krótka lektura rodzi multum pytań i przemyśleń, mogących przerosnąć pojemnością całą publikację.

Wydawnictwo trudno postrzegać jako nowy tomik poetycki wrocławskiej autorki. Jest to zbiór krótkich dialogów, czasem pojedynczych zdań i deklaracji, czasem wierszowanych myśli cyrkulujących wokół postaci ojca autorki, przekazywanych w formie niemalże depeszowej – druk nie zapełnia żadnej ze stron choćby w połowie.

– Julia, powiedz mi, czy nad morzem dzieje się coś dziwnego?
– Tak.
– Jadę.

Rzeczony ojciec pozostaje bezimienny. Jest niefrasobliwym, lekko neurotycznym i melodramatycznym mężczyzną w średnim wieku. Książka to portret trochę hłaskowskiego romantyka przegapionych okazji, nostalgika próbującego odnaleźć się pośród postępującego procesu cyfryzacji świata. Człowieka, który utknął gdzieś pomiędzy dwoma makrokosmosami, gorączkowo przeskakując między schronieniem wspomnień z młodości a konsternującą, gwałtownie przekształcającą się teraźniejszością. W sposób mniej rozhisteryzowany robi to w kontekście swojej działalności literackiej jego córka, jedna z najbardziej znanych rodzimych poetek; paradoksalnie, rzadko kojarzona z poezją, częściej ze swoim alter ego w mediach społecznościowych.

Fenomen tej publikacji eksploduje na jakichś dziwnych rozdrożach; wyjątkowo zdawkowy komunikat literacki rodzi multum wniosków, które prowadzą do medytacji nad kondycją pełnego pejzażu młodej polskiej poezji. Tym samym, abstrahując nawet od samej zawartości, można powiedzieć, że książka staje się pozycją niepodważalnie ważną.

Kilkuminutowa lektura rodzi szereg pytań i prób zdefiniowania tomiku. Czy jest to proces mimetyczny zaprowadzony do ekstremum, czy też leniwa prowokacja? Czy jest on konfesją, czy też wyrafinowaną demonstracją zaaranżowaną pod publiczkę? Czy jest eksperymentem, czy skrupulatnie opracowanym konceptem? Fiction czy non-fiction? Odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z wypadkową zderzenia się czterech osobowości Szychowiak: wiernej dokumentalistki, zapatrzonej w ojca córki, przebiegłej judzicielki i sprawnego marketingowca.

Zacznijmy od wątku dokumentalistycznego. Zdecydowane odpoetycznienie Całego życia… jawi się jako kolejne stadium ewolucji twórczej autorki. W swoich wczesnych tomikach (Po sobie i Wspólny język z lat 2007 i 2009) Szychowiak powoli przechodziła od ascetycznej ezoteryczności ku twórczości niemalże ekshibicjonistycznej. Gęstą metaforykę zastępował coraz surowszy, naturalistyczny przekaz. Jeszcze bardziej lakoniczną, ale i wydajną pozycją było Intro z 2014 roku. Poetka niemalże z wiersza na wiersz stopniowo obdzierała swoją twórczość z resztek poetyckości. W takim świetle Całe życie z moim ojcem staje się naturalnym krokiem w tym samym kierunku, może nawet krokiem ostatnim. Niemalże jednocześnie wydawana przez Biuro Literackie krótka antologia wierszy Naraz utwierdza mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z konkluzją jakiegoś etapu twórczości. Wierszowane polaroidy zebrane w Całym życiu… można traktować jako ostentacyjne wręcz odrzucenie metafory i metonimii na rzecz radykalnego, precyzyjnego fotorealizmu.

Czym więc jest Całe życie z moim ojcem? Trochę portretem, trochę hołdem, trochę subtelnie przeprowadzanym badaniem. Córka wprowadza ojca w świat nowoczesnej rzeczywistości, przeciążonej informacjami i impulsami. Wtajemnicza go w przestrzeń, w której sama porusza się wyjątkowo płynnie. Wodzi go ku tej rzeczywistości świadomie, czyniąc pewnego rodzaju królikiem doświadczalnym. Całe życie z moim ojcem staje się studium, które ktoś mógłby wziąć za cyniczną eksperymentację. Nosi ona znamiona eksploracji własnego ekshibicjonizmu, którego sama Szychowiak jeszcze niedawno się wystrzegała, uzbrajając swój podmiot w profilaktyczną wstrzemięźliwość.
Jaki obraz wyłania się z tego upiornego, makiawelicznego procesu wiwisekcji, zdawać by się mogło, wybebeszenia rodziciela na oczach czytelników? Niebywale ciepły. Zagubienie, nieporadność, ale i niezmordowana ekscytacja ojca rozczulają, są bezpretensjonalnie zabawne.

Dzień drugi.

Poznaje YouTube’a.

– Klausa Mitffocha na pewno nie będzie. Nie wierzę, przecież ile to lat temu było, jak ja byłem na studiach.

Z pozoru szydercza ekspozycja szybko przeradza się w manifest solidarności; ojciec staje się głosem córki, przekształca się w pełnokrwisty podmiot literacki, a dzieło przyjmuje cechy autoportretu. Nawet z krótkich wtrąceń autorki emanuje podziw i zazdrość względem niewinności, z którą chłonie rzeczywistość rodziciel. Wyłania się więź, obustronne zrozumienie, a także symbioza tych dwóch pokoleń.

Dzień trzeci.

Dziś po raz drugi pisał maila, do mnie:

Nicość jest doskonała,

odpisz”.

Z pewnością Całemu życiu… można przypisać walory estetyczne, jakkolwiek efemeryczne byłyby dostarczane przez tomik doznania. Bez względu na to, jak celebracyjny byłby charakter tego poruszającego testamentu relacji ojca i córki, nie przestaję choćby na chwilę powątpiewać w częściowo prowokacyjny charakter publikacji. Dyskusje wokół niezbyt ekonomicznego użycia papieru, nieortodoksyjnej konwencji, kampowej (i znakomitej) oprawy graficznej z pewnością nadrobią krótkotrwały czas poświęcony lekturze. Nie wyobrażam sobie przy tym, by krytykanci książki odpuścili sobie nawiązanie do zawartości facebookowego profilu poetki. Cieszy się on gigantyczną popularnością (śledzi go ponad dziesięć tysięcy użytkowników), przy czym jego treści niespecjalnie zbiegają się z tematyką teorii literatury i poważnym akademickim dyskursem czy publicystką. Autorka zarzeka się, że odseparowuje swoją działalność literacką od zawartości profilu. Tymczasem, część Całego życia z moim ojcem miała swoistą prapremierę na rzeczonym portalu społecznościowym. Krótkie, pozornie banalne wpisy okazują się więc zajawką, trailerem nowych publikacji Szychowiak.

W najmniejszym choćby stopniu nie dyskredytuję stosowanych przez autorkę metod promocji. Nie nazwałbym też istotności facebookowego publicity smutnym znakiem czasów. Dla przykładu – lata temu moja pierwsza styczność z osobą Jacka Podsiadły nie odbyła się za pośrednictwem jego twórczości, a przez wiszącą na brzuchu licealnego rówieśnika koszulkę, przedstawiającą zamyślonego poetę, ozdobioną cytatem: „pewnego pięknego dnia wypierdolą nas z pracy. (…) I znów staniemy się wolni”. Mówiąc wprost, w świat pokolenia „bruLionu” wprowadził mnie produkt, jakkolwiek parszywe byłoby to słowo. Co więcej, był to produkt stanowiący archetyp internetowego memu, dekadę przed eskalacją zjawiska. Nie mam dziś wątpliwości, że poezja nie przetrwa bez produktów, ich przystępności i powabności. A takim produktem, z całą swoją otoczką, jest Całe życie z moim ojcem. Ile piany nie toczyliby z ust puryści, podobnym produktem jest też aktywność w social media osób takich jak Szychowiak, Łukasz Najder czy (anonimowo) Joanna Dziwak.

Dariusz Nowacki określił na łamach „Gazety Wyborczej” niedawne autobiograficzne publikacje Jacka Dehnela i Szczepana Twardocha „blogaskami w okładkach”. Zetknięcie z Całym życiem… może przyprawić go o palpitację. Nie zmienia to faktu, że głosy lamentujące nad trywializacją postaci poety i jego twórczości nie są głośniejsze od łabędziego śpiewu rodzimego rynku literackiego. Zwłaszcza gdy nad poezją unosi się widmo całkowitego zniwelowania czytelniczego grona, zamknięcia go w hermetycznym środowisku autorów i krytyków. Element przaśności w personie i twórczości Szychowiak jest zaproszeniem, może otworzyć poezję na nowych odbiorców, których nie przyciągnie nigdy Rafał Gawin (przykład zupełnie losowy – wyrazy szacunku dla znakomitej twórczości Pana Gawina). Stosując mocno hiperbolizującą analogię: publikacje pokroju Całego życia… mogą być niczym Nevermind Nirvany, mobilizujący słuchaczy do sięgnięcia po Zen Arcade Hüsker Dü.

Ostatecznym sędzią Całego życia z moim ojcem będzie jego kondycja na rynku książek. Niniejszy tekst powstaje dwa tygodnie po premierze – niemalże cały nakład książki został już wyprzedany.

Max Nałęcz