Artykuły

[recenzja] Utwory ostatnie. Jarosław Iwaszkiewicz

Jarosława Iwaszkiewicza kojarzy się z przedwojenną bohemą – inteligencją, jak to kiedyś mówiono. Tak przynajmniej polskie wykształcenie dało mi odczuć, przyporządkowując go do świata wczesnych Miłoszów, późnych Szymanowskich, jeszcze żyjących Baczyńskich i świeżo zmarłych Żeromskich. Byłam więc dość zdziwiona, kiedy przeczytałam, że ostatnie utwory są z lat 1978-80. Nie chodzi przy tym nawet o fakt, że nie mogłam sprawdzić, czy pisarz żył tak długo. Ta wizja po prostu zdaje się nieco abstrakcyjna.

Sam autor Utworów ostatnich nigdy nie wyprowadził Czytelnika z takiego błędnego przeświadczenia. Całość to mieszanka jego wspomnień z dawnych czasów i tęsknoty za tym, co definitywnie już umarło. Została opakowana w prostą, białą okładkę i opatrzona przypisami dającymi minimalny kontekst sytuacyjny tylko wtedy, kiedy jest to konieczne. Książka jest oszczędna zresztą również objętościowo – liczy sobie zaledwie sto stron. Na te składa się pięć opowiadań, spośród których najdłuższe zajmuje ponad połowę woluminu, a najkrótsze nie ma nawet jednego zdania prostego.

Tano – pół bóg, pół zwierzę, czyli człowiek.

Gdy czytam pierwszy utwór, najbardziej obszerny z całego zestawienia, zastanawiam się, jak go odbierać. Może lepiej zwrócić uwagę na te wszechobecne wtręty egzystencjalne, robiące z niego niemalże małą rozprawkę filozoficzną? To wciąż jednak przede wszystkim opowiadanie o bardzo konkretnej, wojennej tematyce. Zależnie od tego, którą stronę się wybierze, Tano zbiera odmienne noty.

Strona liryczna zasługuje na pochwałę – za nastrojami nostalgii i nieco ponurej tęsknoty podążamy od samego początku opowiadania, tak że z czasem udzielają nam się one bez reszty. Utwór przede wszystkim skłania do refleksji, niekoniecznie ograniczonych rzeczywistością czasów, o jakich opowiada. Autor wypracował ten efekt poprzez konstrukcję bohaterów i miejsc. Można to odczuć bardzo prędko – dialogi są szalenie sentencjonalne, w każdy z nich zaś wkradają się bardzo konkretne metafory (głównie muzyczne, za którymi autor szczerze przepadał). To w rezultacie ujmuje postaciom człowieczeństwa. Czytelnikowi wygodniej jest rozmyślać o nich, jak o narzędziach służących do przedstawienia jakiegoś sposobu myślenia. Zabieg ten jednak przynosi efekty, przekaz jest bowiem równie piękny, co ponury, a po zakończeniu potrzeba chwili, aby strząsnąć z siebie nastrój utworu.

Aleja przyjaciół – niedokończona pozycja bibliografii.

Po smutnym i poetycko brzmiącym Tano przychodzi pora na opowiadanko stricte autobiograficzne, które nie ma prawie żadnego narzuconego tonu czy koncepcji. Jest to wspomnienie konkretnej osoby, niesprawdzone (poprawione jednak w formie przypisów, co załatwia nam sprawę pewnych przekłamań), i jeśli kogoś nie fascynuje tak naprawdę sylwetka autora lub obraz polskiej bohemy lat trzydziestych, nieszczególnie porywające. Jestem pewna, że Aleja przyjaciół znalazła się w bibliografii niejednej pracy magisterskiej, i tam jest jej miejsce.

Nieważni ludzie, nieważne sprawy, tęsknota za dzieciństwem.

Kolejnym, co czytelnik otrzymuje w ramach tego skromnego zbioru, jest bardzo zwięzłe opowiadanie o młodzieńczych, niemalże dziecięcych miłostkach. Utwór jest dokładnie taki, jak zapowiada opis w poprzednim zdaniu – krótki, prosty i lekki w odbiorze. Próżno szukać tu zmyślnych alegorii, metafor czy języka, który by skłaniał do sięgnięcia po słownik. Kojarzy mi się to nieco z tymi barwnymi scenami z filmu Jutro pójdziemy do kina, kiedy widz obserwował pastelową wersję Drugiej Rzeczypospolitej z nieskomplikowanymi, sympatycznymi postaciami i wizją pięknej, świetlanej przyszłości. Autor ponownie daje do zrozumienia, jak bardzo tęsknił za dwudziestoleciem.

Kalendarz.
X x x

Dzień lipcowy.

Jeśli Czytelnik nadal pamięta Tano, warto o nim pomyśleć w trakcie czytania ostatniego opowiadania ze zbioru. Podobnie jak Nieważni ludzie, nieważne sprawy, stanowi ono przede wszystkim nostalgiczny obraz tego, co już przeminęło. Dzień lipcowy to jednak coś więcej niż tylko przyjemne wspomnienie. Autor bowiem poprzez plastyczne opisy krajobrazu i kompozycję historii stara się stworzyć literacki Drugi Koncert Rachmaninowa, który podążał za Czytelnikiem już od pierwszego opowiadania. Zabieg ów czyni z całości zgrabną klamrę, domykającą kompozycję.

Zbiór jest wart przeczytania – napisany z kunsztem, którego należy się spodziewać po autorze; skłania do przemyśleń i wzbogaca wiedzę czytelnika. Zestawienie krótkich utworów tworzy jednocześnie dość przemyślaną, niefortunnie niedokończoną, kompozycję.

Utwory ostatnie to jednak, co wskazuje zresztą tytuł, bardziej pointa niż wprowadzenie. Autor stara się stworzyć przed nami swoisty dialog z międzywojniem, jednak ów wymaga pewnego zainteresowania sylwetką pisarza i dwudziestoleciem, aby być w pełni zrozumiałym. Nie radzę więc czytać tego tomu jako pierwszego spośród twórczości Iwaszkiewicza. Nawet jeśli potencjalny czytelnik znajdzie tę książkę na półce we własnym domu, lepiej ją tam pozostawić, poczytać inne dzieła autora, a później dopiero wrócić do Utworów ostatnich.
Marta Marciniak


 

[recenzja] Inny kapitalizm jest możliwy. Andrzej Szahaj

Ostatnie 25 lat w Polsce upłynęło pod znakiem pochwały doktryny neoliberalnej. Zachłyśnięcie się teorią stworzoną przez Miltona Friedmana i Friedricha von Hayeka, a wcielaną w życie z uporem przez ekipę Leszka Balcerowicza i jego uczniów, nie zamieniło Polski w kraj mlekiem i miodem płynący. W ostatnich latach pojawia się coraz więcej głosów krytycznych wobec panującego systemu ekonomicznego. Za pośrednictwem książki Inny kapitalizm jest możliwyważny, bo nie tylko krytyczny głos zabrał prof. Andrzej Szahaj.

Szahaj jest nie tylko znakomitym znawcą filozofii polityki, członkiem Komitetu Nauk Filozoficznych PAN, wieloletnim wykładowcą Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, ale przede wszystkim jednym z niewielu naukowców, którzy śmiało wytykają błędy i wypaczenia charakteryzujące polską politykę ekonomiczną ostatnich 25 lat. Jego poprzednie książki (Teoria krytyczna szkoły frankfurckiej (2008), Kapitalizm drobnego druku(2014) skupiały się na podobnych zagadnieniach. Jednak najnowsza pozycja* warta jest uwagi wszystkich spragnionych chociażby iluzji remedium na trawiące nas problemy.

Inny kapitalizm jest możliwy składa się z kilkunastu krótkich artykułów, traktujących nie tylko o kryzysie wolnego rynku w Polsce, ale i o jego odziaływaniu na kondycję naszego społeczeństwa. Szahaj serwuje czytelnikowi gorzką lekturę obnażającą wszystkie słabe punkty neoliberalnej doktryny. Mamy więc tutaj do czynienia z artykułami punktującymi m.in. negatywne oddziaływanie umów śmieciowych, coraz większy rozdźwięk między biednymi a bogatymi, kryzys państwowego budownictwa mieszkalnego czy dziką prywatyzację flagowych instytucji państwowych. Obok zagadnień natury ekonomicznej autor porusza również tematykę związaną z negatywnym wpływem obecnego modelu na tkankę społeczną, ze zmianami języka dominującego w dyskusji publicznej czy z wszechobecnym przekonaniem o słuszności podejmowanych przez 25 lat reform. Jeden z pierwszych artykułów, traktujący o zaniku ludzkiej empatii i chorym pędzie ku sławie, opatrzony został wymownym tytułem Poniżam więc jestem, będącym trawestacją słów Kartezjusza. Takich pozornie banalnych zabiegów znajdziemy w książce Szahaja znacznie więcej. Stosowanie ich przez autora w żadnym jednak wypadku nie razi, czyni zaś język bardziej przystępnym. Jest to szczególnie ważne ze względu na podejmowaną tematykę, skupioną wokół zagadnień ekonomicznych.

Dzika pogoń za „dogonieniem zachodu” oraz bezrefleksyjne wprowadzanie mechanizmów gospodarki rynkowej, zdaniem Szahaja, spowodowało zatracenie przez obywateli ideałów solidarności i zdroworozsądkowego sprzeciwu wobec kultury upokorzenia. Jednym ze skutków ubocznych takich przemian jest porzucenie wielu własnych zasad na rzecz zysku. Tytuł wielokrotnie wspominanej w tekstach poprzedniej książki Szahaja – Kapitalizm drobnego druku – oddaje w doskonały sposób ten właśnie mechanizm neoliberalizmu. Niepokojącym standardem stają się umowy zawierające zapisy, w których właśnie małym druczkiem usiłuje się wepchnąć nam szkodliwe rozwiązania. Rodzi to poczucie, że tego typu oszustwo jest czymś normalnym, niewykraczającym poza powszechnie przyjęte ramy norm społecznych.

W swoich artykułach Szahaj stara się pokazać, że osłabianie pozycji państwa w ciągu ostatnich 25 lat nie przyniosło samych pozytywów, a wręcz przeciwnie – doprowadziło do wygenerowania ogromnej masy problemów. Jednym z proponowanych przez niego rozwiązań jest nawiązanie do nordyckiego modelu społeczno-ekonomicznego. W debacie publicznej każdy głos aprobujący wprowadzenie takich rozwiązań kontrowany jest stwierdzeniem, że Polski nie stać na tego typu socjalne fanaberie. W artykule Czas na model skandynawski autor przekonuje czytelnika, że nie chodzi o ślepe kopiowanie skandynawskich rozwiązań, a jedynie zaimplementowanie ich niektórych elementów na grunt naszego kraju. I nie chodzi tu tylko o wprowadzenie rozbudowanego systemu świadczeń socjalnych (w krajach nordyckich traktuje się to jako kapitał społeczny, a nie rozdawnictwo). Jednym z głównych zadań, jakie postawiły sobie państwa skandynawskie jest świadome kształtowanie systemu społecznego i ekonomicznego, zakładającego m.in. równe wsparcie własności zarówno prywatnej, jak i tej państwowej, społecznej. Jak zauważa autor, Skandynawowie wzbogacili się właśnie poprzez wprowadzenie tego systemu, jest natomiast mitem, że został on zastosowany już po osiągnięciu przez te państwa wysokich wskaźników rozwoju.

Najnowsze dzieło Szahaja, krytyczne wobec neoliberalizmu, zwraca uwagę również na zanik poczucia bezpieczeństwa u przytłaczającej większości obywateli, skupionych na zapewnieniu sobie poziomu egzystencji nie wykraczającym poza statystyczną średnią. W minionym 25-leciu z triady wolności, równości i braterstwa położono szczególny nacisk przede wszystkim na tę pierwszą wartość. Po latach pozostała tylko wolność, której brakuje jednak elementarnego bezpieczeństwa, przede wszystkim tego ekonomicznego. Pozycja Inny kapitalizm jest możliwy to przede wszystkim gorzka lektura o wypaczeniach neoliberalizmu w Polsce. Jednak świetny, przystępny styl autora i przedstawione rozwiązania sprawiają, że to książka ważna w dyskursie społeczno-ekonomicznym, dotyczącym dorobku ostatnich lat i przyszłości, jaka czeka nasz kraj.

 * wydana w ramach serii sygnowanej znakiem Le Monde diplomatique przez Instytut Wydawniczy Książka i Prasa
Mateusz Kalinowski

 

[recenzja] Ulica Słowiańska. Klara Nowakowska

Zmysł obserwacyjny, którego pozazdrościłby niejeden socjolog, wyczucie pozwalające dostrzec językowe dwuznaczności, a wreszcie pociągający minimalizm. Ulica Słowiańska Klary Nowakowskiej ma wszystkie atuty, które mogłyby jej zapewnić zaszczytne miejsce na podium. Dlaczego więc jest od niego tylko (czy raczej – aż) o krok?

To, co skrapla się na kartce, 
to nie są w żadnym razie zdania na medal

Ale mogłyby nimi być, gdyby Klara Nowakowska postąpiła jak podmiot Ośmiu wierszy – gdyby część tekstów pozostawiła w fazie niezrealizowanych pomysłów. Choć może nie o samą realizację i pisanie chodzi (wszak i najlepszemu twórcy zdarzają się gorsze utwory), a o wybór tego, co ostatecznie powinno się ukazać – i tu zaszło chybienie. Obok tekstów dopracowanych, świetnie oddających atmosferę miejskości, pojawiają się i takie, którym brakuje polotu – jakby żywcem wyrwane spod pióra grafomana.

Nic dodać, nic ująć – tak można by określić minimalizm poezji Klary Nowakowskiej. W Ulicy Słowiańskiejprzeważają teksty przemyślane. Nieprzypadkowy jest również ich układ – odzwierciedla ciąg skojarzeniowy (po utworze Schodami w górę czytamy Sobotę na schodach) i przyczynowo-skutkowy (tytułowa sobota może być tym samym dniem z następnego w kolejności wiersza Kac – Możemy pić; w niedzielę/ i tak wypada kac). Autorka jest dość ascetyczna w stosowaniu środków stylistycznych. Chętnie rezygnuje z metafor na rzecz kokieteryjnej zabawy (z) językiem i, by rzec słowami poetki, nie mam nic naprzeciwko takiej formie rozrywki. Wręcz przeciwnie, jest coś urzekającego i nienachalnego w ujawnianiu dwuznaczność słów: Poznaje po molowych dziurkach/ (moll – to ta smutna tonacja). Nierzadko w osiągnięciu podobnego efektu pomagają jej przerzutnie: Odzyskuje moje dane i mnie/ dane będzie, a już szczególnie poetka zyskuje moje uznanie, gdy dwuznaczność w subtelny sposób zahacza o sferę seksualną: Nie rozpieszcza ich język, pomagają/ ręką.

Wszystko byłoby fantastycznie, gdyby Nowakowska potrafiła jeszcze utrzymać jednolity poziom. Przez dobry tomik powinno przechodzić się jak przez teren równinny – pewnie, bez wątpienia w wartość żadnego z wierszy, a ewentualne potknięcia powinny wynikać z silniejszego zachwytu czy potrzeby głębszego rozmyślania. Tymczasem przez Ulicę Słowiańską idzie się jak po niespecjalnie ukształtowanym terenie, pełnym wzniesień i dolin (na szczęście te drugie są w zdecydowanej mniejszości). Jedne wiersze wzbudzają zachwyt (Szkiełko, Sobota na schodach, Słowiański), natomiast inne (Publiczna relacja, Bazar) sprawiają, że masz ochotę wszcząć rozmyślania (choćby z samym sobą) o tym, co jest poezją, a co nią nie jest. Nie chciałabym wchodzić na grząski grunt tej dyskusji – polemiki teoretyków wystarczająco udowadniają nieostrość definicji, szczególnie teraz, gdy granice gatunkowe i rodzajowe lubią się zacierać. Niemniej, kwestia poetyckości tych utworów może być dyskusyjna.

Nie sposób przeoczyć rymy dokładne, wręcz trącące o częstochowskie, i nie trzeba rozwodzić się nad tym, jak skutecznie obniżają poziom Ulicy Słowiańskiej. A przecież Sobota na schodach ujawnia prawdziwe możliwości rymotwórcze Nowakowskiej – nienarzucające się, płynnie wpadające w ucho.

Te wszystkie nierówności sprawiają, że chciałoby się umieścić tomik na stosie książek obiecujących debiutantów (a Nowakowska debiutantką przecież nie jest, więc trudno doszukiwać się w tym stwierdzeniu komplementu). Co bardziej rozczarowujące – nierówność ta nie polega na wyborze między tym, co jest dobre, a co lepsze, ale między tym, co jest dobre, a tym, co nie powinno w Ulicy Słowiańskiej zajmować miejsca. Tym bardziej, że poezja Nowakowskiej zyskuje większy splendor nie za sprawą pojedynczych utworów, ale całości.

I tu dochodzimy do sedna. Tytułową Ulicę Słowiańską można oczywiście odczytywać w wąskim i najbardziej dosłownym rozumieniu – jako poetycką diagnozę społeczeństwa mieszkającego przy wspomnianej ulicy. Gdyby jednak chcieć zamienić ją na jakąkolwiek inną (Matejki, Roosevelta), pozornie nic by się nie zmieniło – tłum opisany przez Nowakowską nie różni się niczym od tłumu mieszkającego w jakimkolwiek innym rejonie Polski. Bez problemu rozpoznamy w nim siebie i naszych sąsiadów. Ale nie bez przyczyny mówię jednak, że tylko pozornie nic by się nie zmieniło. Wybór tej a nie innej ulicy nie jest przypadkowy, w końcu przymiotnik „słowiański” może także odnosić nas do wspólnoty krajów słowiańskich, ale żeby złapać bezpieczniejszy grunt interpretacyjny, ograniczmy się do samych Polaków.
 


Alicja Łukasik

[recenzja] Arkusz [^pi^gmalion]. Paweł Orzeł

Arkusz [^pi^gmalion] to gra. Co więcej, to gra z czytelnikiem, gra nierówna. A jednak publikacja jest czymś więcej niż tylko męczącym popisem możliwości twórczych. Paweł Orzeł komponuje wielopłaszczyznowy tekst, składający się z dziesiątek odniesień i wielu nakładających się, szumiących głosów – cytatów pozbawionych źródeł czy autorstwa. Właśnie w tym przejawia się wartość Arkusza

 

W tym, czyli w życiu słów. W ich niedokończeniu, w zmianie sensu przy każdorazowym ich wykorzystywaniu, w różnych formach podawczych, a w końcu nawet w przywoływaniu postaci współtworzących publikację i w przekształceniu historii Pigmaliona (antycznego króla Cypru, który zakochał się w wyrzeźbionym przez siebie wizerunku idealnej kobiety, ożywionym za sprawą Afrodyty – Galatei).

Prologos utworu dokładnie mówi, czym publikacja jest, wytrącając z rąk potencjalnych krytyków argumenty o nielinearności, niespójności oraz nadmiarze eksperymentów formalnych przy ograniczeniu fabuły. W ten sam sposób, właśnie za sprawą autorskiego komentarza, książka broni się przed wyświechtanym, ale użytecznym frazesem: „prymat formy nad treścią!”.

Tekst ten nie jest typowym opowiadaniem; ma w sobie śladowe ilości prozy narracyjnej oraz zdecydowanie bardziej oczywiste fragmenty dramatu i eseju. Jednakże w zamierzeniu autora miał on być zwykłym opowiadaniem i tym najprawdopodobniej w jego oczach zostanie (Arkusz… s. 6).

Arkusz nie dotyczy jedynie postaci Pigmaliona, jak mógłby sugerować podtytuł. Wielowarstwowość tekstu pozwala na wplecenie w niego minitraktatów i przeprowadzenie uniwersalnej dyskusji o istocie sztuki. W tym wypadku ożywiony dotykiem posąg Galatei jasno opowiada się po stronie sztuki performatywnej, dostępnej, dotykalnej i niezapośredniczonej przez warunki muzealne:

Bezsensowna zasada niedotykania eksponatów szkodzi im, odbiera życie, zamienia wyłącznie w formę wizualną, którą można przy odrobinie woli obejść – ale też nie zawsze. To powinno żyć swoim życiem, z początku przeważnie opartym na redukcji (pozornie inaczej niż u nas) i również z nieznanym końcem. Przy tej mnogości wariantów, braku emocjonalnego zaangażowania, wiedzy spłyconej do krótkiego komunikatu oraz współczesnym trybie życia, następuje przesunięcie między ideą, myślą, słowem a materią. Zobojętnienie i ciągłe podważanie autorytetów doprowadziło do zrównania człowieka oczekującego na zagładę Pompei z kucającym chłopcem Michała Anioła w Ermitażu. Rozróżnienie stało się niepewne, jest pozostałością po dawnym, uporządkowanym sposobie myślenia i nie uwzględnia naszego losu. Zamiana miejsc nikogo by nie zdziwiłaby, mogłaby nawet pozostać niezauważona. Być może ludzki pęd do imitacji życia lub tworzenia prawdziwego zaskoczył nas z nieoczekiwanej strony (Arkusz… s. 7).

Wróćmy jednak do relacji Pigmaliona i Galatei – mimo wielogłosu jednak najważniejszej dla całego dziełka. Na przestrzeni opowiadania oglądamy wzorcową atrofię związku, zaczynającą się od nieumiejętności komunikacji. Mimo że Galatea jest, jakby nie spojrzeć, jedynie wytworem rąk Pigmaliona, a więc pretensją króla Cypru do aktu kreacji (co, zważając na przypadki opisane w mitologii, nie może skończyć się dobrze), to w związku z niedostatkiem sił twórczych Pigmaliona (przecież człowieka, a nie boga) staje się jedynie obrazem wykrzywionej kobiecości. Jest więc dziewczyną dość infantylną, rozbuchaną seksualnie oraz upośledzoną emocjonalnie, bo bazującą na afektach i impulsach, co z kolei stoi w opozycji do kulturowego wzoru racjonalnego mężczyzny, uosabianego przez Pigmaliona.

Ciekawe jest uwspółcześnienie mitu, co niejako tłumaczy też sam autor w stasimonie III: „Przy dzisiejszym rozwoju nauki, hodowaniu dziecka z naczynia lub tworzeniu partnerki seksualnej z kabli, mity ożywają na nowo”. Takie ponowoczesne patrzenie na świat, a więc rozbicie linearności rzeczywistości na tysiące, a nawet miliony zindywidualizowanych sposobów życia, wzmaga tęsknotę za metafizyką oraz za strukturą opowieści, to znaczy za czymś stałym i uniwersalnym. Stąd też może taki a nie inny wybór tematu. W świecie Arkusza nie ma jednak sacrum. Jest profanum: seks analny, wzajemne zezwierzęcenie i będące konsekwencją wzajemnych krzywd, obarczanie Pigmaliona winą za akt stworzenia. Pozostało status quo, tkwienie w niezrozumieniu i obustronnej nienawiści. Bez możliwości naprawy. Historia mityczna kończy się dojmująco ludzko i naturalistycznie.

Czuł się winny i jednocześnie wiedział, że wina rozkłada się też na nią i wszystkie mechanizmy świata. Właśnie w nich [myślach – A.B.] pojawił się obraz, że potrafiłby żyć bez niej. Ale tylko, gdyby umarła. Żadnego innego rozstania nie mógłby zaakceptować, nawet nie starałby się. Galatea podniosła nogę. Postanowiła już nigdy nie malować się tylko dla niego (Arkusz… s. 36).

Na sam koniec powróćmy do formy – wiemy już , że nie należy sądzić tej publikacji wedle linearności, znamy tytuł opowiadania. A jednak forma niepociętego arkusza wydawniczego, składanego w harmonijkę i rozkładanego jak mapa, nie pomaga w czytaniu. Trochę drażni, trochę irytuje. Z drugiej strony każdy „kwadracik” tekstu czyta się osobno, jakoś z większą uwagą. Dlatego też kolejne stadia rozpadu związku oddziaływają bardziej emocjonalnie, zostawiając czytelnika z pustką, może współczuciem, a na pewno rewizją własnych doświadczeń.


Agnieszka Budnik

[recenzja] Ataturk. Twórca nowoczesnej Turcji. Jerzy S. Łątka

„Jakże szczęśliwy jest ten, kto może powiedzieć, że jest Turkiem” mawiał często twórca świeckiej Turcji, Mustafa Kemal Atatürk. Najnowsza pozycja Wydawnictwa Poznańskiego ukazała się na rynku w momencie, gdy oczy zachodniego świata bacznie przyglądają się poczynaniom Ankary. Jednak Atatürk… z pozoru tylko jest opowieścią o życiu ojca tego narodu. Tak naprawdę to Książka przede wszystkim dla tych, którzy w choć minimalnym stopniu chcą zrozumieć fenomen, jakim w muzułmańskim świecie jest świecka Turcja.

 

Jerzy Siemisław Łątka dał się poznać jako jeden z najbardziej znanych polskich orientalistów, na jego koncie znaleźć można kilkadziesiąt pozycji traktujących o dziejach Imperium Osmańskiego, a szczególnie o okresie transformacji i europeizacji tego kraju.  Atatürk… nie jest tylko biografią twórcy Turcji, jaką obecnie znamy. Nie da się mówić o jej powstaniu, jak i o samym Mustafie Kemalu, bez zapoznania się z historią Osmani. Książka została tak skonstruowana, że nawet laik, nieorientujący się w historii tego regionu świata, będzie w stanie docenić fenomen, jakim była stopniowa przemiana tego kraju. Łątka umiejętnie wprowadza czytelnika w niuanse sytuacji panującej w Imperium Osmańskim na przełomie XIX i XX wieku – w państwie anachronicznym pod każdym względem, nazywanym przez inne mocarstwa europejskie „chorym człowiekiem” (skojarzenia z sytuacją I Rzeczpospolitej z końcówki XVIII wieku są tutaj jak najbardziej trafne). 

Czytelnik towarzyszy Mustafie Kemalowi podczas zdobywania kolejnych szczebli wojskowej kariery i formowania się jego kręgosłupa ideowego. Tłem dla tego wszystkiego są powolne przemiany zachodzące w upadającym Imperium. Kolejne rozdziały przybliżają nas do wydarzeń, które odegrały w życiu Ojca Turków duże znaczenie. Agonię Imperium Osmańskiego przyspieszyły udział tego państwa w I wojnie światowej i późniejsza interwencja Ententy. Atatürk okazał się jednym z niewielu tureckich dowódców, którzy okryli się w tamtym czasie chwałą. Łątka w przystępny, choć czasem nieco anachroniczny sposób ukazuje nam proces walki Kemalistów o nowy kształt Turcji. Zwycięstwo i ochronienie suwerenności państwa (choć zmniejszonego w stosunku do obszaru Osmani) pozwoliło Atatürkowi (w 1922 roku) na szeroką skalę rozpocząć modernizację kraju.  

Z czterech głównych części książki właśnie ta ostatnia, zatytułowana „Ojciec Turków”, wydaje się najciekawsza. To z niej dowiemy się m.in., jak trudne było zastąpienie tradycyjnego ubioru europejskim. Tak zwana. „awantura o fez” czy opis pierwszego pojawienia się Mustafy Kemala w zachodnim garniturze mogą bawić, pozornie wydają się śmieszne. W istocie jednak uświadamiają nam, jak głęboko ingerujące w skostniałe ramy społeczne i przyzwyczajenia były reformy przeprowadzone przez Kemalistów. Wprowadzenie alfabetu łacińskiego, nazwisk, przyznanie praw wyborczych kobietom, zniesienie kalifatu – to tylko niektóre ze zmian, jakie zaszły w Turcji pod rządami Atatürka. Zważając na specyfikę świata muzułmańskiego, trudno nie zwrócić uwagi na znaczenie i rangę tych decyzji. Obóz Ojca Turków świadomie poprowadził naród ku europeizacji i laicyzacji. Interesujący wydaje się sam proces zmiany znaczenia – dla mieszkańców regionu – słowa Turek. To również opisuje Łątka. Z naszego punktu widzenia Równie ciekawe mogą okazać się liczne odwołania do historii Polski (rzadko spotykany zabieg w biografiach), a także do zabawnych sytuacji związanych z meandrami naszej dyplomacji. Postać Mustafa Kemal Atatürka ukazana została przez Łątkę w sposób niezwykle barwny, choć styl, w jakim pisze autor może dla niektórych czytelników momentami wydać się nieco infantylny. W każdym razie bohater jawi się nam jako postać wybitna, nie zaś pomnikowa, za jaką uchodzi w swoim kraju. Przykładem może być np. jego podejście do używek, które dla wielu mu współczesnych muzułmanów było nie do zaakceptowania. 

Specyficzny system polityczny, jaki wytworzył się w Turcji w okresie dwudziestolecia międzywojennego ( i nadal w pewnym stopniu obowiązuje) oparty był na zasadach, do których należą: republikanizm, równość, sekularyzm, reformizm, nacjonalizm i etatyzm. Konsolidacja obywateli nowego państwa wokół idei narodowej była jednym z największych osiągnięć Atatürka. Książka Łątki, mimo braku odniesień do zmian, jakie zaszły w Turcji na przełomie wieków, jest pozycją, która z pewnością pozwoli zrozumieć nieco lepiej specyfikę tego kraju. Dewizą Republiki są słowa Mustafa Kemala „Pokój w Ojczyźnie, Pokój na Świecie”. Obserwując wzrost ambicji tego kraju warto mieć nadzieję, że przywiązanie jego obywateli do idei stworzonej przez Atatürka okaże się tak samo wielkie, jak ich miłość do twórcy świeckiej i laickiej Turcji. 


Mateusz Kalinowski

[recenzja]. Nie wiem. Patrycja Kopacka

Odnoszę wrażenie, że to, co klasyczne, modernistyczne i uznane za tzw. kanon polskiej literatury, autorka przetwarza poprawnie. Ale kompletnie odrzuca to, co w młodopoetyckiej twórczości najważniejsze, czyli bycie na bieżąco z językiem.

 

Książka Nie wiem to drugi tomik pochodzącej z Gorzowa Wielkopolskiego Patrycji Kopackiej. Obszerny jak na książkę poetycką, zawiera aż sześćdziesiąt pięć wierszy. Został wydany przez tamtejszy Związek Literatów Polskich z serii Biblioteki „Pegaza Lubuskiego” i dokładnie wpisuje się w charakterystyczny kształt literatury promowanej przez środowisko kojarzone ze Związkiem Literatów Polskich. Od Gdańska po Kraków, od Zielonej Góry po Lublin. Tendencja jest podobna – konfesyjna twórczość, skupiona wokół emocyjnej, rytmicznej narracji, przepełniona osobistymi fotografiami, obrazami, które z reguły pełnią rolę dopełniającego tła. Trochę tak, jakby wydawca obawiał się, że wiersz sam się nie obroni. Chyba tak.

Nie wiem to książka spójna treściowo, oparta na intymnej, refleksyjnej, chwilami nostalgiczno-sentymentalnej opowieści; na narracji, której punktem wyjścia jest opowiedzenie swojego kawałka świata, ale bez babrania się w jego bebechach, bez wywlekania na wierzch słodko-kwaśnych marginesów głównej opowieści. To raczej podzielenie się doświadczeniem, miłosnym i językowym. Książkę rozpoczyna wiersz dedykowany tacie. Pozbawiony tytułu, tak jakby już na samym początku książki Kopacka swój język, kontrapunkt chciała oddać czytelnikowi. Bez wskazywania punktów odniesienia, bez narzucania reżimu interpretacyjnego. Liczy się wiersz, tytuł wymyśl sam.

Człowiek jest jak jabłko.
Piękne, kolorowe, soczyste jabłko, które
czasami też zdarza się kwaśne,
z którego na końcu pozostaje tylko ogryzek.

Ten wypracowany w kolejnych wierszach wyjątkowy fatalizm, konstruowany za pomocą melancholicznego profetyzmu, pozwala podmiotowi znać finał całej sprawy, każdej sprawki. Prawie zawsze. Bo niby to intymne wyznania z jakąś specyficzną wrażliwością, z opowiadaniem miłosnych rozstrojów, historyjek, rozczarowań, ale jednocześnie za każdym razem mamy do czynienia z utworami bardzo, może nawet za bardzo konceptualnymi, pisanymi od-do, bez marginesu, bez nawet próby wychylania się za burtę pomysłów. A szkoda, bo udaje się jej pisać poza nawiasem: „Niedługo zaskoczy nas na nowo/ jasna łuna narodzonego poranka./ Zmywamy z siebie brud miasta” (wiersz „Wypełnieni nienazwaną energią wyruszamy…”).

Wolę bardziej powściągliwą lirykę, skupioną na słowie pisanym przez małe, a nie duże es. Wiersza nie czyni mechaniczne poszatkowanie tekstu na wersy, lecz wewnętrzna konieczność: emocyjna i rytmiczna. Patrycja często, ale zręcznie korzysta z wypracowanego i popularnego idiomu, kojarzonego nierzadko jako język poetycki. Wielkie litery, silne zmetaforyzowanie, budowanie narracji za pomocą mocnych, granicznych emocji. Wzniosłość i sentymentalizm bronią się jako zabiegi leksykalne, bo język młodopoetycki jest nimi przesiąknięty. Natomiast nadużywanie epitetów o negatywnym nacechowaniu (z symboliką śmierci, bólu i cierpienia) oraz przepełnienie tekstu metaforami dopełniaczowymi tworzą obraz spójny, ale i do bólu przewidywalny. Czy o to powinno chodzić komuś, kto dopiero wkracza na scenę poetycką? Chyba nie.

Od młodych autorów, tych którzy rzeczywiście mają aspiracje do bycia nazywanymi czujnymi obserwatorami „rzeczywistości”, oczekuje się czegoś więcej. I tym więcej jest wyczucie leksykalne, posługiwanie się aktualną wulgatą językową; tworzenie czytelnego obrazu, przekazu fair wobec rówieśników. Liczy się uwyraźnienie frazeologii, wyczucie fałszu, celowa (kiedy trzeba) falsyfikacja przekazu, jego wyostrzenie, konkretny rytm pytań i odpowiedzi. Zbyt łatwo można to wszystko rozwodnić za pomocą banalizacji, zapożyczeń od klasyków, uwsteczniania języka – chowając się za Świetlickim, Wojaczkiem i podobnymi. Ich już nie ma, czas znaleźć nowych przyjaciół.


Mateusz Dworek

[recenzja] Dusze jednodniowe. Karol Samsel

Mamy wtręty z francuskiego, łaciny i angielskiego, mamy specjalistyczne słownictwo z zakresu muzykologii – motywu dzielącego zbiór na kilka części – i bardzo obszernej listy innych dziedzin. Napotykamy nazwiska czołowych filozofów, aby podjąć z nimi dialog – tylko komu on służy?

Chcąc scharakteryzować język poezji Karola Samsela, nie trzeba daleko sięgać – podmiot liryczny wyznaje wprost: mój język jest zawiły, ale przytaknięcie temu twierdzeniu (co właśnie robię) i poprzestanie na tym byłoby pójściem na łatwiznę. Z jednej strony mamy piętrzące się metafory pełne odniesień, aluzji i metatekstowych nawiązań, które powinny budzić zachwyt swoją erudycją, a z drugiej – nie brakuje banalnych przenośni, jakby żywcem wyrwanych z niskonakładowych tomików kółka wzajemnej adoracji.

Można przejść niepostrzeżenie obok apostrof do niewiędnącego czasuzimy życiadrzewa życiaświatła swojego życiafontanny pyłu i morza strapień pod warunkiem, że przemknie się też jak uciekinier, po cichutku, na paluszkach, obok skrzętnie konstruowanych sformułowań. A przecież w czytaniu poezji nie o to chodzi, żeby jak najszybciej dotrzeć do ostatniej strony. Lektura poezji nie powinna przypominać zawodów szybkiego czytania, zza którego nie odsłoniłaby się żadna treść. Rzecz w tym, że w wierszach Samsela treści akurat nie brakuje – jest jej aż nazbyt wiele i trudno do niej dotrzeć przez wielowarstwowe metafory.

Jeśli, jak to uczyli nas w szkole, zatrzymamy się nad każdym wersem, by rozebrać go na czynniki pierwsze, nie od razu możemy dostrzec wszystkie mankamenty. Czytanie Dusz jednodniowych przypomina rozwiązywanie łamigłówki – każdą frazę traktujesz jak osobną zagadkę, po rozwiązaniu której czujesz się lepszy i mądrzejszy, więc zapominasz o ocenie wartości estetycznej samej treści „polecenia”. (Pomijam fakt, że rozkładanie wierszy Samsela na czynniki pierwsze przypomina spacer po grzęzawisku, przed którym powinna wisieć tabliczka ostrzegawcza: „bez przewodnika wstęp wzbroniony”).

Na tym polega zarówno siła, jak i słabość tej poezji. Siła tkwi w sprytnym przemyceniu nieudanych metafor, które nie od razu kaleczą oko w czasie lektury. Z kolei słabość daje o sobie znać dopiero po odłożeniu książki na półkę i przewietrzeniu pokoju (w którym od wytężonego wysiłku intelektualnego pewnie zrobiło się duszno). Wtedy czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, że został oszukany, bo pod ciężarem intertekstualności kryje się przecież wyświechtany język, naśladujący a to stylistykę biblijną, a to romantyczną dykcję z całym zapleczem formalnym – pytaniami retorycznymi, apostrofami, rzeczownikami pospolitymi pisanymi wielką literą (podobnie jak u, jakże uwielbianego przez Samsela, Norwida).

Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie doceniła niektórych wierszy czy fragmentów wyróżniających się świeżością i oryginalnością:
spode mnie wysypuje się człowiek.
wylewają ze mnie ojca.
zdejmują w pralni jego powłokę
i parzą oczy żelazkiem.
pod ziemią śmieje się bóg.
z mojego medalionu się śmieje.
z belek matko. z dwóch belek.
(Nokturn op. 9 no. 3)

Takich momentów, na szczęście, nie brakuje. I zdarzają się wersy przesiąknięte starodawną dykcją i archaicznym słownictwem, które oscylują wokół tematów nam współczesnych. Niestety jest ich zdecydowanie za mało. Toteż mówienie tym samym językiem o filozoficznych dylematach, przerobionych przez setki autorów w tysiącach utworów, powstałych na przestrzeni setek lat jest, w moim odczuciu, kolejnym powtórzeniem. Co innego, gdyby uniwersalne, nurtujące człowieka od zawsze problemy znalazły schronienie we współczesnej stylistyce.

Z 52 wierszy aż 15 (prawie 29%) rozpoczyna się cytatem, a gdyby komuś jeszcze było mało – poszczególne części książki otwierają kolejne przytoczenia. Do tego dochodzą rzucane bezpośrednio w tekstach nazwiska uczonych i artystów, żeby nie wspomnieć o ukrytych nawiązaniach do szeroko pojętej kultury. To wszystko każe nam sytuować Dusze jednodniowe w karbach abstrakcyjnego (pisanego koniecznie wielką literą) Dialogu, niedostępnego przeciętnemu czytelnikowi. Można złożyć pokłon przed erudycją i wiedzą Samsela, które są imponujące, nawet jak na doktora Uniwersytetu Warszawskiego. Jednocześnie współczuję, jeśli równie zaawansowanym językiem próbuje załatwić urzędową sprawę. Chociaż literatura nie powinna przemawiać dykcją pań/panów z okienek pocztowych, dobrze, jeśli podnosi poprzeczkę intelektualną, to jednak musi być zrozumiała, aby czytał ją jeszcze ktoś poza autorem i wydawcą.


Alicja Łukasik

[recenzja] Grząskie piaski. Henning Mankell

Sięgając po Grząskie piaski Mankella miałem ten komfort, że nie wiedziałem o jego życiu prawie niczego. O tytuł znawcy jego działalności artystycznej również nie zabiegałem – raptem jedna książka, ta z przygodami komisarza Kurta Wallandera z Ystad, przewinęła się przez moje ręce. Jeden kryminał z dwunastotomowej serii. Miałkie statystyki oraz blade pojęcie paradoksalnie wyszły mi na dobre.

 

Książek o chorobach i procesach walki z nimi ukazuje się na rynku wiele. Najczęściej są to poradniki bądź wspomnienia, które stanowią napisaną na jedno kopyto apoteozę optymizmu i dobrego samopoczucia, które nie tylko ciało, ale i świat uzdrowi. Nie mam zamiaru potępiać tutaj takich pozycji, gdyż jestem świadom, jak potrzebne i pomocne okazały się w życiu wielu ludzi. Jakkolwiek przydatne, główną ich domeną jest niska wartość literacka.

Mimo że to ostatnia książka w życiu Mankella, kończy się happy endem. Autorowi udało się połączyć sacrum z profanum, tworząc dzieło nierzadko sceptyczne, gorzkie i pełne ironii, ale niewyprane z nadziei. Według niego sensem szczęścia jest partycypacja, radość tworzenia i oglądania tego, co stworzyli inni. Właśnie takiej afirmacji życia nic nie było w stanie go pozbawić, żadna choroba ani nieszczęście.

Akcja powieści toczy się na dwóch płaszczyznach. Pierwszą są aktualne wydarzenia lat 2013/2014, czyli zdiagnozowanie nowotworu i początki leczenia chemioterapią. Wątki reporterskie, przybliżające czytelnikom kulisy życia ze świeżo odkrytym rakiem płuc, poprzecinane są opisem wędrówki w głąb własnego życia, czego przykłady stanowią wspomnienia wielu lat spędzonych w Paryżu oraz afrykańskim Mozambiku. Okrucieństwa wojny domowej i apartheidu zostały tu podsumowane przemyśleniami nad kondycją ludzkości.

Książkę otwiera wspomnienie wypadku samochodowego, z którego Mankell wyszedł bez szwanku. Ironia wybrzmiała dopiero później, gdyż to wydarzenie spowodowało serię badań, które doprowadziły do diagnozy. Dalsza narracja podporządkowana jest chronologii przebiegu chemioterapii oraz obserwowaniu i rejestrowaniu zmian, które zachodzą zarówno w sferze cielesności, jak i metafizyki.

Już na początku lektury moje myśli zaczęły krążyć wokół Dzienników Jerzego Pilcha i Balthazara. Autobiografii Sławomira Mrożka. Te dwie pozycje rodzimego rynku wydawniczego uważam za najwybitniejsze w kategorii powieści o doświadczaniu choroby. Mimo że Mankella od wymienionych pisarzy odróżniają przedstawione dolegliwości, zastanawiałem się, w którą stronę podąży szwedzki twórca kryminałów. Czy będzie to metafizyczne interpretowanie rzeczywistości, które terapeutycznie uprawiał Mrożek, opisując skutki afazji nabytej wraz z udarem mózgu, a może chirurgicznie precyzyjna obserwacja wszelkich fizycznych dysfunkcji, które coraz bardziej doskwierały ciału Pilcha ze względu na rozwijającego się Parkinsona. Mankell wybrał własną ścieżkę, gdzie groźba fizycznej śmierci jest motorem napędowym niejednej gorzkiej refleksji dotyczącej współczesnego świata.

Autor nie zajmuje stanowiska malkontenta, który nie może pogodzić się z zaistniałą sytuacją. Świadomie (a wręcz misyjnie) gra ludzkim przemijaniem, aby dokonać krytyki konsumpcjonizmu, politycznych potyczek między mocarstwami i obranych przez nie strategii atomowych. Mimo że jego życie znajduje się na szali, to z tekstu biją hipnotyzujący spokój i opanowanie. Wyraża się w tym całkowita zgoda z fatum, która prowokuje pragnienie wykorzystania wszystkich możliwych życiowych opcji. Przepełniony altruizmem Mankell traktuje motyw swojej śmierci jako platformę czy płaszczyznę, która zahacza o tematy ważniejsze, uniwersalne.

Najmocniejszą stroną Grząskich piasków jest balans między obawą (zwątpieniem), a optymizmem (potrzebą radości). Mankell odwołuje się do wspomnień i na zasadzie kontrastu zestawia doświadczenia smutku, szczęścia, strachu i radości. Bo jedno definiuje i określa drugie.


Damian Nowicki

[recenzja] Rozmowy młodej polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś. Andrzej Wasilewski

Rozmowy młodej polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś to prawdziwie groteskowa, powykręcana jak po dropsach, osiedlowa epopeja. Stanowi kronikę XXI wieku, będącą doskonałym świadectwem czasów ponowoczesnych. Książka, w skondensowanej formie oraz w sposób karykaturalny, przedstawia dresiarski żywot. Wydaje się on bezcelowy, bezsensowny i pełen stagnacji, a jałowość ta jest nieuświadomiona, być może jedynie podskórnie odczuwana przez bohaterów, których losy przybierają kształt komicznego absurdu.

Próżno doszukiwać się tu bogactwa językowego, błyskotliwych czy intrygujących sformułowania lub metafor. Książka Andrzeja Wasilewskiego jest bowiem zapiskiem całkowicie aliterackiej mowy ludzi młodych i gniewnych, i w tym paradoksalnie należy dostrzegać jej największą literacką wartość. Bohaterowie dysponują skrajnie ubogim słownictwem, braki leksykalne nadrabiają jednak niekonwencjonalnymi połączeniami „kurw”, „chujów” i „pierdolenia” – wyrażeniami w Rozmowach… maksymalnie wyeksploatowanymi. I choć tych pierwszych można doliczyć się aż 15541, nie są one odpychające i nie przeszkadzają w lekturze, wydają się w pełni naturalne. Tym wyrazem kończy się zresztą cała opowieść. „Kurwa” zatem dobitnie wybrzmiewa, szumiąc w uszach czytelnika jeszcze długo po zamknięciu książki. W Rozmowach… słowo to pojawia się niemal w każdym możliwym kontekście, pełniąc rozmaite funkcje. W kółko powtarzane wulgaryzmy tworzą rytm, czy też flowpowieści, dlatego podczas lektury sprawnie płynie się przez tekst. Poza bogatą „łaciną” i skrajnie zidiociałą treścią rozmów wszechobecna nonszalancja przejawia się także w niekonsekwentnie stosowanej ortografii fonetycznej i całkowitym braku interpunkcji.

Najistotniejszym elementem warstwy leksykalnej Rozmów młodej polski… wydaje się dialogowość. Wszystkie wydarzenia prezentowane są właśnie za pośrednictwem rozmów. Wiąże się to z ograniczeniem języka wyłącznie do roli komunikacyjnej. W tym przede wszystkim objawia się wcześniej wspomniana aliterackość. Mowa sprowadzona jest do funkcji najprostszych, przez co sprawia wrażenie pozbawionej wszelkiego metaforycznego potencjału, stanowiącego podstawę do interpretacji.

Powieść Wasilewskiego wprowadza nas w dresiarski mikrokosmos, którego centrum stanowi osiedlowa ławeczka. Wokół niej krążą nasi anonimowi „młodopolanie”. Ich łyse głowy orbitują, niczym planety dookoła słońca. To ona jest dla nich stałym punktem odniesienia, miejscem, do którego wracają po szalonych eskapadach maluchem po mieście czy wyprawach na halucynogenne grzybki do lasu. Jest przestrzenią poniekąd świętą – gdy grozi jej porąbanie lub choćby zbezczeszczenie poprzez obsikanie, bohaterowie stają w jej obronie. Mimo iż bezimienne, postaci w Rozmowach… są niejako upodmiotowione, przechodzą metamorfozy i na swój sposób dorastają, co przejawia się w ich zachowaniu i języku. W fabułę wprowadzają nas infantylne żarty fekalne, narzekania na szkołę i „starych”. W toku biegnącej nieprzerwanie narracji podejmowane są pierwsze, komiczne, życiowe decyzje. Następuje rozłam wśród zwartego jak dotąd „blokerskiego kru”. Powstają frakcje „koksów” i „dilerów”. Z czasem bohaterów zaczyna opuszczać młodzieńcza wesołość, coraz mniej jest żartów, coraz więcej narzekań na pragmatykę dnia codziennego. Dialogi stają się bardziej monotonne i bełkotliwe, zapewne za sprawą klubowego, wypełnionego „speedem” i „pigułami”, trybu życia.

Zawarte w tytule sformułowanie „młoda polska” stanowi, być może, celowe odniesienie2. Bo czy taniec wokół osiedlowej ławki, w rytm polifonicznego dzwonka telefonu komórkowego, nie jest na swój sposób tańcem chocholim, zwłaszcza gdy tańczą otępiali od narkotyków dresiarze? Już postmodernistycznym, bo w miejsce chochoła skrywającego tajemnice, przyszłą niewiadomą, mamy ławkę, czyli coś druzgocąco trywialnego i beztreściowego. Sto lat po Wyspiańskim, w XXI wieku, nie ma już złudzeń, karty zostały odkryte. Pokolenie żyjące w upragnionej, niepodległej Polsce nadal borykać się musi z podstawowymi problemami egzystencjalnymi. Jednak nowa, młodopolska generacja jest o tyle uboższa, że nie posiada już świadomości istnienia niepodważalnych wartości, a rzucona w relatywizm z góry skazana jest na beznadzieje.

„Młodość nie radość jak to gadają”.

1 Hoffmann Krzysztof, Niekońeczność końca [w:] Rozmowy młodej polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś, Szczecin, Wydawnictwo FORMA 2012, s. 133.

2 Ibidem, s. 134.


Dawid Grzelczak

[recenzja] Niesamowici bracia Goldberg. Wojciech Biedroń

Lektura „Niesamowitych braci Goldberg” roztacza przed czytelnikiem wielowymiarową panoramę XX wieku, widzianego z naszej rodzimej perspektywy. Zbeletryzowana biografia braci Jerzego Borejszy i Jacka Różańskiego pozwala spojrzeć nie tylko na ich szalenie interesujące biografie, ale i zmierzyć się z opowieścią o banalności zła, stopniowym upadku idei i ulotnym poczuciu władzy.

Wojtek Biedroń dotychczas był znany szerszej publiczności jako reżyser (In Flagranti, spektakle Teatru Telewizji), twórca teledysków grupy Myslovitz czy producent filmowy. Debiut książkowy (jakim są właśnie Niesamowici Bracia Goldberg) to w założeniu pierwsza część tryptyku opowiadającego o losach dokumentalisty śledczego – Wojtka.

Poznajemy go zimą 1980 roku, w momencie gdy przeprowadza wywiad z emerytowanym pułkownikiem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Józefem Różańskim. Kanwę książki stanowi rozmowa studenta dziennikarstwa z tym właśnie krwawym śledczym. Głównym tematem tej beletryzowanej rozmowy jest natomiast brat wojskowego – Jerzy Borejsza, twórca powojennej prasy i medialnego koncernu, jakim stała się Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”. Przemierzając kolejne strony, bez trudu wciągamy się w powieść. Do lektury zachęcają nie tylko kwiecisty język i barwne, sugestywne opisy, lecz także chęć odkrycia motywów subtelnej gry, jaką prowadzi Różański z młodym dziennikarzem.

Zanim zagłębimy się w powieść (wydaną przez Wydawnictwo WAB) warto rzucić okiem na okładkę, gdzie znajdziemy informację o tym, iż pierwowzorami bohaterów są doktor Jekyll i mister Hyde polskiego komunizmu. Na pierwszy rzut oka takie porównanie może zakrawać na tani chwyt marketingowy ze strony wydawcy, jednak po przyjrzeniu się konstrukcji książki i odkryciu losów bohaterów, zmienimy zdanie. Niesamowici bracia Goldberg tylko z pozoru są zapisem wywiadu młodego dziennikarza z emerytowanym „bezpieczniakiem”. Częste retrospekcje i zaburzenia chronologii pozwalają momentami odnieść wrażenie, jakby Różański z Borejszą zlewali się w jedność. To świadomy zabieg Biedronia, który jeszcze bardziej zachęca do zapoznania się z historią najsłynniejszego rodzeństwa pierwszych lat istnienia Polski Ludowej. Synowie Abrahama Goldberga, jednego z najbardziej aktywnych przedwojennych działaczy ruchu syjonistycznego, nie wybrali drogi ojca. Poznajemy odmienne losy braci, dla których tłem są najważniejsze wydarzenia polityczne XX wieku. Jerzemu Borejszy nie można odmówić ani błyskotliwości, ani charakteru. To właśnie on był pomysłodawcą powojennej idei tzw. „łagodnej rewolucji”, której celem było pokazanie, że socjalizm można propagować nie z pomocą karabinów i brutalnej siły, a za pośrednictwem kultury. W powołanym przez niego do życia wydawnictwie udało się stworzyć „stajnię” skupiającą dzieła wszystkich ważniejszych twórców polskiej literatury powojennej. „Czytelnik” zmonopolizował rynek prasy w kraju, a przez wielu uznawany był za państwo w partyjnym państwie (w szczytowym momencie należało do niego blisko 100 tysięcy autorów).

Jerzy Borejsza wykraczał szeroko poza spectrum widzenia typowych aparatczyków partyjnych. To dzięki niemu w Polsce kultura wstała z kolan, a on sam uznawany był, również za granicą, za jednego z racjonalniej patrzących na świat prominentów obozu socjalistycznego. Apogeum popularności i władzy Borejszy był zorganizowany przez niego we Wrocławiu Światowy Kongres Intelektualistów, zwołany w Obronie Pokoju. Gdy spojrzymy na listę uczestników, trudno wyjść z podziwu, gdyż prócz rodzimych twórców zaproszenie na Kongres przyjęli m.in. Fernand Léger, Pablo Picasso i wielu innych. Sukces tego wydarzenia nie przypadł do gustu komunistycznym decydentom. Borejsza był krytykowany za zbyt mały nacisk na podkreślanie zasług realnego socjalizmu w dążeniu do światowego pokoju przy jednoczesnym wychwalaniu twórców ze zgniłego zachodu. Kongres okazał się początkiem końca Borejszy, który stopniowo wypadł z łask najwyższych członków partyjnych.

Z zupełnie innej strony na kartach historii zapisał się Józef Różański. Na początku jawi się jako sympatyczny staruszek, jednak niech czytelnik nie da się zwieść pozorom. Ten przedstawiciel komunistycznego aparatu bezpieczeństwa dał się poznać jako bezwzględny śledczy, mający na swoim sumieniu wiele istnień. Chociaż Biedroń skąpi nam szczegółowych opisów występków Różańskiego, to jednak w subtelny sposób podkreśla proces przenikania zła do jego życia. Autor skupia się bardziej na wcześniejszych etapach egzystencji bohatera i drodze, jaką przeszedł, aby stać się jednym z najbardziej krwawych śledczych epoki stalinowskiej. Sam Różański podczas rozmów z młodym studentem dziennikarstwa stwierdza: „No widzisz, ja ci tu opowiadam o tobie samym, o twoim własnym życiu, gdyby przyszło ci żyć w opisanych okolicznościach i czasach. Jak już przekroczyłeś granicę milczącego sumienia, jak już raz się stoczyłeś, przeżyłeś tego adrenalinowego kopa towarzyszącego temu, że człowiek się odważył, to musisz bracie uważać… Możesz stać się nałogowcem”.

Proces stopniowego przenikania zła do życia głównych bohaterów jest wprost proporcjonalny do natężenia wydarzeń, które wstrząsnęły losami świata w XX wieku. Barwne opisy z pozoru nieistotnych dla bohaterów zdarzeń roztaczają przed czytelnikiem panoramę stosunków społecznych panujących przed II wojną światową oraz proces ich stopniowego załamywania. Porządek, jaki zapanował po zakończeniu wojny, i zmiany, jakie dokonały się w tym czasie w strukturze społecznej, znajdują odbicie także w losach bohaterów. Portret psychologiczny Borejszy i Różańskiego nakreślony przez Biedronia ukazuje nam, jak bardzo zmieniło się na przestrzeni paru lat podejście do wielu fundamentalnych dla człowieka wartości. Mimo kontrowersyjnych życiorysów wspólny portret braci Goldberg jawi się jako odbicie dróg i rozterek cechujących wielu, którzy poświęcili swe życie idei rewolucji – zarówno „łagodnej” serwowanej przez Jerzego Borejszę, kładącej nacisk na kulturę, jak i tej nasączonej brutalnością aparatu bezpieczeństwa, niepozbawionej jednak intelektualnego sznytu, jaki cechował Józefa Różańskiego.

„Jak tak na nas patrzę z perspektywy tych lat, to w gruncie rzeczy trzeba powiedzieć, że my obaj uosabialiśmy całe spektrum namiętności władzy. Mnie dogadzało, żeby się mnie ludzie bali, a Jurkowi, żeby go kochali. My obaj jak jeden książę Machiavellego”.


Mateusz Kalinowski

Pages