[recenzja] Żaglowce. Dominik Piotr Żyburtowicz

Sprawa oceny debiutów jest nader kłopotliwa. Krytyk daje bowiem autorowi pewien kredyt zaufania i stara się ocenić poetykę pisarza bez jej wcześniejszej znajomości. Jeżeli uzna, że pierwsze wydanie książki czy tomiku czyni twórcę objawieniem, dużo ryzykuje. Podobnie dzieje się, gdy na autora spuścimy zasłonę milczenia albo też uznamy, że po debiucie już nic lepszego nie wyprodukuje. Prościej, kiedy debiut jest całością, zbiorem wierszy połączonych albo chociaż na podobnym poziomie. W przypadku Żaglowców Dominika Piotra Żyburtowicza dostajemy debiutancki worek. Tomik, który zawiera utwory bardzo odległe od siebie czasowo, bo rozpięte na przestrzeni dziesięciu lat (2005 – 2015). Owszem, pewne motywy są powtarzane, wracają maniakalnie, aż zbyt często. To nie jest jednak główny zarzut.  Co nim jest? Niesamowita nierówność poziomu wierszy. Czy jest bardzo źle? Nie. Jest poprawnie, ale mogłoby być o wiele lepiej.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to sposób organizacji publikacji. Żaglowce zostały podzielone na sześć części (Miejsca w których dojrzewają owoce, Symfonia pieśni żałosnych, Spotkanie tutaj, Wędrówki wilków, Einstein na plaży, Dobrze jest), które niestety przypominają rozpaczliwą próbę znalezienia punktów wspólnych między wierszami i sprzedania ich jako przekonywającą debiutancką całość.

Inną kwestią jest uczuciowa obsceniczność lub też niesamowicie eksponowana wrażliwość poety, balansująca na granicy kiczu, w stronę której bez wątpienia chylą się wiersze z rymami prostymi, rozbijającymi tok wiersza, momentami nawet iście częstochowskimi:

Czasem pomyśli o swojej wsi,
gdy sunie na grzbiecie komety.
I tutaj jest, w kołysce topoli
brązowo-zielonych jak oczy koni.
(frag. wiersza Dziadek)

I dopiero we śnie – znów:
staje wiatr, lis obraca się.
Cały las o mnie wie.
(frag. wiersza Zapach człowieka widać tylko we śnie)

(…) Czy tu kończy się świat
i zaczyna raj? Jeżeli tak, to ja
jestem Kwiecień, a ty jesteś Maj.
(frag. wiersza II – Odyseja kosmiczna)

               Powróćmy jeszcze na chwilę do kwestii krańcowej emocjonalności. Dotyczy ona głównie motywu śmierci w rodzinie (zwłaszcza odejścia ojca), przewijającego się szczególnie w części Symfonia pieśni żałosnych, a najsilniej w wymownym utworze (zwłaszcza kiedy pod uwagę weźmiemy dedykację Mojemu Ojcu) Laleczka z metalu i gwoździ, opowiadającym o okolicznościach śmierci rodzica:

Tydzień przed wypadkiem ojciec
awanturował się we śnie.
To dziwne, przecież nigdy
ręki na mnie nie podniósł. Tydzień
przed kraksą mój zmarły
ojciec bił mnie po głowie
i szarpał za odzież. Pamiętam

uderzenie, metal łamał się
niczym plastik zabawki, w powietrzu
latały śrubki, kabelki. Szkło
utkwiło w skórze, części z silnika
w ubraniu. (Oto chwila, kiedy człowiek
jest jak marionetka). Tamten znak

(ostrzeżenie?) był nie do odczytania.
Skąd miałem wiedzieć, co znaczy laleczka
z metalu i gwoździ.

Którą mi pokazał.

            O ile w tym przypadku, ze względu na specyfikę wiersza, epatowanie emocjami jest jak najbardziej zrozumiałe, o tyle w wielu pozostałych utworach patos osiąga stopień porównywalny do wynurzeń mistrza gatunku, kanonicznego już Paulo Coelho:

Szczeniak

Zawsze jest dobra strona życia,
a ludzki mózg pamięta więcej chwil złych,
dlatego trzeba próbować
dobrą stronę życia odnajdywać.

Na przykład: wrócić w miejsce bólu.
Przyjechać do miasta rozpaczy i tam się zakochać.
Patrzeć, jak noc z obrazu Magritte’a
przechodzi w dzień, i w tym świetle

zobaczyć na nowo wiele pięknych chwil
z dzieciństwa i młodości – przecież!
Tyle ich było, Angeliko.

Jakby szczeniak świata obrócił się
na plecy i pokazał jasny brzuszek – radość.
Dokąd teraz biegniesz, zakochany szczeniaczku?

fragment utworu Przejście na 26. ulicy:

Nagle pęcherzyk czasu pęka i widzę list:
Kochana mamo, mówię ci, kiedy dorosnę, nie chcę być
 nikim innym niż tylko Supermanem.
Czy jestem nim dziś?
 Jesteś – mówi dziewczyna z pierścionkiem na palcu.

Niestety, takich naiwnych fragmentów jest w tomiku zbyt wiele. Być może ich obecność nie raziłaby tak bardzo, gdyby rozsiane zostały na przestrzeni kilku publikacji, a nie w zbiorze, który stał się zapisem dziesięcioletnich zmagań z poezją. Żyburtowicz opowiadać potrafi, bez dwóch zdań, ale utwory zyskują, kiedy rozpatruje się je w odosobnieniu, autonomicznie. Zyskują nie wszystkie, to jasne. Co ciekawe, autor Żaglowców o wiele sprawniej posługuje się językiem bliższym prozie. Udaje mu się wówczas uciec od banału, w który wpędzają go forma wierszowana oraz rozmyślania dotyczące śmierci i istnienia w przyrodniczej sieci naczyń połączonych. Szczególnie ciekawy jest wiersz Kryjówki, mówiący o mechanizmach pamięci, i futurystyczny Rok 2940. Młody Pomorzanin opowiada o śnie, którego nie rozumie, traktujący o zaniku potrzeby rozumienia historii i zapomnieniu:

Kryjówki

Wejściowa płyta strychu odchyla się niczym właz podwodnej łodzi,
która opłynęła czas. Pomiędzy deskami
była moja baza, stamtąd spoglądają
oczy: chłopiec
wychodzi z drzewa i jednym oddechem porusza tańcowisko planet,
zostawiłem je tutaj same, na każdej z nich
inny świat, inne marzenia. Aby otworzyć okno,
muszę wybić szybę – niech lecą, płyną, niech łączą się ze snami
miejscowych dzieciaków, niech prowadzą sztandar.

A tam – na osiedlu – już wozi się lipiec.
Lecą bańki nad domami, w bańkach śmiechy, krzyki.
Grupa chłopców biegła drogą – tu w kałuży znikli.
Może to przez deszcz, może przez ten potop.

Od kilku tygodni wydłuża się tunel
zwierciadeł. Przez pewien czas
będę je zanosił do innych miast,
do innych mieszkań. W ten sposób przejście

pozostanie nietknięte. W ten sposób zachowam miejsca,
do których uciekać będę w zimne dni,
burzowe noce; bo kiedy świat
znów rzuci przekleństwo (a rzuci na pewno) – przechowają mnie.

 

Rok 2940. Młody Pomorzanin opowiada o śnie, którego nie rozumie

                               Żyć – to znaczy rozmawiać z umarłymi,

                               to pytać o ich losy, wybory, racje

                               z oddali lat i wieków…

                               Teresa Tomsia, Dom utracony, dom ocalony

Nagle otwieram oczy w dalekiej Rosji.
W życiu nie byłem w Rosji, ale
otwieram tam oczy i widzę światełko. Miękkie
i czułe, w oddali maleństwo.

To graniczna stróżówka, na pewno.
Po prawej las, naprzeciw droga. Wewnątrz strach.

Więc oto Syberia lub jakaś rubież
na wschodzie, śnieg
to wierny, odwieczny towarzysz. W blokadzie stoją
sowieckie ciężarówki, ukryty w przyczepie
wychylam głowę; mróz zżera skórę, lecz klapki
rosyjskiej uszanki ratują.

Wyglądam z przyczepy i widzę światełko miękkie,
dziecinne światełko. Jest tu! Ładuj karabin![1]– krzyczą na zewnątrz.

Ale ja zatapiam się w nim. W tej gwiazdce
spokojnej i pięknej. Jak lampka choinki
dziecięcej, li la.
Rosja. Śnieg. Noc dziwna, nie moja.
Strzał.

Emocjonalność, tok przerzutniowy i upodobanie do poezji metafizycznej przejawiają się też w wierszu I – z notatnika Johna Donne’a. Bezpośrednie odwołanie do przedstawiciela barokowego nurtu, zawarte w tytule, osadza Żyburtowicza w pewnej poetyce i konkretnym zakresie tematycznym. Dlatego też w tomiku jest tak wiele rozważań natury ontologicznej. I znowu – raz banalnie, raz ciekawie. Żyburtowicz czasem świat rozpatruje jako tętniącą materię, w innym miejscu tłumaczy go w oparciu o katolickiego Boga. Interesującymi motywami są też opisy istnienia przed narodzeniem (Język zapomniany), w którym to czasie wszystkie istnienia – przyrodnicze, zwierzęce czy ludzkie – posługują się tym samym językiem, jak i ciągła obecność śmierci, upostaciowionej, podążającej krok w krok za człowiekiem, co dość dobrze oddaje z kolei wiersz Obcy. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne tomiki, o ile się pojawią, będą spójne – reprezentowane przez wiersze na równym poziomie, z dopracowaną poetyką i dalekie od prostego patosu.

Gdzie jesteś teraz, energio z wnętrza ojca, dziadka,
jaki kształt przybrałaś? Może siedzisz na plaży
w jakimś tropikalnym kraju, patrząc
na światło nowo powstałej gwiazdy?
(frag. wiersza Chryzantemy i gwiazdy)

1.
Klatka naszego bloku jest dzisiaj jajkiem,
które pęka. Uchylone drzwi
to pierwsza szpara, z kolei światło
(piękne, mocne światło) to na pewno błona Boga, która jeszcze przez chwilę
trzyma mnie w swojej pierwszej powłoce, po czym nagle wpuszcza w drugą (…).
(frag. wiersza Widzenia z wczesnego dzieciństwa, które pamiętam najbardziej)

Język zapomniany

kiedy nie umiałem jeszcze mówić
pod okno przylatywały ptaki
rozmawiały w znanym mi języku
choć imiona ich były tajemnicą

dziś wiem że są to jaskółki
rysujące zeszyt do muzyki w ogrodzie
a to o czym mówiły wtedy
zniknęło w pierwszym moim słowie

Obcy

Kiedy umiera w domu człowiek – można poczuć,
że jest tam ktoś jeszcze: obcy, który stoi
na balkonie i patrzy w dal, czasem chodzi
cicho po pokojach, ogląda obrazy.

Kiedy umiera w domu człowiek – obcy w cieniu czeka.
Tuż za głowami bliskich, i nawet gdy
wybucha płacz, gdy wszyscy
zaczynają biegać, krzątać się – on

nie ujawnia się: przybysz z krainy
dobrych fal, przezroczystych wydm. A z nim
jakiś okręt, ognisty żaglowiec
zawieszony nad dachem jak przepiękny dzień.

Ale tutaj nie, nikt nie zauważa:
jak wychodzi z cienia, jak rozchyla
firanki i obraca się – dziecko,
znane też pacjentom z dna klinicznych
jezior; śpiące pod łóżkami, tkwiące w korytarzach.
W pustce burzy – przed błyskiem pioruna. W pożarowych
łunach migających na wieczornym niebie. Może
w oczach saren, kiedy płoszą się. Tak więc

dusza – jeszcze nieświadoma – widzi go
i wie. Pierwszy krok: zapomnieć. Drugi:
wcielić się. Po prostu wejść z nim
w drzewa jak w głęboki sen.


[1] w oryginalnym wierszu – oba wykrzyknienia w języku rosyjskim opatrzone przypisem  z tłumaczeniem – przyp. A. B.

Agnieszka Budnik