[recenzja] 15 listów. Marek Wawrzkiewicz

Ta poezja jest stworzona z czułych gestów i szeptów, delikatnych muśnięć dłoni, wyziewów cuchnących ciał i zatrutych oddechów. Stanowi zapis nieodłącznego tańca miłości i śmierci, emocjononalny palimpsest oraz zabawę z czytelnikiem i jego percepcją. Jednak 15 listów nie jest dziełem tylko jednego autora –poezja Marka Wawrzkiewicza to jeden z kilku elementów składających się na epistolograficzny tomik.

Na początku trzeba to podkreślić – 15 listów to dzieło eksperymentujące z formą, wprowadzające czytelnika w nowe konteksty nie tylko za pomoca finezyjnych gier literackich, ale także elementów wizualnych, będących równorzędnymi z tekstem komponentami książki. O kompozycję obrazów, tekstu i grafiki zadbał odpowiedzialny za skład Mateusz Osajda, a nazywany poetą koloru Krzysztof Rapsa udostępnił swoje obrazy. 15 listów bezpiecznie nawiązuje do tradycji liberatury. Oprawa graficzna wprowadza możliwość nowych interperetacji tekstu i odsyła czytelnika wizualnie do tradycji epistolograficznych.

Warzkiewicz bawi się z formą listu i wykorzystuje ten niezwykle intymny gatunek jako przestrzeń do łatwej zmiany lirycznych ról – każdy z prezentowanych wierszy jest dziełem innej osoby. Prosta budowa utworów Wawrzkiewicza jest skontrastowana z mnogością nawiązań do historii, literatury i tajemniczych, trudnych do odszyfrowania kulturowych kontekstów. Adresatami lub nadawcami korespondencji są osoby fikcyjne lub historyczne – wśród nich pojawia się Elżbieta I, Jezus, Mark Kwintus i młoda poetka Elinor Wylie, której postać symbolicznie rozpoczyna i kończy tomik.

Pierwszy wiersz (Długi list, jaki napisał – lub mógłby napisać – W.M. do młodej poetki Elinor Wylie)wprowadza w obowiązującą w całej książce poetykę liryki roli. Kim jest tajemniczy W.M., który swoje wspomnienia o Elinor Wylie gromadzi „w pamięci, siegającej aż do zaprzeszłości”? Odnalezienie dokładnej biografii poetki żyjącej na przełomie XIX i XX wieku stanowi pewien problem, a rozszyfrowanie nazwiska jej kochanka o tych inicjałach również nie należy do najłatwiejszych zadań. W jaki więc sposób sprawdzić, czy opisywana w liście miłość rzeczywiście istniała w rzeczywistości? A może to tylko poetycki wymysł? Jednak sam tytuł obnaża fikcyjność dzieła – autor idzie tą samą drogą w wierszu kończącym tom, pisząc w adnotacji, że W.M. być może w ogóle nie istniał.

Zabawa z czytelnikiem nie ogranicza się tylko do wprowadzania trudnych do zweryfikowania kontekstów. Do myślenia daje również używanie w jednym tekście różnego datowania. Przykładowo, w Liście z XIX wieku znalezionym w Petersburgu na końcu pojawia się data – czerwiec 2015 roku. Mam wrażenie, że poprzez zabawy z czasem Wawrzkiewicz podkreśla, że w kontekście poruszanych w utworach problemów czas jest nieistotny. W zależności od poetyckiego zegara zmieniają się tylko formy wyrazu i język.

Każdy wiersz stanowi pretekst do intertekstualnej wedrówki po meandrach kultury i historii. Nieoczywiste furtki, które otwiera poeta nie zawsze prowadzą do klarownego rozwiązania – są raczej kwestią domysłów i tylko od czytelnika zależy, czy podąży drogą poszukiwań czy może uzna treść tomiku jako wystaczającą.

Tematem przewodnim 15 listów jest miłość. To księga wyznań przepełnionych namiętnością i cierpieniem. U Warzykiewicza uczucie nierozerwalnie łączy się z przemijaniem – spomiędzy linijek wyzierają wanitatywne i funeralne motywy. Dla ich podkreślenia wystarczy zebrać słowa-klucze z wybranych tytułów wierszy: list pisany z celi śmierci, rozwodowy, pożegnalny i spod… płyty nagrobnej.

W tych piętnastu wierszach-listach uderza ich krańcowy pesymistyczny wydźwięk. Miłość nieodłącznie splata się ze śmiercią, życie z niespełnieniem, a krótkotrwałe chwile ekstazy z następującym po nich cierpieniem. Abstrakcyjne ilustracje i grafika nawiazująca do najznakomitszych czasów epistolograficznych bardzo dobrze współgrają z treścią utworów. Nadawcy listów piszą je z dystansem lub bez niego, z miłością lub nienawiścią, prosto lub zawile, prozaicznie lub poetycko. Warzkiewicza poprzez swoje wersy przypomina, że składamy się z miłosnych gestów i szeptów, febrycznego drżenia, krótkich pięknych snów i brutalnych przebudzeń. Warto zajrzeć do tej dopracowanej i spójnej książki, aby nie tylko ją przeczytać, ale również obejrzeć.

Joanna Hała