Paweł Nowakowski, Między innymi

pokonaliśmy siebie i nareszcie coś dajemy
(wiersz Post)

Co daje czytelnikowi debiut Pawła Nowakowskiego? Na początku poczucie niewygody, ot co. Niełatwo jest przeczytać go na raz, jeszcze trudniej go czyta się go w zrywach. Można ułatwić sobie zadanie dawkując go w pojedynczych wierszach. Niemniej, jako estetyczna całość Między Innymi to istny i celowy koszmar. Przyjemnie nie jest, bo wcale nie ma tak być. Dlatego ten debiut jest tak dobry.


            Tak, to kolejny tomik, który powstał na kanwie tragedii i traumy. To, co go jednak wyróżnia z lawiny lamentacji młodych skrzywdzonych, to bunt przeciw wrażliwości i dobrowolne oddanie się szponom rezygnacji, apatii, a następnie relacjonowanie tego letargicznego stanu w możliwie najbardziej reporterski sposób (rzekłbym nawet prędzej: notarialny). Jak Nowakowski ten efekt osiąga? Przyjmując dialekt zaborcy:

opanowanie traci na wiarygodności, kiedy historia zatacza koło, to
jedna rzecz. druga to ściana przed nami, która jako jednowymiarowe
rozpoznanie pod kątem potwierdzenia tezy daje wyraz dążenia do
upełnoprawnienia bytu (pokrzywdzonego?); początek przełamaniać

 

czy przekłamania, jak wolisz, dopuszcza do siebie możliwość nawiązania
wcześniejszą oceną, nasuwa zastrzeżenia z punktu widzenia istotnych braków,
obojętnie dla poniesionych strat i podniesionych zarzutów (nie) działa wstecz

Nowakowski nie epatuje ani brutalnymi obrazami, ani ordynarnym poe-porno, ani też rozpaczliwym tonem. Podejście do wiersza ma kliniczne; jego przestrzeń czyni mocno sterylną. Tragedia odbywa się między wierszami, a właściwie paragrafami, bo taką formę przybierają czasem zwrotki. Tom przypomina raczej oficjalną dokumentację. Nie sięgając po bardzo wyszukane porównania, powiedzmy, że kartę zgonu (z załączonymi znakomitymi szkicami Martyny Duras).

na kształt gliny mylimy pojęcia, śnieżny obraz. domniemanie przybiera
formę zdartej gardzieli, przyglądam się wówczas pozycji embrionalnej,
wyznaczam kontratyp hycla i wzajemnego stwarzania pozorów.

Przełożenie języka udręki na prawniczy i korporacyjny newspeak udało się poecie znakomicie. Opresyjną atmosferę nasila też sama treść: gnębiącą rekonstrukcją dynamiki relacji międzyludzkich. To świat, z którego chcemy się za wszelką cenę wydostać, mając na uwadze świadomość, że na co dzień wciągani jesteśmy w niego gwałtem i siłą.

między nami jest nieruchome i nieuchronne. struny jako wymiar rzadkości,
zmiana pozycji pozbawiona struktur, które w zasięgu skojarzeń odwracają

Wzór; naruszenie dyspozycji w warunkach przewidzianych hipotezą zmienia
brzmienie na kształt właściwości przeciwległych biegunów, krawędzi bez gniazda.

Zmiany w mikrokosmosie wiersza zachodzą arbitralnie: przestaje on być aktem kreacji autora – staje się dokumentacją człowieka poddanego wiwisekcji, który dobrowolnie (albo raczej pod wpływem jakiegoś nienaturalnego przymusu) pozwala na obserwację i rejestrację tej gehenny.

(...) co przecież nie idzie w parze z nowym porządkiem o czym za chwilę mieliśmy
się przekonać, leżąc w gruzach, odpowiednio do udziałów w razie (częściowej) porażki.

Co ciekawe, najbardziej frapujące są niespodziewane momenty liryzmu, których nie udało się Nowakowskiemu uniknąć. Jak wspominałem: tomik nie wędruje w rewiry intencjonalnej brzydoty. Jest to jednak dość ciekawe – zdawałoby się, że do twarzy byłoby Nowakowskiemu z atonalnością, poskręcanymi strukturami. Tymczasem, nawet terminologiczne wycieczki poety płyną całkiem ładnie, wyjustowane niczym zręcznie sporządzony pozew. Te momenty pojawiają się głównie w początkowych frazach: tryptyk Genealogia zaczyna się od chromatycznego, subtelnego opisu:

mamy kawałek lądu, soczysty prawie jak żywica, która spływa po naszych
ramionach, usycha z wiatrem i jednocześnie pod prąd nurtujących nas wyrzutów,
gdzie sumienie i kredyt zaufania to jedno, a czerpanie z przeszłości jest równe

Kończy się jednak odhumanizowaną, jakby automatyzowaną zwrotką:

mocny stan deklaratoryjnej zapowiedzi skracania dni płodnych, odrzucają koncepcję nabycia
przez kreację. podatny na sugestie buduję dwuinstancyjny zbiór błędu, którego wymiar jest
podstawą więzi ulotnej na wyłączność i utraty kontaktu z powierzchnią w państwie środka.

            A więc jednak ten rozkład. Zanim jednak zetkniemy się ze zdehumanizowanym pejzażem, jesteśmy ciągnięci za gardło przez cały proces dekompozycji. Powtórzę: nie jest to przyjemna lektura. Niewątpliwie jednak absorbująca.

Napisanie wierszu równie obrzydliwego jak Gwałt wymaga pewnego kunsztu – to coś więcej, niż sprowadzenie aktu seksualnego do biologicznej, czy też masturbacyjnej funkcji, jak to często robią rozerwani między cnotą i chucią moraliści. To nie są zwierzenia nawróconego schyłkowca, który lubi swój promiskuityzm, ale w sumie zdaje sobie sprawę z jego pustki i trochę się go wstydzi. Jest płynny transfer z uniesienia i pożądania prosto w odmęty wstydu przychodzącego po spełnieniu. Stosunek dwóch shelleyowskich potworności, hybryd złożonych z mięsa i tworzyw sztucznych, które „składają zarodek w białym prześcieradle, szkicując kontury lateksowej szyi”. 

Między Innymi to niemy krzyk. Uderza bezgłosowym, ale dobitnym „patrz, co mi się stało”, wrzeszcząc tak naprawdę na czytelnika i wskazując palcem jak rabin w Matce Joannie od Aniołów: „ja jestem ty, ty jesteś ja”. To frustruje mocniej od brutalizmu czy też egzaltacji. Nie ma tu miejsca na empatię, sympatyzującą chęć identyfikacji z podmiotem – jest przerażenia i strach przed własną degeneracją, znalezieniem się wśród bohaterów tego mocnego debiutu.

Max Nałęcz