[recenzja] Arkusz [^pi^gmalion]. Paweł Orzeł

Arkusz [^pi^gmalion] to gra. Co więcej, to gra z czytelnikiem, gra nierówna. A jednak publikacja jest czymś więcej niż tylko męczącym popisem możliwości twórczych. Paweł Orzeł komponuje wielopłaszczyznowy tekst, składający się z dziesiątek odniesień i wielu nakładających się, szumiących głosów – cytatów pozbawionych źródeł czy autorstwa. Właśnie w tym przejawia się wartość Arkusza

 

W tym, czyli w życiu słów. W ich niedokończeniu, w zmianie sensu przy każdorazowym ich wykorzystywaniu, w różnych formach podawczych, a w końcu nawet w przywoływaniu postaci współtworzących publikację i w przekształceniu historii Pigmaliona (antycznego króla Cypru, który zakochał się w wyrzeźbionym przez siebie wizerunku idealnej kobiety, ożywionym za sprawą Afrodyty – Galatei).

Prologos utworu dokładnie mówi, czym publikacja jest, wytrącając z rąk potencjalnych krytyków argumenty o nielinearności, niespójności oraz nadmiarze eksperymentów formalnych przy ograniczeniu fabuły. W ten sam sposób, właśnie za sprawą autorskiego komentarza, książka broni się przed wyświechtanym, ale użytecznym frazesem: „prymat formy nad treścią!”.

Tekst ten nie jest typowym opowiadaniem; ma w sobie śladowe ilości prozy narracyjnej oraz zdecydowanie bardziej oczywiste fragmenty dramatu i eseju. Jednakże w zamierzeniu autora miał on być zwykłym opowiadaniem i tym najprawdopodobniej w jego oczach zostanie (Arkusz… s. 6).

Arkusz nie dotyczy jedynie postaci Pigmaliona, jak mógłby sugerować podtytuł. Wielowarstwowość tekstu pozwala na wplecenie w niego minitraktatów i przeprowadzenie uniwersalnej dyskusji o istocie sztuki. W tym wypadku ożywiony dotykiem posąg Galatei jasno opowiada się po stronie sztuki performatywnej, dostępnej, dotykalnej i niezapośredniczonej przez warunki muzealne:

Bezsensowna zasada niedotykania eksponatów szkodzi im, odbiera życie, zamienia wyłącznie w formę wizualną, którą można przy odrobinie woli obejść – ale też nie zawsze. To powinno żyć swoim życiem, z początku przeważnie opartym na redukcji (pozornie inaczej niż u nas) i również z nieznanym końcem. Przy tej mnogości wariantów, braku emocjonalnego zaangażowania, wiedzy spłyconej do krótkiego komunikatu oraz współczesnym trybie życia, następuje przesunięcie między ideą, myślą, słowem a materią. Zobojętnienie i ciągłe podważanie autorytetów doprowadziło do zrównania człowieka oczekującego na zagładę Pompei z kucającym chłopcem Michała Anioła w Ermitażu. Rozróżnienie stało się niepewne, jest pozostałością po dawnym, uporządkowanym sposobie myślenia i nie uwzględnia naszego losu. Zamiana miejsc nikogo by nie zdziwiłaby, mogłaby nawet pozostać niezauważona. Być może ludzki pęd do imitacji życia lub tworzenia prawdziwego zaskoczył nas z nieoczekiwanej strony (Arkusz… s. 7).

Wróćmy jednak do relacji Pigmaliona i Galatei – mimo wielogłosu jednak najważniejszej dla całego dziełka. Na przestrzeni opowiadania oglądamy wzorcową atrofię związku, zaczynającą się od nieumiejętności komunikacji. Mimo że Galatea jest, jakby nie spojrzeć, jedynie wytworem rąk Pigmaliona, a więc pretensją króla Cypru do aktu kreacji (co, zważając na przypadki opisane w mitologii, nie może skończyć się dobrze), to w związku z niedostatkiem sił twórczych Pigmaliona (przecież człowieka, a nie boga) staje się jedynie obrazem wykrzywionej kobiecości. Jest więc dziewczyną dość infantylną, rozbuchaną seksualnie oraz upośledzoną emocjonalnie, bo bazującą na afektach i impulsach, co z kolei stoi w opozycji do kulturowego wzoru racjonalnego mężczyzny, uosabianego przez Pigmaliona.

Ciekawe jest uwspółcześnienie mitu, co niejako tłumaczy też sam autor w stasimonie III: „Przy dzisiejszym rozwoju nauki, hodowaniu dziecka z naczynia lub tworzeniu partnerki seksualnej z kabli, mity ożywają na nowo”. Takie ponowoczesne patrzenie na świat, a więc rozbicie linearności rzeczywistości na tysiące, a nawet miliony zindywidualizowanych sposobów życia, wzmaga tęsknotę za metafizyką oraz za strukturą opowieści, to znaczy za czymś stałym i uniwersalnym. Stąd też może taki a nie inny wybór tematu. W świecie Arkusza nie ma jednak sacrum. Jest profanum: seks analny, wzajemne zezwierzęcenie i będące konsekwencją wzajemnych krzywd, obarczanie Pigmaliona winą za akt stworzenia. Pozostało status quo, tkwienie w niezrozumieniu i obustronnej nienawiści. Bez możliwości naprawy. Historia mityczna kończy się dojmująco ludzko i naturalistycznie.

Czuł się winny i jednocześnie wiedział, że wina rozkłada się też na nią i wszystkie mechanizmy świata. Właśnie w nich [myślach – A.B.] pojawił się obraz, że potrafiłby żyć bez niej. Ale tylko, gdyby umarła. Żadnego innego rozstania nie mógłby zaakceptować, nawet nie starałby się. Galatea podniosła nogę. Postanowiła już nigdy nie malować się tylko dla niego (Arkusz… s. 36).

Na sam koniec powróćmy do formy – wiemy już , że nie należy sądzić tej publikacji wedle linearności, znamy tytuł opowiadania. A jednak forma niepociętego arkusza wydawniczego, składanego w harmonijkę i rozkładanego jak mapa, nie pomaga w czytaniu. Trochę drażni, trochę irytuje. Z drugiej strony każdy „kwadracik” tekstu czyta się osobno, jakoś z większą uwagą. Dlatego też kolejne stadia rozpadu związku oddziaływają bardziej emocjonalnie, zostawiając czytelnika z pustką, może współczuciem, a na pewno rewizją własnych doświadczeń.


Agnieszka Budnik