[recenzja] [beep] Generation. Tomasz Bąk

Trudno było nie polubić Kanady Tomasza Bąka. Autor, debiutując, był twórcą obscenicznie wręcz młodym, zaledwie 20-letnim. Książka broniła się sama, imponowała wyważonym komentarzem, dociekliwą obserwacją i efektywną konwersją miejskiej rzeczywistości. Sprawnie operowała kolokwialnym językiem, nie bała się zapożyczeń, zręcznie balansowała na linii pomiędzy społeczną analizą a kampową zabawą. Te zabiegi imponowały − większość młodych twórców literatury kastruje swoją twórczość z popkulturowych analogii (kosztem wątpliwej barokowości) bądź też operuje nimi w sposób niezgrabny, lapidarny, często efekciarski i kabotyński. Bąk odniósł w tej materii sukces, podobnej stylistyki oczekiwałem więc po ukazującej się po pięcioletniej przerwie [beep] Generation. Konwencja się zgadza, sęk w tym, że doprawiono ją wieszczym tonem, a atak popkulturowych cytatów został zmasowany do do tego stopnia, że wywołuje przeciążenie sensoryczne.

Niełatwo ocenia się ten poddany połowicznej autocenzurze tytuł w kontekście dzieła literackiego. Bąk ewidentnie więcej słucha, niż czyta; tym razem bije to z jego twórczości jeszcze mocniej niż w debiucie. Nawet jako zwolennik artystycznych hybryd z trudem absorbuję lawinę krótkich urywków, łączących zwulgaryzowany dialekt ulicy, korpomowę i idiosynkrazje alternatywnych scen muzycznych. Ironio losu – dawno nie spotkałem się z dziełem okraszonym równie adekwatną oprawą. Układający się w bombowiec kolaż czcionek, zdjęć noworodków i kartonowych nadruków obrazuje tak chimeryczność dzieła, jak i bojowe zapędy autora.

Pozornie schizofreniczność tomiku jest usprawiedliwiona. Bąk, jak cała wypikowana przez niego generacja, zdaje się znajdować na rozdrożach − krąży gdzieś pomiędzy beznadzieją miasta, z którego udało mu się wyrwać, jałowością realiów życia akademickiego, ponurym widmem korporacyjnej przyszłości i sparszywiałą fasadowością naszych surogatów w paralelnej rzeczywistości online. Dokumentuje on swoje fantasmagoryczne wizje, w których światy te zderzają się ze sobą. Coraz bardziej oddala się jednak od prawdziwego domu − którego przenikliwy portret był siłą debiutanckiego tomiku – anonimowego miasta i jego frapującego mikrokosmosu absurdów i osobliwości. W Kanadzie Bąk był częścią ulicy, nie do końca zaangażowanym w jej życie obserwatorem, sprawnie wtapiającym się w tubylczą społeczność. Niewiele pozostało w [beep] Generation z tej bachtinowskiej karnawalizacji. Zamiast tego Bąk wynosi się ponad infiltrowane kiedyś miasto. Zdaje się, że bombarduje je nawałnicą gorzkiej krytyki, jakby zasiadł za sterami widniejącego na okładce niszczyciela.

Niespecjalnie przekonuje mnie alter ego poety, przekornie ochrzczone „człowiekiem-pizdą”. Jego perypetie są klejem scalającym szkielet tomiku, nadającym mu formę koncept albumu. Człowiek-pizda zapowiadał się jak schodzący do zaświatów poeta z Boskiej komedii, przeprowadzający jednocześnie gorzką introspekcję podobną do tej z zeszłorocznej płyty To Pimp a Butterfly Kendricka Lamara. Sęk w tym, że w rzeczywistości podmiot aż nazbyt dosłownie urasta do swojego tytułu. Zamiast intrygująco zapowiadającej się katabazy, mamy festiwal zbierania razów od wrogo nastawionej rzeczywistości, nieprzemawiający, zwyczajnie przykry. Był to dość odważny i interesujący koncept, niestety okazał się wyzwaniem, któremu autor nie sprostał.

Począwszy od otwierającego tomik cytatu z Manic Street Preachers, Bąk torpeduje nas zapożyczeniami z tekstów utworów. Chwilami odnosiłem wrażenie, że mam do czynienia z czymś, co aspiruje do bycia literacką odpowiedzią na płytę Endtroducing… DJ’a Shadow, będącą niemal wyłącznie konglomeratem sampli. Bąk, na szczęście, wciąż ma dużo własnego kontentu, wciąż ma rękę do udanych frazeologii, aliteracji, pojawiających się z zaskoczenia kpiarsko lakonicznych rymów. Niestety, nie udało mu się w pełni odtworzyć synkopowego beat’u, który rozbrzmiewał w Kanadzie. Jeszcze dalej mu do pulsującej mantry Godspeed You! Black Emperor, którego nazwą ochrzcił jeden z wierszy. Rozedrganej maniakalności Bąka AD 2016 bliżej do zmierzającego ku całkowitej awangardzie jazzu, atonalnych manifestów no wave czy też post-hardcore’owego dysonansu, niż do spójności i dynamiczności choćby wspomnianego Endtroducing

Najjaśniejszym punktem wydaje się wiersz tytułowy. Jest to faktycznie udane nawiązanie do długich, prowokujących galerii pokoleń i środowisk w kontrkulturze przełomu lat 60 i 70. Coś pomiędzy rynsztokowością Sister Ray The Velvet Underground a surrealizmem Desolation Row Boba Dylana. Być może będąc pod wrażeniem tego klimaksu, z większym entuzjazmem reaguję na niektóre z kolejnych wierszy – Człowiek-pizda otrzymuje odpowiedź na anons zamieszczony na jednym z portali randkowych, 41 133 891 ft alley-oop pass czy Światowy Dzień Udaru Mózgu.

Bąk prowokuje tytułem – Tomaszów jest jak hand job. Problem w tym, że w mających znamiona swoistego credo, pisanych w pierwszej osobie liczby mnogiej wersach, trudno jest odnaleźć wytłumaczenie tej skądinąd ambiwalentnej metafory. Czytelnik będzie miał problemy z wydedukowaniem, czy rzeczony hand job jest rzeczą złą, czy dobrą. Dopiero tłumaczenie samego autora, że Tomaszów Mazowiecki to „tylko tyle i aż tyle” rzuca trochę światła na tą kłócącą się z dosadnością formy enigmatyczność. Coś, co mogło (bądź miało) przybrać postać manifestu, jest raczej wariacją, rozszalałym solilokwium.

Językowo dzieło Bąka to basen szyderstw i bluzgów, których adresatem często jest sam człowiek-pizda. Uzupełnia je imitacja, czy też emulacja, spauperyzowanego języka mediów – telewizji, radia, serwisów społecznościowych. Sęk w tym, że ten zabieg wściekle odziera [beep] Generation ze wszelkich estetycznych walorów. Wypowiedzianej przez Bąka wojnie brak splendoru, atakuje on swoją generację jej własną bronią. Kiedy jednocześnie prowadzi się też front przeciw językowo-literackiemu purytanizmowi, pozostawia się po sobie wyłącznie obraz smutnego pogorzeliska. W ostatnim wierszu, autor deklaruje chęć zalania Łodzi napalmem. Po pierwsze nie przekonuje mnie deklaracja, jakoby rzeczona metropolia miała być jego jedynym celem. Po drugie spodziewałem się, że u Bąka świat będzie płonął bardziej chromatycznym ogniem.

Maksymilian Nałęcz