Artykuły

[recenzja] Poeta i duch wolności. Szkice o twórczości Stanisława Barańczaka.

Opublikowana tuż po śmierci Stanisława Barańczaka książka-zbiór Poeta i duch wolności. Szkice o twórczości Stanisława Barańczakato skondensowana próba opisu twórczości poznańskiego poety.

To pozycja o tyle ważna, że o Barańczaku, na dobre kilkanaście lat poprzedzających jego śmierć, właściwie zapomniano. Poeta był nieobecny w dyskusji o literaturze na samym uniwersytecie, Poznań nigdy nie próbował nawet „wykorzystać” figury Barańczaka do utworzenia nagrody literackiej, patronowania konkursom, stypendiom, czyli w taki sposób, w jaki w wielkim mieście powinno się korzystać ze spuścizny literackiej. Aż do jego śmierci. Po niej z imponującym rozmachem założono stypendium jego imienia, powołano do życia nagrodę literacką pod wspólnym patronatem z Adamem Mickiewiczem… i zaczęto pisać książki. Obok licznych wznowień tomików poetyckich powstała publikacja wyjątkowo rzeczowa, głęboko analityczna i ujmująca perspektywę znacznie szerszą niż tylko barańczakowa poezja. To pozycja „rzeczowa, krytyczna, nowoczesna i poważna”, cytując jej redaktora – prof. Piotra Śliwińskiego, a będąca pokłosiem konferencji „POEZJA I DUCH WOLNOŚCI”.

„Mało kto ma teraz tyle danych do życiorysu poety” – pisze o Barańczaku w jednym z esejów dr Marcin Jaworski. To zdanie, rzecz jasna, nie pozbawione kontekstu historycznego, specyfiki okresu PRL-u; co więcej jest to, zdaje się, zdanie kluczowym dla rozumienia Barańczaka jako figury literacko-politycznej. Jego życiorys, od angażu w Teatrze Ósmego Dnia i Komitecie Obrony Robotników, przez grupę Nowej Fali i w pewnym sensie przymusową emigrację do Stanów Zjednoczonych, po niepodważalną pozycję pisarza i tłumacza, jest przykładem trudnego i złożonego statusu polskiego inteligenta. Niezależnie od ciężkości obowiązującej doktryny Barańczaka nie rozumiano: zarówno przed, jak i po 89′. Nie dał się nigdy zaszufladkować jako pisarz-emigrant (o czym wspomina w eseju Implozja wiersza. A amerykańskiej poezji Stanisława Barańczaka dr Marcin Jaworski) w stylu Miłosza czy Karpowicza, a i po przesileniu politycznym zachował etyczną czujność słowa wobec nowego porządku. Zawsze w pogotowiu wobec fałszu.

Zbiór Poeta i duch wolności to potrzebna i wszechstronna próba uporządkowania barańczakowego stylu. To też lektura, którą z pewnością można polecić czytelnikowi bez względu na jego codzienny stosunek do literatury. Bo teksty Stanisława Barańczaka nadal znakomicie opisują świat, w którym żyjemy.

Mateusz Dworek

Książkę można nabyć na stronie WBPiCAK
 


 

[rozmowa] Marcin Mortka.

Polski Neil Gaiman? Być może. Ulubiony gawędziarz wielu fantastów? Na pewno, zwłaszcza tych najmłodszych. O świętym spokoju, strachu nieklasycznym i Mordorze Europy opowiada Marcin Mortka – tłumacz, nauczyciel, pilot wycieczek, przede wszystkim jednak autor książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych; zafascynowany Skandynawią, jej pejzażami i północną mentalnością. Rozmowa Justyny Mleczak.


Justyna Mleczak: Kiedy przeglądałam listę powieści i zbiorów opowiadań pana autorstwa, doszłam do wniosku, że nazwanie Pana „polskim Neilem Gaimanem” nie byłoby nadużyciem. Neil Gaiman stwierdził w jednym z wywiadów, że nie ma czegoś takiego jak zła książka dla dzieci. W jego twórczości, tej skierowanej do najmłodszych czytelników, pojawiają się wątki radosne i zabawne, ale też smutne i straszne. Podkreśla się, że literatura dziecięca powinna przede wszystkim służyć edukacji. Jak to jest z dziecięcą fantastyką? Czy można usprawiedliwiać „straszenie dzieci” edukacyjną funkcją grozy?

Marcin Mortka: Podchodziłbym do tego ostrożnie. Wszystko zależy od percepcji dziecka. Spotkałem się z komentarzami, że potwory spod łóżka, wiedźmy, i tak dalej, mogą być straszne i zniechęcać dzieci. Generalnie jestem wrogiem przekazywania jakiejś konkretnej postawy moralnej w książkach dla najmłodszych. Dziecko powinno mieć święty spokój, powinno zasypiać ze świadomością, że wokół wszystko jest poukładane. Książka może mu w tym pomóc. Jeśli opowieść jest fajna, wesoła, barwna, magiczna – to jest podstawa. Ewentualnie w to wszystko można wpleść morał, ale nie może on być nachalny, nie może się kończyć wbitymi dużą czcionką nakazami i zakazami, typu: „Nie wolno jeść po 22”. To zabija wszystko.

Jakie tematy może, powinna podejmować literatura dla najmłodszych?

Są takie sytuacje, kiedy tematy trudne zostają subtelnie wprowadzone do literatury dziecięcej; można to zaobserwować między innymi w twórczości skandynawskiej. Ni z tego, ni z owego pojawia się na przykład wątek miłości homoseksualnej. Jeden pan kocha się w drugim, a dziecko mówi: „Aha! Tak też może być!”. Z jednej strony może to budzić zgorszenie i zdziwienie. Z drugiej strony, jeśli podaje się na samym początku rozwoju pewne fakty, to być może unika się szoku w późniejszym wieku. Są więc rzeczy, które dziecko – każde dziecko – może odebrać źle, ale jednocześnie literatura dziecięca może służyć przybliżaniu wielkich spraw. Osobiście nie znoszę śmierci w książkach dla najmłodszych. Czy to było Porwanie w Tiutiurlistanie Żukrowskiego, czy Pies, który jeździł koleją (słynny Lampo, który ginie) – tego się powinno dzieciom oszczędzić. Sam jestem fanem Hobbita, w którym Thorin odchodzi, nie umiera. Pozostaje niedopowiedzenie. Gorzej, jeśli dziecko dopytuje, gdzie Thorin odchodzi. Jak mój syn. No i masz…

A co dorośli mogą znaleźć w książkach dla dzieci?

Znaleźć dla siebie? Zabawne jest to, że naprawdę bardzo dużo. Pisanie bajek jest dla wielu dorosłych sposobem odreagowania. Kiedyś zasiadałem w jury konkursu na blog z bajkami. Przysłano kilkaset zgłoszeń; większość autorstwa rodziców, którzy w metaforycznej formie radzili sobie z wrednym sąsiadem, natrętnym szefem czy innymi problemami życia codziennego. Pokazuje to, że ludzie mają potrzebę walki w ten właśnie sposób. Było to przedziwne, ale taki jest fakt.

Człowiek, odkrywając bajkę, przenosi się do świata dziecięcego spokoju. Świat ten ma rozmazane, magiczne kontury, a podział na dobro i zło jest jasny i czytelny. Z drugiej strony, wycieczki skandynawskich pisarzy w kierunku tematów trudnych pokazują, że w sumie nie ma co się pienić. Bajki to spokój. Święty.

Jest Pan autorem książek dla dorosłych, dla młodzieży i dla dzieci. Czym różni się praca nad powieścią dla dojrzałego czytelnika od tej nad literaturą dziecięcą?

Szczerze czy oficjalnie? To [pisanie dla dzieci – przyp. aut.] jest nudne. Przepraszam za wyrażenie, ale to nudne. Musimy zniżyć się do świata uproszczonych dialogów i banałów. Na początku taka praca odpręża. Pierwszych kilka bajek to czysta radość, a potem… nagle uświadamiasz sobie, że umysł nie jest w stanie wytworzyć nowych rzeczy, i zaczynasz gonić za własnym ogonem. Do połowy jest z reguły fajnie, od połowy zaczyna się mordęga. Cóż, matematycznie licząc: coś super i coś kiepskiego razem da nudę. <śmiech> Żartuję. Prawdę powiedziawszy, to nie jest praca, którą można jakoś przeżyć. Historia powinna być spisana wedle pewnych reguł. To nie tak jak przy pisaniu dla dorosłych, kiedy budzę się i zasypiam ze swoją opowieścią, myślę o niej non stop. Bajka to bardziej zlecenie. Natomiast jest jeszcze druga strona medalu. Dawno się przekonałem, że widok własnej książki na półce w sklepie nic nie oznacza, nie ma trąby, niebo się nie rozstąpi, nie pojawi się światło – to tylko produkt. Lecz kiedy przychodzi do mnie dziecko z moją książką i mówi, że to w ogóle jest super, to mu się podobało… po to się żyje. To chwila, kiedy raporty sprzedaży, punkty recenzji, komentarze na lubimyczytać nie mają żadnego znaczenia. A dla tego małego człowieka to kawałek życia. I jest to nieprawdopodobne.

Relacja autor – czytelnik dziecięcy rekompensuje całą „nudę”?

Niesamowita rzecz; to szlak wyszywany diamentami. Prosty przykład: spotkania autorskie. Dorośli przychodzą słuchać; nie mają pytań, taką mamy mentalność – nie wychylamy się. Dzieci nie mają skrupułów. Czasem takie rzeczy się słyszy, że to się w głowie nie mieści! Kiedyś miałem spotkanie w przedszkolu. Nagle wstaje dziewczynka i z przejęciem w oczach pyta: „Proszę pana! A bardzo się pan zmęczył, pisząc tę książkę?”. Myślałem, że z krzesła spadnę, rżałem jak koń.

Powróćmy jeszcze do strachu. W Miasteczku Nonstead mierzy się Pan z powieścią grozy. Po wydaniu książki w jednym z wywiadów przyznał Pan, że chyba nigdy nie zdarzyło się Panu „umierać ze strachu”, niemniej z lękami zmaga się Pan jak każdy. Czy Miasteczko to sposób na oswajanie strachu?

Nie, absolutnie nie. Pewnie, niektórzy pisanie traktują jako terapię, jak już wspomniałem, ale akurat Nonstead jest szczególny. Podziałał na mnie jak katalizator wszystkich „chorych” pomysłów, które przyszły mi do głowy, jeszcze z czasów młodości i sesji RPG. W Miasteczku zgromadziłem strachy, ale nie mogły to być strachy klasyczne, jak maniak z siekierą w lesie. Miał to być strach subtelny; coś, czego każdy z nas boi się najbardziej: kiedy znika element znanej nam rzeczywistości. Światło, odbicie w lustrze. Wstrząsa to nami głęboko. Przerażają nas rzeczy, których w codziennej rutynie często nie jesteśmy w stanie zarejestrować, aż nie zwrócą z różnych powodów naszej uwagi. Skąd te wrzaski u sąsiada? Dlaczego ten facet nieruchomo czeka na przystanku? Czemu telefon zadzwonił w środku nocy trzy razy? Gdyby się nad nimi zastanowić, zwykle można dojść do prozaicznych wniosków. Sąsiad miał zły dzień, skonany facet czeka na autobus, ktoś miał naprawdę pilną sprawę. Ale jeśli nie? Tu rodzi się podejrzenie i lęk.

Inna sprawa, kiedy wyjaśnienia nie ma. Do książki przemyciłem własne doświadczenie. Jest tam motyw, kiedy bohater słyszy miauczenie kota w swoim pokoju, a kota nie miał nigdy. Przeżyłem to samo. Byłem tak przerażony faktem, że w moim pokoju słychać miauczenie, choć nigdy nie tylko kota nie miałem, ale nie było tam nawet urządzenia, które te dźwięki mogłoby imitować. Do tej pory nie wiem, co to było. Może nic, może mi się wydawało – ale takie drobiazgi budują największą grozę.

Jakim jest Pan typem tłumacza: zimnym i zdystansowanym w stosunku do przekładanego dzieła czy wciągającym się w tłumaczoną historię, pochłoniętym opowieścią?

Zależy od książki. Zdarza się, że książka, którą przychodzi mi tłumaczyć, to niestety popłuczyny. Dotyczy to zwłaszcza powieści dla nastolatków, które bywają naiwne i nielogiczne, a wydarzenia nie wynikają z siebie. Irytujące. Albo przegięcie w kierunku romansideł. Źle takie pisarstwo znoszę, wręcz nie mogę tego strawić. Jednak są też powieści, które nawet pomimo tego, że poruszają nieciekawe tematy, są tak dobrze skonstruowane, że miewam wrażenie, jakbym sam coś pisał. Warsztat pozostaje ten sam – ja zawsze pracuję w pośpiechu – ale inny jest mój odbiór. Nie wiem, czy to zauważalne dla czytelnika, czy może on powiedzieć, którą książkę tłumaczyłem z większym bądź mniejszym zaangażowaniem; wolałbym, żeby tego nie było widać…

Kiedyś tłumaczyłem cykl marynistyczny Patricka O’Briana. Gdy moje drogi z wydawnictwem Zysk rozeszły się, przez chwilę nie wiedziałem, co teraz zrobię. W końcu kupiłem książkę, której nie dane mi było przetłumaczyć. Okazało się, że nie chodziło mi o brak zleceń, ale o brak fascynującej lektury. Teraz mam książkę i jest okej.

Czy jest jakieś dzieło, które chciałby Pan przetłumaczyć?

Nie. Chyba nie. Są natomiast książki, których cieszę się, że nie musiałem tłumaczyć. Przykładowo Filary ziemi Kena Folleta. Genialna książka, ale współczuję temu, kto musiał przebijać się przez wszystkie szczegóły architektoniczne, kulturowe, rozpiętość kilkuset stron; dziękuję bardzo. Chciałbym jednak zacząć tłumaczyć z języka norweskiego. Norweski jest dla mnie ożywczym językiem, świeżym. Jestem fanem Nesbø, cokolwiek w ręce mi wpadnie, natychmiast czytam. I bardzo zazdroszczę pani Zimnickiej [tłumaczka na język polski książek Jo Nesbø – przyp. red.].

Skoro sam już Pan nawiązał do Skandynawii i języka norweskiego… Co Pana szczególnie pociąga w tym kręgu kulturowym?

Wszystko! <śmiech> Wszystko, rany boskie! Nie wiem, czy jest jakaś moja książka, która choć w maleńkim stopniu nie nawiązuje do Skandynawii. Poważnie, wikingowie pojawiają się nawet przez chwilę w Karaibskiej krucjacie.

Skandynawia daje pisarzowi tysiące pejzaży. Tam właściwie wszystko jest pejzażem. Do tego niezwykłe zmienność i wyrazistość pogody. Niezwykłe okresy w historii. Wszyscy mówią o wikingach, tymczasem fascynujący jest czas II wojny światowej, z ich neutralnością, ale i ruchem oporu. Do tego dochodzi nieprawdopodobna mentalność, współcześnie wręcz unikatowa. Pogodzona ze światem, z życiem, fatalistyczna miejscami, rozwijająca się na każdą możliwą dziedzinę, z drugiej strony prowadząca do dewiacji, szaleństw… Nie mówię tu o Szwecji; Szwecja, przepraszam za wyrażenie, spieprzyła wszystko, co mogła, w politycznej, kulturowej i społecznej strukturze. Norwegowie, Finowie czy Islandczycy żyją bardzo cichym życiem, specjalizują się w zamiataniu pod dywan. Jest cicho, ale w ukryciu dzieją się tam straszne rzeczy. To taki… Mordor Europy.

Pracował Pan jako pilot wycieczek po Islandii. Nie kusiło Pana, by napisać przewodnik?

Nie, nie. Pisanie przewodnika to bardzo trudna sprawa. Musiałbym odwiedzić każde z miejsc, które opisuję, spisywać ceny, cuda-niewidy. Robota na lata. Poza tym takie rzeczy robi się na zlecenie.

A przewodnik fantastyczny?

Jeszcze więcej pracy. Musiałbym zaglądać pod każdą strzechę. Choć pomysł jest bardzo dobry. Sam mam magiczny przewodnik po Islandii, który wskazuje ślady obecności trolli w każdej miejscowości. Islandię przemyciłem do wielu powieści. I to musi na razie wystarczyć.
Rozmawiała Justyna Mleczak.


 

[recenzja] [beep] Generation. Tomasz Bąk

Trudno było nie polubić Kanady Tomasza Bąka. Autor, debiutując, był twórcą obscenicznie wręcz młodym, zaledwie 20-letnim. Książka broniła się sama, imponowała wyważonym komentarzem, dociekliwą obserwacją i efektywną konwersją miejskiej rzeczywistości. Sprawnie operowała kolokwialnym językiem, nie bała się zapożyczeń, zręcznie balansowała na linii pomiędzy społeczną analizą a kampową zabawą. Te zabiegi imponowały − większość młodych twórców literatury kastruje swoją twórczość z popkulturowych analogii (kosztem wątpliwej barokowości) bądź też operuje nimi w sposób niezgrabny, lapidarny, często efekciarski i kabotyński. Bąk odniósł w tej materii sukces, podobnej stylistyki oczekiwałem więc po ukazującej się po pięcioletniej przerwie [beep] Generation. Konwencja się zgadza, sęk w tym, że doprawiono ją wieszczym tonem, a atak popkulturowych cytatów został zmasowany do do tego stopnia, że wywołuje przeciążenie sensoryczne.

Niełatwo ocenia się ten poddany połowicznej autocenzurze tytuł w kontekście dzieła literackiego. Bąk ewidentnie więcej słucha, niż czyta; tym razem bije to z jego twórczości jeszcze mocniej niż w debiucie. Nawet jako zwolennik artystycznych hybryd z trudem absorbuję lawinę krótkich urywków, łączących zwulgaryzowany dialekt ulicy, korpomowę i idiosynkrazje alternatywnych scen muzycznych. Ironio losu – dawno nie spotkałem się z dziełem okraszonym równie adekwatną oprawą. Układający się w bombowiec kolaż czcionek, zdjęć noworodków i kartonowych nadruków obrazuje tak chimeryczność dzieła, jak i bojowe zapędy autora.

Pozornie schizofreniczność tomiku jest usprawiedliwiona. Bąk, jak cała wypikowana przez niego generacja, zdaje się znajdować na rozdrożach − krąży gdzieś pomiędzy beznadzieją miasta, z którego udało mu się wyrwać, jałowością realiów życia akademickiego, ponurym widmem korporacyjnej przyszłości i sparszywiałą fasadowością naszych surogatów w paralelnej rzeczywistości online. Dokumentuje on swoje fantasmagoryczne wizje, w których światy te zderzają się ze sobą. Coraz bardziej oddala się jednak od prawdziwego domu − którego przenikliwy portret był siłą debiutanckiego tomiku – anonimowego miasta i jego frapującego mikrokosmosu absurdów i osobliwości. W Kanadzie Bąk był częścią ulicy, nie do końca zaangażowanym w jej życie obserwatorem, sprawnie wtapiającym się w tubylczą społeczność. Niewiele pozostało w [beep] Generation z tej bachtinowskiej karnawalizacji. Zamiast tego Bąk wynosi się ponad infiltrowane kiedyś miasto. Zdaje się, że bombarduje je nawałnicą gorzkiej krytyki, jakby zasiadł za sterami widniejącego na okładce niszczyciela.

Niespecjalnie przekonuje mnie alter ego poety, przekornie ochrzczone „człowiekiem-pizdą”. Jego perypetie są klejem scalającym szkielet tomiku, nadającym mu formę koncept albumu. Człowiek-pizda zapowiadał się jak schodzący do zaświatów poeta z Boskiej komedii, przeprowadzający jednocześnie gorzką introspekcję podobną do tej z zeszłorocznej płyty To Pimp a Butterfly Kendricka Lamara. Sęk w tym, że w rzeczywistości podmiot aż nazbyt dosłownie urasta do swojego tytułu. Zamiast intrygująco zapowiadającej się katabazy, mamy festiwal zbierania razów od wrogo nastawionej rzeczywistości, nieprzemawiający, zwyczajnie przykry. Był to dość odważny i interesujący koncept, niestety okazał się wyzwaniem, któremu autor nie sprostał.

Począwszy od otwierającego tomik cytatu z Manic Street Preachers, Bąk torpeduje nas zapożyczeniami z tekstów utworów. Chwilami odnosiłem wrażenie, że mam do czynienia z czymś, co aspiruje do bycia literacką odpowiedzią na płytę Endtroducing… DJ’a Shadow, będącą niemal wyłącznie konglomeratem sampli. Bąk, na szczęście, wciąż ma dużo własnego kontentu, wciąż ma rękę do udanych frazeologii, aliteracji, pojawiających się z zaskoczenia kpiarsko lakonicznych rymów. Niestety, nie udało mu się w pełni odtworzyć synkopowego beat’u, który rozbrzmiewał w Kanadzie. Jeszcze dalej mu do pulsującej mantry Godspeed You! Black Emperor, którego nazwą ochrzcił jeden z wierszy. Rozedrganej maniakalności Bąka AD 2016 bliżej do zmierzającego ku całkowitej awangardzie jazzu, atonalnych manifestów no wave czy też post-hardcore’owego dysonansu, niż do spójności i dynamiczności choćby wspomnianego Endtroducing

Najjaśniejszym punktem wydaje się wiersz tytułowy. Jest to faktycznie udane nawiązanie do długich, prowokujących galerii pokoleń i środowisk w kontrkulturze przełomu lat 60 i 70. Coś pomiędzy rynsztokowością Sister Ray The Velvet Underground a surrealizmem Desolation Row Boba Dylana. Być może będąc pod wrażeniem tego klimaksu, z większym entuzjazmem reaguję na niektóre z kolejnych wierszy – Człowiek-pizda otrzymuje odpowiedź na anons zamieszczony na jednym z portali randkowych, 41 133 891 ft alley-oop pass czy Światowy Dzień Udaru Mózgu.

Bąk prowokuje tytułem – Tomaszów jest jak hand job. Problem w tym, że w mających znamiona swoistego credo, pisanych w pierwszej osobie liczby mnogiej wersach, trudno jest odnaleźć wytłumaczenie tej skądinąd ambiwalentnej metafory. Czytelnik będzie miał problemy z wydedukowaniem, czy rzeczony hand job jest rzeczą złą, czy dobrą. Dopiero tłumaczenie samego autora, że Tomaszów Mazowiecki to „tylko tyle i aż tyle” rzuca trochę światła na tą kłócącą się z dosadnością formy enigmatyczność. Coś, co mogło (bądź miało) przybrać postać manifestu, jest raczej wariacją, rozszalałym solilokwium.

Językowo dzieło Bąka to basen szyderstw i bluzgów, których adresatem często jest sam człowiek-pizda. Uzupełnia je imitacja, czy też emulacja, spauperyzowanego języka mediów – telewizji, radia, serwisów społecznościowych. Sęk w tym, że ten zabieg wściekle odziera [beep] Generation ze wszelkich estetycznych walorów. Wypowiedzianej przez Bąka wojnie brak splendoru, atakuje on swoją generację jej własną bronią. Kiedy jednocześnie prowadzi się też front przeciw językowo-literackiemu purytanizmowi, pozostawia się po sobie wyłącznie obraz smutnego pogorzeliska. W ostatnim wierszu, autor deklaruje chęć zalania Łodzi napalmem. Po pierwsze nie przekonuje mnie deklaracja, jakoby rzeczona metropolia miała być jego jedynym celem. Po drugie spodziewałem się, że u Bąka świat będzie płonął bardziej chromatycznym ogniem.

Maksymilian Nałęcz
 

 

[recenzja] Tego dnia. Joanna Roszak

Szósty już tomik pochodzącej z Poznania autorki można odbierać jako próbę poszerzenia języka poetyckiego o elementy, których Joanna Roszak dotychczas nie eksponowała. Tego dnia otwiera czytelnika na nowe doświadczenia, gra z jego prze(d)sądami dotyczącymi inspiracji nurtem poezji lingwistycznej. Brzmieniowe i znaczeniowe zabawy są tu równie ważne, co czujność, jaką autorka stara się zachować wobec rzeczywistości, którą należałoby tu rozumieć bardzo dosłownie – jako świat, gdzie określone koncepcje polityczne i społeczne wypierają inne.

To nowość w poetyckim idiomie autorki Wewe, choć kiedy patrzeć na ten zwrot z perspektywy nurtu, w jaki wpisuje się jej twórczość – raczej kolejny dowód na to, że rozumienie lingwizmu jako hermetycznej językowej szarady, dla której rzeczywistość istnieje wyłącznie w charakterze dostarczyciela koniecznych materiałów, wyklucza społeczny aspekt tej twórczości i deprecjonuje sedno jej wywrotowego charakteru. Kochankowie, stali bohaterowie wierszy Roszak, okazują się nagle ludźmi wrzuconymi do bardzo konkretnego świata, który zastawia na nich ideologiczne i myślowe pułapki. Być może takiej zmiany nie zapowiada jeszcze otwierający książkę wiersz jutro:
jak to jest
przyjść na świat
i go nie zastać,

Kolejne, z prawie pięćdziesięciu wierszy (dokładnie 49 utworów), jakie zmieściły się w tym tomie, mogą być dla czytelnika dotychczas wydanych książek poetyckich autorki Lele sporym zaskoczeniem.
(…)
w lipcowej zaspie
śpiewamy piosenki o antywojennym przesłaniu
przemierzamy przymierzamy przymierze
przeinaczone przeznaczenia

Kochankowie, dotychczas skupieni na tym, co osobiste, wewnętrzne, tym razem rozglądają się dalej niż tylko wokół siebie i swoich codziennych doświadczeń. Wciąż śledzimy ich opowieści, które jawią się nam jako historie drobnych, ale przecież równocześnie znaczących nieporozumień:

a skrupulatnie zbierałam twoje włosy
z dywanów mebli i umywalki
żebyś nie zauważył
że się starzejemy
ty zbierałeś moje
żeby było czysto.

Tę narracyjną drobnicę coraz częściej przecinają obserwacje, które wymagają od bohaterów innego rodzaju percepcji rzeczywistości, jak choćby w wierszu obok:

chłopiec siedzi rozpaczliwie na kartce
myląc listę zakupów z listą marzeń
na smyczy wyprowadza robaki.

Kolejną subtelną zmianą, która każe postrzegać Tego dnia jako rozwój poetyckiego idiomu Joanny Roszak, a nie tylko dobudowywanie kolejnych znaczeń do już stabilnej konstrukcji, jest bez wątpienia rozciągnięcie wspólnoty tak często goszczącego w tej twórczości „my” na wszystkie istoty żywe. To już nie tylko kochankowie i przelotni bohaterowie ich obserwacji, ale także psy, koty i inne zwierzęta. Tak jest w zaskakującej przemianie, w której:

zimą przeczytamy wiersze zwierzętom i rodzicom
może kolejnej zabiorą nas na arkę.

Przyjaźń, jaką w swoich wierszach proponuje Roszak, ów swoisty manifest gatunków stowarzyszonych ma przede wszystkim ocalać – człowieka, zwierzę, wspólnotę. Jest ucieczką i niezgodą na rzeczywistość, w której:

nauczyliśmy się
że na zewnątrz zawsze jest wojna
że na zewnątrz zawsze jest woda.

Nie można jednak powiedzieć, że poezja autorki Ladino nabrała jakiegoś eskapistycznego charakteru – to nie natura pięknoducha (pięknoduszy?) każe wyrażać sprzeciw, ale konkretny ból, jaki kryje się za dychotomicznym oglądem rzeczywistości. I choć wydawałoby się, że Tego dnia trzeba byłoby w takim razie określić jako najbardziej pesymistyczny z dotychczasowych tomików Roszak, to jednocześnie nie sposób zauważyć, że dla poznańskiej poetki język wciąż jest raczej narzędziem uwalniającym nas od iluzji, a nie ją podtrzymującym. Przeżywanie tego, co społeczne ma w Tego dnia wymiar jednostkowy – to żal i smutek, których przepracowanie możliwe jest wyłącznie w samotności, choć przecież czasem chciałoby się inaczej. Tak jak w wierszu imię:

nazwaliśmy psa kohelet
by codziennie przypominał
że 
są rzeczy jeszcze bardziej ostatnie

Tak jest też w karkołomnym utworze plagiatując doświadczenia ludzkości, który zamyka ten tomik. To próba stworzenia wspólnoty opartej na doświadczeniu, solidarności, która pomaga w zrozumieniu własnych uczuć i zbliżeniu się do innych ludzi i (nie)ludzi. W przywołanym wierszu autorka stara się skonfrontować to, co banalne z czymś wzniosłym, przeczuwając słusznie, że tylko w tym, co zwyczajne można odnaleźć rzeczywistą nić porozumienia z kimś, kto nie jest mną. To ważna myśl, bo świadczy o tym, że w swojej twórczości Roszak nie chce szukać wyłącznie voyeurystycznej przyjemności podglądania i podsłuchiwania, ale język jest dla niej narzędziem do poszukiwania i konstytuowania nowych sensów – nawet gdy te mogą się okazać trudne do zniesienia i zaakceptowania, jak we wspomnianym już wierszu plagiatując doświadczenia ludzkości, który kończy się słowami:

to nam spaliły się pasieki
wyczerpały formy zabezpieczenia przed bólem
rozszumiały dni i noce

rozkładamy bezradnie ręce
jak oni przed nami
i staramy się wiedzieć że to
powtarzalna kolej rzeczy.

Krzysztof Wojciechowski
 


 

[recenzja] Danke. Dominika Dymińska

Dymińska: Jeśli mi ktoś teraz powie, że napisałam złą książkę, odpowiem, że jest idiotą.

Dworek: Jestem idiotą.

Danke to druga powieść dwudziestopięcioletniej pisarki, obie zostały wydane przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Pierwszą było Mięso, odebrane wówczas jako głośna, bardzo medialna, ale jednocześnie pretensjonalna i słaba językowo książka. Drugie podejście, nazywane górnolotnie poematem, znajduje się gdzieś między prozą a poezją (bo w rzeczywistości mamy do czynienia z formą, będącą w zawieszeniu między tymi dwoma rodzajami). W obu przypadkach powtarza się pretensjonalny blurb Kingi Dunin („Jak można dziś napisać poemat romantyczny?! Właśnie tak”.), każdorazowo mocno przesadzony i przerysowany, ale stylistycznie jak najbardziej bliski książkom Dymińskiej. Mięso polecał też wcześniej Sławomir Shuty. Zamiast niego o Danke bełkocze aktor Jacek Poniedziałek („W poezji szukam syntezy. Tu ją znajduję. Lubię to! I proszę o jeszcze!”).

Druga próba eksplorowania literackiej przestrzeni przyjęła – jak wspomniałem – formę poematu, czyli 176 stron zdawkowych komunikatów z wydzielonymi tytułami. To raczej chowanie się za pojemną nazwą przy pomocy ostrego języka niż rzeczywiste nawiązanie do gatunku. Przyjrzyjmy się.

 

 

Po pierwsze: Życie

Autorka wielokrotnie deklaruje, że jej książka równa się sumie doświadczeń, i że pisać fikcji nie warto. Liczy się tylko rzeczywistość. Skupmy się więc na faktach, czyli na Życiu. Zacytuję w całości:

ŻYCIE

życie = rzeczy robione ze strachu/czynności
wykonywane ze strachu
pełne życie = namiętność + piękno

Niektóre rzeczy robi się z odwagi.
Ale mało.
Większość ze strachu.
A resztę z bezmyślności.
A resztę bez powodu.

Tytuł skojarzył mi się ze zmarłym kilka lat temu poetą Tomaszem Pułką, którego można by określić mianem symbolu nowej estetyki poetyckiej. On „życie” rozumiał tak:

przyjmować i odrzucać idee
jak aport psu

Co przekazuje nam Pułka? Przede wszystkim brak konceptualności sztuki jako obowiązujący dogmat;trywializację i upowszechnienie kodu językowego (dekonstrukcję, parafrazę, kolokwializację) oraz relatywizm zachowań. Niech zabrzmi ulicą: wyjęcie słowa spod prawa. Pisze o tym, że punktem wyjścia do wywołania apokalipsy może być najbardziej spontaniczna zabawa. Przyjmowanie/odrzucanie idei to też naprzemienne liryczne uniesienia i upodlenia, ale nie według jakiegoś wektorowego ruchu, tylko dowolnie zmienianych zasad. Dymińska wybiera zupełnie inną drogę. U niej, pomimo językowego wzburzenia pod postacią seksistowskich wyrażeń i zdawkowej formy poszczególnych wersów, mającej swoje źródło w krótkim, syntetycznym komunikacie, dominuje jednak formalizm. Zasadnicze, dogmatyczne zdania w formie równoważników są pisane od – do. Nie ma ruchu, energii, poszukiwania nowego (bez)sensu. Tam, gdzie Pułka oddaje pole do interpretacji komunikatu czytelnikowi, Dymińska stawia kropkę i nie pozwala na więcej niż to, co już napisane.

Po drugie: tematy ważne

Miłość to nie klub, tylko narzędzie przetrwania.

Danke podejmuje tematy polityczne. Bierze je na warsztat, podkreśla i wymienia. Przeplata „poemat” tematami aktualnymi (raczej nie politycznymi) z perspektywy bieżącego dyskursu popkulturowego: bulimią, seksizmem czy wszechobecnym konsumpcjonizmem. Szkoda tylko, że robi to za pomocą tak krótkich zdań/fraz, że jednocześnie sprawia wrażenie trywialności oraz infantylizacji problemu:

bulimia/secret ingrrdient/jak zwykle/dno/stop/
szczęście

Gdyby Dymińska spróbowała wydłużyć takie frazy, mogłaby napisać w kilku miejscach (zaznaczam: może) zręczne utwory-manifesty. A tak otrzymujemy gloryfikację świadomości politycznej na poziomie codziennych wiadomości w telewizji. Znowu: gdyby po każdym kolejnym słowie nie nadużywała entera, a próbowała poprowadzić język w kierunku zrozumiałej dykcji, syntetycznej liryki oznajmującej, mielibyśmy czytelny tekst publiczny. Zamiast tego dostajemy szczeniacki bełkot na poziomie esemesowej korespondencji.

I to wszystko dzieje się za pomocą niby-ironii mieszającej się z odpowiedzialnością oraz rozpaczliwego boju o podmiot w pozornie umacniającej go stylistyce lirycznego wyznania. Tematyka wierszy, wędrująca od właśnie wyznania, przez tematykę dojrzewania, emocjonalnych eksperymentów, po eksplorację różnorakich stanów psychicznych autorki, nie zaskakuje. Raczej nudzi
 

Mateusz Dworek
 


 

[rozmowa] Lubię patrzeć, jak językowym konserwatystom rośnie gul. Rozmowa z Tomaszem Bąkiem.

Maksymilian Nałęcz rozmawia z Tomaszem Bąkiem.

Tomasz Bąk (1991) – autor tomu Kanada (WBPiCAK, Poznań 2011) i [Beep] Generation (2016). Nominowany do nagrody głównej konkursu im. Jacka Bierezina (2009, 2010). Zdobywca nagrody głównej w konkursie poetyckim im. Klemensa Janickiego organizowanym przez Centrum Kultury Zamek w Poznaniu (2011) za tom Kanada (2011). Uhonorowany statuetką Silesiusa za debiut literacki (2012). Studiuje i mieszka w Łodzi.

Rozmowa odbyła się na początku 2016 roku.

Maksymilian NałęczRzucasz się w oczy jako komentator popkultury. Z jednej strony szyderca, z drugiej – jej dogłębny znawca, koneser, a więc i konsument. Z jaką reakcją spotyka się próba przełożenia tego języka na ramy poezji? Zabieg, wydaje mi się, często spotykający się z dezaprobatą, jakby łączono jakieś sacrum i profanum.

Tomasz Bąk: Nie wiem, czy ta – czysto hipotetyczna – reakcja może mieć jakiś (choćby i podświadomy) wpływ na moją poezję. Powiem więcej: całkowicie mnie to nie przeraża, po prostu. Nie widzę nic złego w czytaniu przysłowiowego Kawafisa, gdy akurat buforuje mi się kolejny odcinek Simpsonów. I nie sądzę, by ktokolwiek miał mieć mi to za złe, no chyba, że akurat miałbym kaprys, żeby opublikować jakieś wiersze w „Toposie”. Póki co jestem jednak wolny od takich perwersji.

M.N.: Miasto w literaturze jest często antagonistą, jakimś widmem nad autorem. U ciebie tętni ono życiem – pełne jest animacji i dźwięku. Jakie znaczenie miały dla ciebie miasta, które odbiły się na twoim życiu – urodziłeś się w Tomaszowie Mazowieckim, wiązałeś się z Wrocławiem i Łodzią.

T.M.: Uwielbiam i na swój pokrętny sposób pielęgnuję te antagonizmy – od walki o miejsca pracy, przez walkę o miejsca siedzące w pojazdach komunikacji miejskiej lub miejsca parkingowe, po walkę o dogodne miejsce na cmentarzu komunalnym. Czasem w nich uczestniczę, częściej – obserwuję lub nasłuchuję, bo ludzie są naprawdę cudowni i zdarzają im się zachowania o charakterze przynajmniej magicznym. Nie ograniczałbym jednak tego antagonizmu do przestrzeni jakoś przesadnie zurbanizowanych, o czym zresztą przekonał się każdy, kto próbował wypocząć na plaży w Łebie…

Jeśli chodzi o miasta mojego życia, to lista prawdopodobnie jest dłuższa i rozszerzyłbym ją na pewno o Lipsk, Pragę i Gdynię, ale zdaje się, że nie o to pytałeś. Tomaszów jest jak hand job. Tylko tyle i dokładnie tyle. Mam tam mnóstwo własnych ścieżek i ważnych dla mnie miejsc, a ponadto mieszka tam wielu ludzi, których mniej lub bardziej kocham, więc powroty tam są dla mnie absolutnie nieuniknione. A skoro muszę wracać, to staram się w miarę możliwości śledzić lokalne media, interesować się polityką samorządu terytorialnego czy zwyczajnie dopytywać zaufanych, by mieć jakiś ogląd sytuacji. Na ogół ubolewam. Wrocław był w moim życiu miastem absolutnie nowych doświadczeń i możliwości. Po czasie dopadła mnie smutna (choć miejscami pewnie budująca) refleksja, że nie wykorzystałem spędzonego tam czasu tak, jak wypadałoby to zrobić. Zdecydowanie mam tam swój unfinished business, co otwarcie sugeruje powrót – i mam nadzieję, że tak właśnie się stanie, ale pewnie nie wcześniej, niż w 2017 roku. A co do Łodzi, to sytuacja jest dość mocno złożona, bo z racji różnych nieprzyjemnych doświadczeń przez ostatnie kilka lat robiłem wszystko, by tego miasta uniknąć, a nagle puff!, studiuję i wynajmuję… Parę tygodni temu prawdopodobnie powiedziałbym, że to jedyne miejsce na świecie, którego szczerze i gorąco nienawidzę, ale teraz próbuję się tam jakoś zadomowić, zresztą ze zmiennym szczęściem. Myślę, że za jakiś czas będę miał na ten temat więcej do powiedzenia, choć zasadniczo nie planuję zapuszczać korzeni.

M.N.: Dużo jest w twojej twórczości muzyki – przejawiającej się jako aluzja tak w treści, jak i w rytmie samych wierszy. Czy jakieś konkretne fascynacje muzyczne przenikają do twojej liryki?

T.B.: Po głębszym zastanowieniu wychodzi na to, że konsumuję znacznie więcej muzyki niż poezji. Ponadto w tym roku tylko raz udało mi się napisać jakąś względnie sensowną formę bez podkładu muzycznego, ale wynikało to wyłącznie z braku dostępu do urządzeń, które mogłyby mi taki podkład zapewnić. Jeśli chodzi o fascynacje muzyczne, to zdecydowanie najlepiej czuję się w klimacie lat dziewięćdziesiątych – grunge, noise, emo, shoegaze, post-rock, post-hardcore, industrial, trip hop, stoner, dream pop… Od jakiegoś czasu dość aktywnie poszukuję młodych kapel, które brzmią dokładnie tak, jakby Kurt Cobain nigdy tak drastycznie się nie wyautował, a Billy Corgan nadal posiadał ten chłopięco-cherubowy urok z czasów „Siamese Dream”. I powiem Ci, że całkiem sporo się tego uzbierało: Basement, Silversun Pickups, Citizen, Balance & Composure, Superheaven, Speedy Ortiz, Turnover, Title Fight… Mam też to szczęście, że w ostatnich kilku latach udało mi się usłyszeć na żywo wiele ważnych dla mnie zespołów, wymienię choćby Radiohead, Pearl Jam, Helmet, Mogwai czy the Afghan Whigs.

M.N.: W twojej twórczości roi się od zapożyczeń: jest prime time, rzeczy są brilliant, piłkarze grają w soccer. Niektórzy postrzegają w tej amerykanizacji języka symptom jałowienia, pauperyzacji polszczyzny, uzależnienie od jakichś zewnętrznych sił. Czym jest dla ciebie flirt z anglosaską nomenklaturą, cytatami z piosenek, czasem korpomową?

T.B.: Jest próbą nadążenia za językiem może i niezbyt funkcjonalnym (w kontekście swojej roli nadrzędnej, czyli komunikowania się), ale na pewno funkcjonującym. Wspomniany flirt jest tak naprawdę zawoalowanym przyznaniem się do porażki – nie mam tyle władzy ani czasu antenowego, by kreować język na poziomie szerszym niż mój własny, więc przynajmniej próbuję utrzymać się w peletonie. Poza tym lubię patrzeć, jak językowym konserwatystom rośnie gul.

M.N.: Twoja poezja zaczęła zdobywać rozgłos, gdy byłeś w wieku nastoletnim. Co dziś uważasz za rzecz najważniejszą dla młodego twórcy, który chciałby się wybić?

T.B.: Prawdopodobnie nie byłbym zbyt rozchwytywanym autorem poradników, ale spróbuję sformułować trzy proste i skuteczne zalecenia:
1. Rozważ samobójstwo – tzw. przedwczesna śmierć dobrze robi na twórczość. Przecież masz w szafie koszulkę Joy Division, prawda?
2. Bądź cierpliwy/a. Ludzie, którzy mogliby konstruktywnie cię zjebać, prawdopodobnie są jeszcze w pracy.
3. Jeśli już naprawdę musisz to robić (a musisz?), to znajdź kogoś, kto robi to lepiej i zastanów się, jak to się stało, że on pięćdziesiąt lat temu wylądował na księżycu, a ty nadal składasz ze szwagrem meblościankę z Ikei. Inżynieria wsteczna jest kluczem do wszelkiej kreacji.

M.N.: Twój tomik Kanada ukazał się w 2011 roku. Czy coś zmieniło się w tej urbaniczno-popkulturowej rzeczywistości? Czy Kanada mogłaby powstać dziś, w roku 2016?

T.B.: Pozwolę sobie odpowiedzieć hurtem: teoretycznie – tak, praktycznie – niewiele i/lub wcale, a tak w ogóle, to marne szanse, by w identycznym kształcie. Pracuję obecnie nad drugim tomem wierszy, w związku z czym jakiś czas temu odświeżyłem sobie Kanadę właśnie i tak naprawdę, to niewiele chciałbym zmienić w moim debiucie – być może wyleciałoby kilka wierszy, ale nie sądzę, by było to szczególnie istotne dla odbioru całości. Myślę, że jest to całkiem sensowny i prawdopodobny zapis rzeczywistości jak na tamten czas. Gdybym usiadł w tej chwili do przepisania tej książki z mocnym postanowieniem poprawy, to zapewne plastykowe ostrze mojej poetyki skierowane byłoby także w kilka innych stron, ale to wszystko. Zresztą to już tylko bezpłodne gdybanie, bo nie ma dla mnie powrotu do Kanady.

M.N.: Kontynuując ostatnie pytanie, czego można oczekiwać po rzeczywistości 2016 roku i po twórczości Tomasza Bąka w 2016?

T.B.: Istnieje dość realne zagrożenie, że z racji różnych projektów, które mają stać się ciałem właśnie w 2016 roku (oraz świętowanego przeze mnie dwudziestopięciolecia pracy twórczej), będzie mnie nieco więcej w przestrzeni publicznej. Z tego, co wiem, obecny rząd poważnie rozważa wprowadzenie stanu wyjątkowego właśnie z tego tytułu. Nie jest to jednak jedyny możliwy scenariusz wydarzeń. Bardziej realna prognoza rzeczywistości a.d. 2016 zakłada absolutny koniec historii. Wtedy wszystko będzie wyglądało dokładnie tak, jak zawsze – napiszę od trzech do pięciu umiarkowanie udanych wierszy i odczytam je na jednym, góra dwóch spotkaniach z czytelnikami. Jest też wariant optymistyczny i ekologiczny zarazem, ale nie wiem, czy można go traktować śmiertelnie poważnie. Może się bowiem zdarzyć, że skorzystam z jedynego atutu wynajmowanej przeze mnie kawalerki i sprawdzę, jak to jest być bohaterem pewnej dość znanej piosenki (przez parę sekund, ale zawsze). Mam nadzieję, że mój psychiatra nie przeczyta poprzedniego zdania. Cokolwiek by się jednak nie działo – widzimy się!

[recenzja] Twarde O. Rafał Kwiatkowski

Chcecie poznać Twarde O? Przygotujcie się na mocne uderzenie, semantyczną hekatombę, nierytmiczne pląsania i symbolizm z dupy z nasionkami w tle. Będzie kontrast, dużo kontrastu, a do tego dysonans, zgrzyt i jeszcze więcej kontrastu. Kwiatkowski w swoim debiucie nie stara się być łatwy ani przyjemny.

 

Tradycyjny podział na formę i treść ma się nijak do tych sześćdziesięciu dwóch stron, które są zapisane słowami łączącymi się ze sobą w najdziwniejszy z możliwych sposobów. Język jest dla autora plastycznym tworem; ma się wręcz wrażenie, że bierze on wszystko to, co znamy – wszystkie językowe schematy i przyzwyczajenia, krainę signifié signifiant – zlepia w bezkształtną bryłę i na naszych oczach raz po raz formuje ją w niezwykłe kształty. Dla kogoś, komu nieobcy jest Wittgenstein, nie tyle owe kształty, ile sposób, w jaki się one z umysłu Kwiatkowskiego wyłaniają, nie będzie obcy. Czy jednak to wystarczy, by tworzyć dobrą poezję?

Twarde O to debiut jak na współczesne standardy dość późny – tomik został wydany przez trzydziestodwuletniego podówczas twórcę. Stało się to w roku 2011, dzięki Fundacji na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza. Związki autora z jednym z najwybitniejszych polskich poetów lingwistycznych nie kończą się zresztą na nazwie wydawnictwa; nie dość, że na samym początku tomiku przeczytać możemy: Nagroda w I Ogólnopolskim Konkursie im. Tymoteusza Karpowicza za autorską książkę poetycką, to od poszczególnych utworów naprawdę czuć zapach Trudnego lasu czy Odwróconego światła. Nie dziwi więc specjalnie to, że akurat Rafał Kwiatkowski okazał się w tych zmaganiach z językiem najlepszy, chociaż nie był on pierwszym, ani nawet dziesiątym poetą, jaki odważył się na takie zabawy (bo przecież na myśl nasuwa się nam i Buczkowski, którego Niech się miele jest myślą przewodnią tomiku, i Wirpsza, i Apollinaire, i nawet wielcy Joyce i Barańczak, i młodzi Cyranowicz i Lipszyc, i tak dalej).

Ale dość już odwołań, bo od jakiejkolwiek strony nie spróbować by ugryźć Kwiatkowskiego, nie można odmówić mu oryginalności. Jakkolwiek sam kierunek, w którym podążył, nie jest może już dziś aż tak nowatorski jak na początku XX wieku, to autor zasługuje na uznanie za co najmniej ową inność… i ciągłe zaskakiwanie. Kiedy po lekturze kilku wierszy zdaje się nam, że już odkryliśmy klucz, nieomal mistyczny kod, dzięki któremu rozszyfrujemy tajne przesłanie Twardego O, okazuje się, że Kwiatkowski zwyczajnie wpuścił nas w maliny. I widać, że go to bawi; ciągłe mylenie tropów, wstawianie fraz, których wstawić nie można, wypatroszanie języka, ujawnianie jego słabości i, żeby czytelnik nie zdążył się zanadto do niczego przyzwyczaić, czynienie z tej słabości siły. To wszystko pole, w którym czuje się on jak ryba w wodzie… albo może ryba w stole bez znaczeń, bo pewnie jakoś tak sam by to ujął (albo nie, pewnie zrobiłby to inaczej, bo jeśli w czasie tej lektury zaczynamy się czegoś spodziewać, z pewnością tak się nie stanie). Nie chcąc być oskarżonym o gołosłowność, nie mogę go nie zacytować:

Nie pytaj, które nie. Nie wiem. Próbuję nauczyć się liczenia
od tyłu, od czegoś większego –
odliczyć nienadaremną część. A ty co. Pokazujesz
nowy kwiat
wysoko nad przepaścią zerwanej
podłogi. A ty co, zmiana dekoracji przebiega bez zakłóceń,
no nie.
Jeszcze tu kliknij, może się otworzy
.

Zdaje się, że poszczególne frazy żyją własnym życiem. I jeśli chcielibyśmy cokolwiek w twórczości Kwiatkowskiego interpretować, to właśnie je. Bo klucza do zrozumienia całości nie ma. Podobnie jak nie ma miejsca na ścianie z Hakotelu – Nadal nie można na niej nic/ położyć, co najwyżej powiesić wyraz/ albo dodać”. Znaczenia są płynne – rozmywają się, jeśli im na to pozwolimy. Jeśli rację miał Wittgeinstein w stwierdzeniu Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata, to świat Kwiatkowskiego musi być niezwykle rozległy. Czy jednak, powtarzając pytanie postawione na początku, to wystarczy, żeby tworzyć dobrą poezję? Odpowiedź każdy czytelnik musi znaleźć sobie sam. Jest to z pewnością kawałek sztuki niełatwej w czytaniu i zwodniczej, jednak napisanej niezwykle sprawnie. I chociaż różni się ona drastycznie od poezji, jaką zaliczam do tej ulubionej, to nie mogę zaprzeczyć, że rozgryzanie Twardego O jest aktem wyjątkowo interesującym.

I żeby było nim choć jeszcze przez chwilę, kolejna, ostatnia już porcja Kwiatkowskiego:

A
gdzie jesteś, kiedy odnoszą mi te odniesienia
odnośnie twoich odejść. Jak dobrze jest wreszcie odnaleźć
siebie w brudnych podpisach. Odnależć, czyli zgubić, bo nie
ma nic do od. Albo od do. Dozwolone zwolnienie –

 

Marek Jura
 


 

[recenzja] Niższa szkoła jazdy. Bajan Szyrianow

Skrajny kolokwializm, narkotyczne wizje i platoniczny seks – wszystko to można znaleźć w książce Bajana Szyrianowa. Tekst, mimo że nie zachwyca głębią, posiada pewną dozę chemicznego mistycyzmu.

 

Pierwsze odczucia? Uciekać! Spalić! Solą zasypać, czosnkiem obłożyć. Nie czytać… A w miarę jedzenia apetyt nie rósł. Dopiero po zrozumieniu swoistego dla tej grupy slangu, można odczytać historię, lecz tylko powierzchownie. Procesu nie ułatwiają opisy seksualnych deprawacji, które wprawiają bardziej w zakłopotanie, niż zachęcają do pogłębienia tematu.

„Powieść w nowelach o narkomanach,
dla samych narkomanów i zainteresowanych”

To o narkomanach czy jednak o narkomanii? Imiona, choć występują, wydają się zbędne. Nie ma co doszukiwać się psychicznego rozwoju bohaterów. Opowieść dotyczy przede wszystkim cytowanego „grzania w kanał” i następstw z nim związanych. Autor nie szczędzi barwnych i rozległych opisów, ale po co? Dla trzeźwego umysłu efedrynowe halucynacje nie mają, i nie powinny mieć, najmniejszego sensu. Wypaczą mózg i wzbudzą podejrzenia odnośnie trzeźwości pisarza – na jakim „haju” musiał być, by w ogóle wpaść na tak kreatywne pomysły.

Na pochwałę zasługuje natomiast znajomość nazw, pojęć i zasad postępowania związanych ze sprzętem laboratoryjnym, czego nie powstydziłby się rasowy chemik. Szczegółowość, o jaką zadbał pisarz, potrafi zaskoczyć. Wszystkie zawarte w książce opisy syntez narkotyków, choć prymitywne, mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, a wiedza, jaką dysponują postacie, odpowiada co najmniej dwuletniemu stażowi w pracy laboratoryjnej. Brak w tym jednak realizmu, ponieważ chemik, nawet po trzech latach nauki, nie potrafiłby przewidzieć mechanizmów pewnych reakcji, a naszym narkomanom się to udaje. Nie tylko wiedzą, co dzieje się w ich reaktorze, ale również potrafią ten proces udoskonalić. Podjęte sposoby oczyszczania i krystalizacji produktów na tle wulgaryzmów i zwierzęcego zachowania wyglądają raczej absurdalnie. Wszystkie te sprzeczności zauważy jedynie osoba obeznana w temacie. Dla innego czytelnika będzie to tylko niezrozumiały opis pewnych czynności. Chemiczny język jest zbyt trudny, nie ułatwia go seria niekończących się, wyszukanych epitetów. Autor powinien pomyśleć raczej o zamieszczeniu słowniczka dla niewtajemniczonych w narkomańskie arkana, ponieważ próby tłumaczenia tego w tekście głównym jeszcze bardziej komplikują rozumienie tematu.

Opis książki mówi: „Niższa szkoła jazdy, czyli romans z efką, znaną także jako efedryna”. Pisarz powinien przemyśleć znaczenie słowa „romans”, ponieważ bardziej przypominało to molestowanie. Postacie efką nazywają perwitynę – metamfetaminę – zsyntetyzowaną z efedryny, a nie samą efedrynę. Nie wiem, ile w tym przekłamaniu było celowości, a ile przypadku. Na pewno jest to wygodniejsze rozwiązanie, ponieważ słowa brzmią podobnie, lecz są niepoprawne. Nielogiczne jest także zachowanie jednego z głównych bohaterów, który początkowo pracował jako laborant chemiczny, ale po dwustu stronach „zapomniał” podstawowych praw chemicznych.

A co z tej lektury może wynieść czytelnik? Nie wiem, czy to pytanie kiedykolwiek przestanie być dla mnie zagadką. Nikła fabuła i zbyt wymyślny język sprawiają, że współczuję tłumaczowi. Jeśli kryminały Szyrianowa zostały napisane w podobny, „przemyślany” sposób, to nie dziwię się, że nie zyskały rozgłosu.
Komu polecić? Chemikom, przyszłym: narkomanom lub producentom, którzy mogą się czegoś nauczyć. Dla całej reszty różowa okładka powinna być wystarczającym motywem odstraszającym.
Sara Górka
 


 

[recenzja] Świat na językach. Red. Piotr Śliwiński

Na początku tego roku na rynku wydawniczym pojawiła się kolejna praca zbiorowa poświęcona współczesnej poezji. Książka pod redakcją Piotra Śliwińskiego, jednego z bardziej rozpoznawalnych znawców poezji właśnie, krytyka literackiego, profesora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Już sama postać redaktora tomu Świat na językach (która to pozycja, nomen omen, ukazuje się w serii Wielkopolskiej Biblioteki Poezji, redagowanej z kolei przez kolejne znaczące nazwisko dla współczesnej poezji – Mariusza Grzebalskiego) zapowiada i określa charakter publikacji – syntetyczny, rzeczowy i naukowy, bo współtworzony z badaczami literatury i Zakładem Poetyki i Krytyki Literackiej Instytutu Filologii Polskiej UAM.

 

Książka jest zbiorem szkiców poświęconych autorom urodzonym w okolicach lat 60. oraz dwóm poetom nieco starszym, acz niezwykle ważnym dla świadomości młodszych pisarzy. Mowa więc o Dariuszu Sośnickim, Andrzeju Sosnowskim, Marcinie Sendeckim, Dariuszu Susce, Edwardzie Pasewiczu, Marcinie Grzebalskim, Darku Foksie, jedynej kobiecie obecnej w zbiorze – Julii Fiedorczuk, Jacku Podsiadle oraz pisarzu-drogowskazie pokolenia (przy całej świadomości ułomności i nieścisłości tego pojęcia) – Piotrze Sommerze.

We wstępie pod dość znamiennym tytułem, wiele mówiącym o tonie, w jakim utrzymane są poszczególne teksty (Cudowne roczniki), Piotr Śliwiński tłumaczy, dlaczego poeci żyjący w tym właśnie okresie historycznym są tak istotni dla współczesnej poezji, mając na nią przemożny wpływ przez wprowadzenie do liryki zupełnie nowych tematów i soczewek, warunkujących sposoby percepcji i pojmowania rzeczywistości:

(…) poeci dzisiaj mniej więcej pięćdziesięcioletni, bardzo zróżnicowani, w często znakomity, wręcz porywający sposób przenieśli poezję polską z okresu heroicznego w czasy normalności. (…) czy – wobec wykluczenia koniunktury jako sprawczyni uprzywilejowanej pozycji roczników sześćdziesiątych – można sformułować przypuszczenie, że lata 60. były z jakiś względów szczególnie żyznym podłożem przyszłych poetów? Gdyby szukać powodów racjonalnych, to trzeba by pójść tropem oczywistości historycznych czy socjologicznych, odgrzebać kryterium pokoleniowe, raz jeszcze przypomnieć doświadczenie, które rozmaicie, lecz jednakowo intensywnie oddzielało na grupę, z grubsza biorąc, rówieśników. Nie myślę o doświadczeniu komuny i głębokiego przeistoczenia rzeczywistości, lecz raczej o przeżyciu odmienności położenia i konieczności zredefiniowania poezji, które stało się udziałem ludzi na przełomie lat 80. i 90. mających najwcześniejszą lub zgoła wczesną młodość za sobą; jeszcze młodych, lecz już dorosłych; wychowanych – tak czy owak – na Nowej Fali i Herbercie, ale od pewnego momentu – momentu odkrycia, że kontynuacja stała się nierealna – pozbawionych mistrzów; zmuszonych, czy wybranych do tego, by poezję współczesną napisać samemu. Nowość jako doświadczenie egzystencjalne [podkreślenie moje – A.B.], również jako podnieta estetyczna, dotyczy jedynie doświadczonych, obdarzonych, czy też obciążonych pamięcią, z biografią, która zaczęła się już pisać1.

Kategoria nowości pojmowanej jako doświadczenie egzystencjalne wydaje się więc kluczem do interpretacji twórczości poetów, o których mowa w książce − twórców chcących mówić o doświadczeniu prywatnym, człowieku osobnym. Nowość ta objawiałaby się właśnie w świeżym spojrzeniu na otaczającą ich codzienność, w skupieniu się na przedmiocie i powszednich, prozaicznych sytuacjach, co – jak punktuje Paweł Mackiewicz w szkicu Nie ze słów (trzej panowie S.) – czyni, szczególnie reprezentatywny dla wspomnianego okresu w historii poezji, Piotr Sommer. Tu w odniesieniu do utworu Poruszenie: „Dla wiersza przeto ważne będą: osadzony w czasie szczegół, konkret, swoiście sytuacyjny sposób postrzegania rzeczy i zjawisk przez podmiot mówiący, być może również językowa zależność przekazu od okoliczności wypowiadania”2.

Wróćmy jeszcze na chwilę do słów Śliwińskiego: „(…) poetki i poeci w wieku średnim to w naszej liryce – mocnej, a jedynie za słabo czytanej – potęga. (…) Bez tych wierszy i tych interpretacji nie pozostałoby nic, jak tylko – mówię serio – zwariować”3. W tym miejscu zarysowuje się pewien problem. Takie pojmowanie poezji paradoksalnie zakłada odcięcie się od twórców młodych (gdzie „młody”, to także pojęcie szerokie, przyjmijmy jednak, że mowa o poetach urodzonych w okolicach 1985 roku i młodszych), czających się gdzieś w cieniu wyniesionych na piedestał tuz, aż do czasu zaprzestania przez wielkich poprzedników parania się słowem – a więc jeszcze, z grubsza licząc, przez najbliższe 10–15 lat. Wtedy to dziś tworzący młodzi zostaną momentalnie wrzuceni na zwolnione przez poprzedników, chcąc nie chcąc, muzealne miejsca. Tuzy zaś zawitają do bibliotek. Wydaje się, że taka też droga twórcy – od salonu, przez bibliotekę, do kanonu.

Sam fakt ukazania się takiej publikacji jest dosyć problematyczny przez trudności we wskazaniu odbiorcy. Nie jest to do końca książka stricte naukowa, ale ciężko nazwać ją również popularno-naukową, będącą luźną prezentacją krytycznych esejów. Oscyluje między quasi-akademickim podręcznikiem a rzetelną, subiektywną próbą określenia poetyk i zakreślenia horyzontów myślowych poszczególnych twórców. Bardzo wyraźny jest tu także aparat filologiczny, z całą jego złożonością i zawiłością terminologiczną, co mimochodem przyczynia się do budowania wspomnianej wcześniej „muzealności”. Wytwarza się coś na kształt skansenu poetyckiego, poezję czyniąc dobrem elitarnym, trudnym do odbioru bez określonego wykształcenia, a więc w konsekwencji paradoksalnie ogranicza się w ten sposób odbiór, dokonując naturalnej selekcji czytelników.

Świat na językach jest z pewnością książką wartościową, to nie podlega wątpliwości. Grono osób, które może ją za takową uznać, jest po prostu szalenie wąskie, bo publikacja dociera do tych niewielu wśród czytających poezję w ogóle, którzy posługują się sprawnie słownictwem naukowym. Publikacja staje się więc przystępna krytykom, osobom o wykształceniu humanistycznym i nielicznym „zajawkowiczom”, zaczytującym się namiętnie w raczej hermetycznych językowo esejach Michała Pawła Markowskiego. Dobrze jednak, że profesjonalne publikacje poświęcone poezji w ogóle się ukazują, bo każda systematyzacja wiedzy, każda podpowiedź krytyka i każde wykazanie poetyckich obsesji artystów jest cenne dla interpretacji, jak i po prostu – wiedzy o świecie. Poeci przecież opisują właśnie otaczającą nas rzeczywistość i powszedniość. Twórcy lat 60. niejako takie spojrzenie wyeksponowali, na trwałe zmieniając perspektywę, dokonując pewnego przeformułowania postrzegania poety i polskiej poezji po 1989 roku, skupiając się na strukturze słowa i doświadczeniu codzienności, na dostarczeniu nowych tematów współczesnej liryce. Dlatego też warto o poetach tych czytać i próbować zrozumieć ich na nowo. Dobrze więc jeszcze raz pochylić się nad ich wierszami i przez świeże odczytania przekonać się, że poetyki tych twórców, choć wielokrotnie opisane już przez krytykę literacką, mają w sobie niesamowitą aktualność i pozwalają na ciągłe wynajdowanie w wierszach czegoś nowego, interesującego i inspirującego.

1 Świat na językach, red. P. Śliwiński, Poznań 2015, s. 5.

2 Ibidem, s. 9.

3 Ibidem, s. 6.

Agniesyka Budnik
 


 

[recenzja] Maszyna do czytania. Dorota Koman

Zacznijmy od twardych faktów – Maszyna do czytania to zbiór wierszy pochodzących z wybranych publikacji książkowych Doroty Koman. Ukazał się pod redakcją Wydawnictwa Iskry. Książkę można nazwać rozkładem jazdy przez wybrane utwory z siedmiu publikacji poetki (w tym tytułowej Maszyny do czytania), redaktorki, recytatorki i krytyczki literackiej. Jest bardzo długa, liczy 287 stron; została opatrzona czułymi komentarzami, m.in. Jarosława Mikołajewskiego czy Kingi Młynarskiej. Mamy do czynienia z bardzo klasycznym ujęciem języka poetyckiego; erudycyjnym i konceptualnym.

 

O początkach literackiej drogi Koman pisze w „Maszynie” sam Bohdan Zadura: „1992 rok. Ma 31 lat. Debiutuje tomikiem Freud by się uśmiał, po pół roku (ale już w 1993) wychodzi drugi – Chcę być żabą”. W tym samym 1993 roku ukazuje się piwowska Literatura polska Jana Tomkowskiego, gdzie to od niej zaczyna się rozdział Młodzi i najmłodsi – duże zdjęcie, wiersz w ramce, zdanie, że „jest jedną z najpopularniejszych poetek (…), a po jej tomiki sięgali nawet ci, którzy nigdy nie czytają wierszy”. Wśród innych młodych i najmłodszych w tym rankingu „najbardziej obiecujących” są Marcin Baran, Olga Tokarczuk, Marcin Świetlicki, Marek Bieńczyk. Mimo późnego debiutu Koman mocno zarysowała swoje wkroczenie na scenę poetycką, zyskując pozytywne opinie dotyczące pozycjonowania na scenie literackiej. Klasycystka, purystka językowa – tak mógłby brzmieć komentarz jej pierwszych poezji. Zestawienie nazwisk jest mocno eklektyczne (choćby Świetlicki versus Bieńczyk), raczej bez wspólnego językowego mianownika. Co z tego wynika? Chyba nic. Zdaje się, że Zadura celowo przypomina tamtą historię, jakby a priori wyczulić czytelnika na obcowanie z Poetką, a nie poetką. Sugestia by odczytywać autorkę na równi ze sztandarowymi nazwiskami polskiej literatury po 89′ brzmi trochę nachalnie, trochę pretensjonalnie, ale niech będzie. Poczujmy się zobowiązani, a nie zawczasu uprzedzeni.

Do którego nurtu poezji po 89′ można zaliczyć Dorotę Koman? Podobny styl na początku lat dziewięćdziesiątych był kojarzony z klasycznym ujęciem poezji, nawiązaniem m.in. do Juliana Przybosia czy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jedni nazywali to całościową i niepotrzebną archaizacją językową, „patrzeniem wstecz”, niemożnością wypracowania świeżej formuły. Inni upatrywali w tym przedłużenie naturalistyczno-refleksyjnej narracji, nawiązanie do tego, co w polskiej poezji po drugiej wojnie światowej „najlepsze”, bo sentymentalne, bo wydłużało żywot Leśmianom i Tuwimom.

Powróćmy do początku. Tytuł Maszyna do czytania sugeruje, że mamy do czynienia z mechaniczną, z góry narzuconą kompozycją; dogmatycznym wyborem; wierszem-konstrukcją, który powstaje z rutyny, według precyzyjnie zaplanowanego schematu. Bez marginesu przypadkowości. Tak jakby słowo miało przestać decydować o materii wiersza, a stało się wyrwaną z kontekstu częścią mowy, szeregiem bezrefleksyjnie zapisanych znaków. Tymczasem Dorota Koman rzeczywiście tworzy wiersze konceptualne, treściowo monolityczne, ale w gruncie rzeczy chodzi jej o coś innego: o identyfikację słowa z podmiotem lirycznym, o wypowiedzenie siebie. I to o takie wypowiedzenie, aby wypowiadając to, co się wypowiada, pozostawać w zgodzie nie tylko z całym sobą, ale także z zewnętrznym światem, który autorka rozumie jako zestaw receptorów czy zapamiętanych kawałków codziennych historii. Niech przemówią przykłady z dwóch pierwszych tomików (Freud by się uśmiałChcę być żabą):

Kuszenie losu

Wyjmij palca z moich włosów
jeśli nadal chcesz mieć
ręce przy sobie

Kolejna próba

Nie umiem narysować
smoka
który by cię zjadł
Zamiast owieczki

Te opowieści tworzą narracje o tym, co możliwe i niemożliwe w języku poezji, o granicach poznania poprzez język oraz dzięki językowi („Bajki muszą się dobrze kończyć/ Więc odeszłam/ byś żył długi i szczęśliwie”). Niepewność, chwilowe bazowanie na onirycznej wyobraźni, odwołania do religijnych motywów (Ezopa, św. Jerzego), filozoficzne aluzje i zabawne deklaracje („Wiem wiem/ Marcowania/ nie jest najważniejsze/ Ale we mnie/ marzec/ nie mija”) są podstawą najmłodszej twórczości Koman. Co jest dalej?

Wybór utworów z trzeciej książki Słownik wyrazów obcych 94′ otwiera wiersz Paradoks:

Tylko miłość
robi ze mnie poetkę
Ale miłości nie ma

Widzimy powtarzający się motyw uczuć kobiety, zdrobnienia rzeczowników, fatalizm uczuć i erudycyjne popisy. U Koman punktem wyjścia jest ciało z jego procesami psychoneurologicznymi i językiem reagującym na bodziec. Narracja wokół relacji kobieco-męskich spaja w jedność tematyczną kolejne wiersze, ale – co ważne – rozchwianie pomiędzy fragmentaryzmem historii pojedynczych przypadków współistnieje tu z dążeniem do ujęcia całościowego oraz z nieustannym poszukiwaniem całości jako uniwersalnego (zrozumiałego) bytu. Odbywa się zwrot w stronę skrajnych emocji, emancypacji swoich przemyśleń, wywlekania osobistych historii towarzyszących podmiotowi lirycznemu. Język poetycki zostaje przepracowany za pomocą jego pragmatyzacji. Pod postacią nostalgicznych przemyśleń (wspomnień, resentymentów,) zagłębia się w strukturę znaczeń i percepcji słownej. Język ma pełnić rolę manifestacji możliwości poznawczych podmiotu. To podstawa.

Warto przyjrzeć się dwóm ostatnim pozycjom: Gdzie jest teraźniejszy? i tytułowej Maszynie do czytania. Są konfesyjne, egzystencjonalne, przepełnione obcością wobec obowiązującego kodu językowego, pełne pretensji i porzucenia wcześniejszych deklaracji. Wyraźnie zarysowuje się klamra, jeśli spojrzymy na tomiki z początku lat dziewięćdziesiątych. Język i byt zataczają koło. Oniryczna nadzieja staje się bezkompromisową refleksją. Pointa brzmi tak:

Metafizyka gramatyki

Mój świat nie kończy się na
TY
Jest jeszcze
ON
Reszta to kwestia interpretacji
zaimków

Pages