Artykuły

[recenzja] Odpowiedź retoryczna. Mirosław Mrozek

Tomik Odpowiedź retoryczna to zapis stanu lękowego, który towarzyszy człowiekowi jak cień. I ukazanie go jako nieprzystawalnego do obowiązującej rzeczywistości.

Mirosław Mrozek jest twórcą nieznanym w środowisku literackim. Autor został nominowany w 2015 roku do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej za tom Horyzont zdarzeń, będący uduchowioną dokumentacją jego pobytu w szpitalu psychiatrycznym – chwilami popadającą w pretensjonalność relacją z codziennych zmagań z chorobą psychiczną. Tamten tomik zdawał się nie przekraczać zasięgu widzenia i doznań podmiotu lirycznego, będącego bezpośrednią perspektywą samego autora. Inaczej jest z Odpowiedzią – to twórczość mniej egotyczna, pozbawiona trywialnych komentarzy społeczno-politycznych zbudowanych na kanwie dziecięcych wspomnień, już nie tak radykalnie fatalistyczna. Mrozkowa poezja już nie popada w mdłą pretensjonalność, tylko brzmi jak świadome przekroczenie granicy między nieśmiałym wyznaniem a publicznym zwierzeniem się ze zmagania się z psychiczną przemocą. W blurbie czytamy, że „pozbawiony jest złudzeń, wie, że społeczeństwo zawsze spycha na margines jednostki jemu podobne, ale tylko jednostka, zwłaszcza chora i nieprzystosowana, jest w stanie dostrzec ukryte dla większości aspekty ludzkiego istnienia”.

Przed czym ostrzega nas poeta? Mrozek wcale nie prześladuje nas tym pytaniem, bo już w pierwszym wierszu przekonuje, że „Żeby żyć, w jako takim spokoju ducha, trzeba – niestety – pogodzić się/ z nieuchronnością (…). Nieuchronnie/ będziesz godził się na coraz więcej rzeczy”. Lęk u Mrozka to raczej konieczny stan, kwestia fizjologiczna, jak jedzenie i spanie. Zjawisko, z którym, owszem, można się mierzyć, ustawiać do niego bykiem, misternie kreślić alternatywny scenariusz, ale ono i tak będzie. Poeta deklaruje: „Nie liczę – z gry przecież znam wynik”. I można by to zdanie traktować jako akt kapitulacji, logiczną akceptację wspomnianej nieuchronności, gdyby nie wersy wiersza Efekt uboczny:

Młodo poeci umierają, i nie doczeka
wieku dojrzałego ten gatunek, zatruty
złudzeniem sensu do tego stopnia, że
pozbawiony go w szaleństwo popada.

Można powiedzieć, że Mrozek wpisuje się w klasycystyczny ton poetycki o lekkim charakterze protekcji w stosunku do czytelnika; głównie przestrzega, trochę moralizuje. Bo jego twórczość nie jest lekcją wychowawczą, nie jest też sposobem uprawiania liryki pouczającej ani metodą tworzenia spójnego komunikatu w tonie a priori (trochę takim „a nie mówiłem?”). U Mrozka próba uświadomienia, że wszystko, co nazwane przez człowieka sprowadza się do aktu subiektywnego odbioru, jest żmudnym, codziennym zabiegiem nabierania pokory. Dzieje się to bez wartościowania, czyje „szaleństwo” (jak te zmagania nazywa autor) warzy więcej, brzmi ciężej. Poeta stawia tu kropkę: „Nie łudź się, że twój jest bardziej realny”. W ten sposób chroni przed nieświadomością, przed rozczarowaniem, przed tym, byśmy nie wiedzieli, że „nie wiedzieć” znaczy dokładnie „że istniejemy”.

Przy tym wszystkim w Odpowiedzi retorycznej próżno szukać jakichkolwiek pretensji czy roszczeń wobec porządku zdarzeń. Podmiot wybiera afirmację jako zabieg praktyczny zamiast niedorzecznego szukania alternatywnych rozwiązań. Książka pokory, żaden zeszyt skarg i zażaleń.

Gdybym miał opisać twórczość Mrozka od strony formalnej, to diagnoza brzmiałaby tak: poezja schizoidalna. Z dużą dawką profetyzmu („Ja niosłem światło i to ja byłem pierwszy”) i wymieszania mowy potocznej z np. nawiązującą do stylistyki pism religijnych („Nauczycieli zły”). Elegijna, gorzka, refleksyjna. Poetyka skutecznie chroniąca przed mielizną górnolotnej frazy.

To ważna, potrzebna książka, a zarazem manifestacja pewnej paranoidalnej wizji rzeczywistości („ten wszechświat jest urojeniem obłąkanego Boga”). Nie może być inaczej, skoro budulcami, które służą poecie do rysowania świata, są przerażające doświadczenia. Z tym że zostały one oparte na wartościach i antywartościach, dlatego tak silnie się przemieszały, że próba wydestylowania któregoś z nich zafałszowałaby złożoność ludzkiego losu.

Połykam, łykając garść tabletek, i zmawiając modlitwę, by kolejna noc
nie była bezsenna, i bym znów nie musiał zmagać się z samotnością.
Mateusz Dworek

 

[recenzja] Ferma ciał. Jarosław Maślanek

Są takie książki, którym najbardziej szkodzą marketingowe pochwały na skrzydełkach bądź czwartej stronie. Książki dla swojego nurtu typowe i znośne-niezłe-OK.; takie, które się czyta bez cierpienia i (większego) zgrzytania zębami, nawet miejscami z przyjemnością, ale które na tle okładkowych bombastycznych pochwał czy ambitnie stawianych celów muszą wydać się rozczarowaniem. Ich typowość, zamiast gwarantowania wygodnej szufladki „solidny przedstawiciel gatunku”, zaczyna się kojarzyć z przeciętnością, nudą (intelektualną również) i bezpiecznym wyjściem. Ujmując rzecz krótko i współcześnie, książka spada nam z kategorii „6 gwiazdek” na „4 gwiazdki”.

Ferma ciał jest przykładem takiego właśnie dzieła. Najciekawszy socjologicznie, najwięcej mówiący o naszej rzeczywistości i najbardziej godny pochylenia się z aparaturą krytyczną jest tutaj opis serii wydawniczej – kwadrat – na okładce („Literatura musi zmuszać do wysiłku (…) [Inteligentny czytelnik] wymaga literatury, która jest wyzwaniem, atakuje stereotypy, rewiduje poglądy, wstrząsa przyzwyczajeniami, budzi i zaspokaja głód intelektualny, wzmaga chęć działania (…) Wyzwala jednostkowe ja [!] i pozwala temu ja się narodzić; jest uległa wobec języka i jest buntem wobec niego; szuka w języku tego, co niejęzykowe, a zarazem wchłania to, co mieści się przed nim lub za nim”).

Po tym opisie można już przewidzieć, z jaką literaturą będziemy mieli do czynienia. Po takich wstępach zwykle też zaczynamy się martwić o status ontologiczny fabuły w dziele, nawet jeśli z tyłu okładki zapewniają, że to „niemal horror” i „popularna forma” (nie, nie, nie – popularną formą to ta książka nie jest, popularna forma nie lubi chociażby deus ex machina).

Tę obawę możemy rozproszyć. W Fermie ciał fabuła (właściwie) się pojawia. Blada, wymizerowana, taka, że chciałoby się jej podłączyć kroplówkę albo wmusić NutriDrinka, ale – istnieje. Oto rok z życia kilku mieszkańców (oraz ochroniarza) zamkniętego blokowiska; szarość, smętek, plucha i dym papierosowy. Dzieją się drobne, bardzo detalicznie opisane zdarzenia, mamy nawet solidny fajerwerk na końcu (nieumotywowany w akcji niczym, za to zapowiadany środkami formalnymi) – ale nie ma za to innych niż czysto kompozycyjne (to samo miejsce, ci sami ludzie) powiązań między kolejnymi scenami, urywkami, momentami. Można to zinterpretować jako zgodne z tematyką tekstu podglądanie sąsiadów – bohaterów – przez okna. Widzimy przypadkowe chwile z życia przypadkowych ludzi; ludzi, którzy już nie mają wpływu na swoje życie, wszystkie decyzje zostały podjęte przed rozpoczęciem akcji, a teraz świat po prostu bezwładnie się im toczy.

Można to zinterpretować jako niedopatrzenia w prowadzeniu akcji, bo też, nie ukrywajmy, na stan fabuły dobrze ten absolutny brak decyzyjności nie wpływa. Wydarzenia płyną, nie wynikając z siebie – to ciekawy pomysł, ale ryzykowny od strony czysto fabularnej. Autor zresztą zdaje sobie chyba z tego ryzyka sprawę, bo cały czas próbuje zrekompensować brak napięcia wynikłego z rozwoju typowej akcji napięciem tworzonym za pomocą poczucia zagrożenia, sugerowania jakiegoś niepokoju, zaszczucia i rozpaczliwej, banalnej samotności bohaterów. To z kolei jest zabieg bardzo świadomym i udany, nawet jeśli niektóre ze scen są tak bardzo nastawione na wstrząsanie czytelnika, że aż zostawiają go obojętnym. Zbytnie podkreślenie funkcji od razu bowiem „odsuwa” nas od tekstu. Przekonująco wypadają za to sceny komiczne.

Trzeba też oddać, że kompozycja tekstu taką „fragmentaryczność” fabule ułatwia i nadaje jej ramy formalne. Czas został podzielony na pory roku – podkreślenie cykliczności i stałego powtarzania się pewnych gestów, typów ludzkich, sytuacji, uwypuklenie beznadziei egzystencji – i ukazany poprzez opis pojedynczego dnia podczas każdej z nich oczyma kilku postaci.

Bohaterowie, mieszkańcy i ochroniarz, są zrobieni z torebki Psychologizm InstantSmętek, Rozpacz i Rozpad Więzi. Nieszczęśliwi, szarzy; źli złem wynikłym z bezradności, bardzo banalnym, a bardzo mało malowniczym; pokonani przez system i układy społeczne, uwikłani w tradycyjne i – jasna sprawa – niszczące role. Już nawet nie zmagają się z formą, po prostu się jej poddają i zapadają w szarość. Są też, siłą rzeczy, (oczywiście po to, by wstrząsnąć przyzwyczajeniami czytelnika XXI wieku) pełni kompleksów. Natomiast po to, by jednak czytelnik nie zszedł na zawał, są to kompleksy dość przewidywalne – osobą oglądającą porno w Sieci nie będzie matka z dzieckiem, znudzona siedzeniem w domu.

Niewiele jest w ich działaniach spójności; między jedną porą roku a drugą widzimy czasem postaci, których nic, poza paroma kluczowymi rekwizytami, z sobą sprzed kwartału nie łączy.

Ale mimo tych uwag przyznać trzeba, że bohaterowie oraz ich relacje rodzinne wyszli autorowi nie najgorzej. W ich projekcie widać zmysł obserwatorski, podejmowane są tematy niesłusznie przez naszą literaturę zaniedbane (smutek dziecka intelektualisty, smutek dziecka opozycji, smutek tzw. domów otwartych, smutek palmy w M3); ukazuje się pewną fasadowość naszego sielskiego wyobrażenia „dawnych, dobrych, pełnych szczerych i głębokich relacji międzyludzkich” czasów. A do tego mamy bardzo dobre dialogi.

Dialogi są właściwie największą chyba zaletą książki. Autor celnie wyłapał polskie maniery („pa, pa, pa” w nieskończoność), sposoby wyrażania uczuć, zachowania, a przy tym nie chwycił się zgranej już kliszy wulgaryzacji i używania podwórkowej łaciny jako przecinków. Detaliczne opisy czynności wykonywanych przez bohaterów bardzo dobrze kontrastują z ich wypowiedziami, dając zapowiadane na czwartej stronie okładki wrażenie filmowości. Przy dialogach można zapomnieć o kulejącej konstrukcji fabuły i bohaterów – postaci przestają być sztampowym zombie (ponad) stulecia literatury psychologicznej; wchodzi w nie język życia i przez chwilę czytelnik może mieć wrażenie, że faktycznie podgląda rzeczywistość, że rzeczywiście spisano tu fakty.

Te same szczegółowe opisy stają się cokolwiek męczące, gdy zaczynają dominować w tekście. Cokolwiek męczące przy przedstawianiu (błahej, bo to wszak o codzienności i rzeczach pospolitych) akcji, a bardzo męczące, gdy dotyczą przyrody, pogody itd., a autor niefortunnie próbuje używać metafor czy porównań. Niefortunnie, bo te – miast być krystalicznie czyste, jasne, ostre jak skalpel, miast docierać do pewnej prawdy – tylko zaciemniają obraz, często stając na granicy wewnętrznej sprzeczności lub pustosłowia W opisach język porywa autora, mści się niejako za mistrzowską kontrolę, jaką ten ma nad nim w dialogach.

Ale boleściwy jęk wydobywa się z ust najczęściej, gdy się po raz enty, enty, enty czyta, jak to bohater pali. Wyjmuje papierosa, bawi się nim, zapala, wychodzi na balkon, papieros mu moknie1. I tak na każdej stronie. Ba, gorzej! Parę razy na stronę. Wszyscy tu palą; opowieść rozgrywa się w chmurach dymu – szary dym, szare życia, szara pogoda, szare blokowiska, cała ta egzystencja szara i męcząca, i snująca się… I naprawdę, rozumiemy aluzję, nie trzeba nam jej wpychać do gardła. Już na pewno nie z tą częstotliwością. Przeciwnie, jak pokazują momenty dialogowe, często najlepiej, najprawdziwiej, najbardziej poruszająco wypada to, co jednak ma w sobie element kontrastowy. Tragedie (a nawet przeciętne blokowe żywoty) są jednak barwne, a Ferma ciałjest pisana szarą, szarą, szarą farbą.

Co jest oczywiście zabiegiem celowym. Zdaje się jednak, że nie do końca udanym. I tak, to samo można powiedzieć o całej książce.

Ferma ciał to właśnie dzieło nie do końca tak dobre, jak by być mogło. Ma kilka mocniejszych punktów, jak żywe dialogi; kilka słabszych, jak snujące się opisy; kilka przeciętnych, jak postaci. Nie jest złe. Niezłe jest. Mieści się w tym samym spektrum szarości, co jego bohaterowie, ci nieszczęśliwi mieszkańcy blokowiska. A czy to cztery gwiazdki czy sześć gwiazdek… Krakowskim targiem byłoby pięć, ale prawda leży tam, gdzie leży, a czy my z Krakowa? 5,70983(2), O!

1 I to jest tylko papieros. Czy tam co najwyżej jakaś blada, freudowska symbolika, zupka instant, nie ma tej cielesności, pasji i przyprawy, którą czuć, gdy narrator ma w sobie nerw fetyszysty czy choćby wielbiciela. Zresztą, jedyna scena seksu w tej powieści, rozgrywająca się – co interesujące i zdecydowanie „na plus”, trzy razy „tak” etc. – między bohaterami już w średnim (starszym) wieku, też jest pozbawiona aspektu pornograficznego, jest zbyt analityczna i szczegółowa właśnie. Co niektórzy z pewnością poczytają jej za zaletę.
Dominika Parszewska
 

 

[recenzja] Wielopole. Wojciech Klęczar

Wielopole to uwspółcześniona forma językowej narracji rodem z opowiadań np. Marka Hłaski.

Wojciech Klęczar jest trzydziestosiedmioletnim prozaikiem, debiutującym książką wydaną przez szczecińską Formę. Zbiór opowiadań Wielopole został nominowany w 1. edycji Konkursu Literackiego imienia Henryka Berezy. Stanowi zapis emocjonalno-nostalgicznych historii, tworzenia koteryjnych legend w krakowskim światku i zwilżonego alkoholem rozlazłego obrazu codziennego dnia.

Autor, którego książka rozpoczyna się bardzo wyraźnie zaznaczoną formułą literacką i jednocześnie czytelnym przekreśleniem innych, daje do zrozumienia, że forma pisania jest ściśle związana nie tylko z fabułą, ale i z nim samym. To, w jaki sposób Klęczar przeprowadza nas przez opowiadania świadczy o jego chęci nawiązania kontaktu z czytelnikiem; o tym, że obserwuje swój świat za pomocą ciągle żywego archiwum pamięci, referuje pastisz i groteskę soczystych historii, ale bez możliwości jakiejkolwiek ingerencji w treść. Klęczar pozwala oglądać, ale zabrania dotykać.

Na Wielopole składa się kilku bohaterów. To kolega Jacek, któremu właściwie przez cały dzień towarzyszy napełniona szklanka. Typ melancholijny, pechowiec, skłonny do częstych, krótkich i płytkich intelektualnych uniesień. Jest też Radek, który „przestraszony widmem bezrobocia i nie mając lepszego pomysłu na życie, poszedł na studia doktoranckie”, też „nadużywający”. Paweł to z kolei „sekretarz bardzo znanego emerytowanego profesora polonistyki”, któremu świat legnie w gruzach, kiedy oto profesor zachoruje na Alzheimera. Są wyśmiane aktywistki-feministki („najgłośniejsza była najbrzydsza z nich”), pojawia się jedyny, przez to szalenie podejrzany, typ niepijący, były wojskowy, filmoznawca. I można by wymieniać kolejnych bohaterów, zdaje się, że codziennych interlokutorów samego Klęczara-barmana, który sprawnie sparafrazował i spisał podniety i frustracje swoich klientów w Prokrastynacji.

Jaka jest proza Klęczara? Najbliżej jej do formuły opowiadań Marka Hłaski. To krótkie, przepełnione groteskowymi anegdotami oraz kolokwializmami historie. Kiedy czytam Wielopole, do głowy przychodzi mi zabieg literacki zwany prawdziwym zmyślaniem, rodem z najlepszych utworów Ireneusza Iredyńskiego czy Marka Nowakowskiego. Bo ileż z tych historii musi być przeprawione przez wyobraźnię, by brzmieć jeszcze bardziej efekciarsko? Pojawiają się więc zdania jakby żywcem wyjęte z autora Pięknych dwudziestoletnich: „Chyba był to rok dwutysięczny, na pewno czerwiec, kiedy wreszcie się zdecydowali; uderzamy do Warszawianki, zarobić na wdziękach” czy „Była dziewczyną dosyć ładną, nie wspomniała o żadnym chłopaku, on nie pytał. Zresztą w ogóle mało pytał o cokolwiek. To ona spytała, czy pojadą do niego. Na imię miała Monika”. Nie mniej o jakości pijacko-inteligenckich opowiadanek stanowi też pierwiastek wiarygodnego opisu, naturalnego dialogu, realizmu psychologicznych uwikłań. To dla współczesnych pisarzy (którymi, umówmy się, polska proza ciągle jest i będzie przepełniona) sprawa kategoryczna i święta. Bez rzetelnego przepracowania zakamarków ludzkiej psychologii trudno pojąć sens i logikę jakiejkolwiek formuły awanturniczego życia i fenomenu pijacko-inteligenckich ciem barowych.

Nonszalanckiej stylistyce (przepełnionej kolokwializmami, neologizmami, częstymi zmianami narracji z pierwszoosobowej na trzecioosobową) towarzyszą również liczne błędy formalne, jakich u Klęczara znajdziemy wiele. To zbyt dosłowna opisowość miejsc czy nachalna sprawozdawczość przestrzeni („Student od niedawna nie był już studentem, tylko inżynierem, więc wrócił pod Tarnów na dobre, zabierając ze sobą z pokoju co tylko się dało: koc, kołdrę, poduszki, krzesło, ikeowski stolik [biurko, łóżko i regał z Ikei były widocznie za duże] i wszelkie inne szpargały, i szpeje, mimo że żadna z tych rzeczy do niego nie należała”). Język jest zbyt bliski narracji dziennikowej; formuła relacji 1:1 przestaje frapować po kilkunastu stronach, bo zamiast pozostawić miejsce na cząstkę niepewności, sztywno referuje na poziomie zeszytu wejść i wyjść.

Wielopole to pozycja z cyklu literackich powtórek. Klęczar praktykuje sztukę nawiązywania do autorów najlepszych polskich opowiadań XX wieku. Celem tej powtórki jest wypracowanie aktualnego języka w osadzeniu o tradycyjną formułę. Udaje się, choć miejscami zbytnio trąci formaliną.

Mateusz Dworek
 

 

[premiera] Poetycki freestyle. Poznańska scena slamerska w 2015 roku.

31 maja ukazała się książka „Poetycki freestyle. Poznańska scena slamerska w 2015 roku” wydana nakładem wydawnictwa Fundacji Kultury Akademickiej. Zapraszamy do lektury.

Wybierając utwory, kierowaliśmy się przede wszystkim ich wartością artystyczną i komunikacyjną, ale także czytelnością. Czytelnością języka, czyli tym jak zapamiętaliśmy wykonanie utworów, w jaki sposób performerzy je zaaranżowali i na ile weszli w interakcje z odbiorcami. Pamiętaliśmy więc o utworach, które podczas slamów cieszyły się największą popularnością. Chcieliśmy i chcemy nadal proponować rówieśnikom – ale nie tylko – rozrywkę literacką, którą potraktują serio. Wynika to z prostej przyczyny: potrzeby udowodnienia, że literatura może odetchnąć pełną piersią dopiero w ramach udanej zbiorowej interakcji, jednocześnie nie tracąc wartości stricte artystycznych.

[ze wstępu]

 

Książka jest próbą zapisu doświadczenia tych kilkunastu imprez, ale jednocześnie warto podkreślić, że jest to pierwsze wydawnictwo w Polsce zbierające wyłącznie teksty slamerskie. Przyjęliśmy przy tym dwie zasady: książka jest darmowa i elektroniczna. Ma być więc dostępna oraz – w miarę możliwości – dawać wyobrażenie o performatywnym wymiarze slamu.

„Poetycki freestyle” jest dopiero drugą książka poświęcona zjawisku slamu. Postanowiliśmy stworzyć publikację, która prócz publikacji utworów, będzie zawierać wypowiedzi znanych slamerów, krytyków literackich i pisarzy. Stąd obecność Jakuba Przybyłowskiego, Jasia Kapeli, Michała Czai i Seweryna Górczaka. Pojawiają się w podrozdziałach zatytułowanych „Trzy minuty temu”.

[recenzja] Uprawa roślin południowych metodą Miczurina. Weronika Murek

Opowiadania Weroniki Murek czytałam dwukrotnie. Po pierwszej lekturze doceniłam ich absurdalność i zapewniłam sobie najniższą rozrywkę (obśmiewanie – nie mylić z wyśmiewaniem – groteskowych sytuacji z postacią kulejącego Boga na czele). Dopiero za drugim razem zrozumiałam, co kryje się pod surrealistycznym obrazowaniem. Obie lektury były równie wartościowe i potrzebne; co więcej – nie wykluczam, że wrócę jeszcze do któregoś z siedmiu opowiadań czy nawet do całości.

W przypadku prozy nieczęsto zdarza mi się czytać tekst powtórnie – i na tym wyznaniu powinnam właściwie zakończyć, uznając, że nie wymyślę lepszego komplementu, który nie zakrawałby już o pospolite wazeliniarstwo. Próbując jednak odpowiedzieć na pytanie, co czyni prozę śląskiej autorki tak atrakcyjną, że mogłabym do niej wracać i wracać, wyciągnęłam jeden wniosek – oryginalność. Nie ujawnia się ona w zapoczątkowaniu jakiegoś nowego nurtu – budowana przez Weronikę Murek atmosfera marzenia sennego, nierealności przywodzi wspomnienie prozy Brunona Schulza, którego skądinąd autorka bardzo ceni. Ale z perspektywy rynku wydawniczego ostatnich lat jest to powiew świeżości, który nie powinien przejść bez echa. Wśród tysięcy stron literatury faktu i powieści zakrawających o autobiografizm czy publicystykę brakowało mi solidnych, w pełni fikcyjnych opowiadań, a tę lukę uzupełniła właśnie Uprawa roślin…

Absurd towarzyszy od samego początku – już tytuł budzi wątpliwości (tajemnicza postać Miczurina, uprawa roślin, która nijak ma się do zawartości zbioru, i gdyby nie łączyć nazwiska autorki z Feinweinblein i zeszłoroczną Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną, można by podejrzewać, że publikacja przeznaczona będzie dla naukowców czy głodnych wiedzy rolników). Już okładka sugeruje, że autorka puszcza do czytelnika oczko – spójrzcie, oto trawestacja Portretu damy w czepku Rogiera van der Weydena; nie oczekujcie, że wszystko będzie takie serio. I nie jest, choć nie oznacza to, że dowcip staje się tu wyłącznie dowcipem, po którym tylko śmiech i nic więcej.

Jakże trafnie gest puszczania oczka odpowiada stylistyce Uprawy roślin… Jest to pisarstwo, które czerpie z innych, mało znanych motywów i je przeinacza – tak, że trudno nawet doszukać się źródła. Według wierzeń podlaskich dzierganie skarpetek dla Jezusa w niebie traktowane jest jako nagroda. Dla Weroniki Murek wprost przeciwnie. Mało tego – motyw ten nie pojawia się w jej twórczości jako wierzenie, ale jako jedna ze scen czy, by precyzyjniej określić, jedno z wydarzeń odrealnionej prozy. Atrakcyjność zabiegów intertekstualnych polega na sięganiu po nieoczywiste, mało komu znane frazy (gdybym nie była po lekturze kilku wywiadów, byłabym święcie przekonana o tym, że wszystko zrodziło się w głowie pełnej wyobraźni… choć kreatywność w dalszym ciągu pozostaje ostatnią rzeczą, której można by odmówić autorce). Jeśli sięga po motywy religijne (a robi to często), to po to, aby uczynić Boga kulejącym, aby jeden anioł denerwował się na drugiego za chrupanie rabarbarem umoczonym w cukrze i aby zmarli robili w niebie wieczorek zapoznawczy.

Nieprzewidywalność – to największa zaleta opowiadań Weroniki Murek, a połączona z teatrologiczną wyobraźnią daje niesamowite efekty. Wystarczy spojrzeć na najdłuższe z opowiadań (zajmujące aż połowę objętości książki) – W tył, w dół, w lewo. Składa się z kilku odrębnych scen, które zaczynają się w sposób niesugerujący związku z poprzednią częścią. Można odnosić wrażenie, że ktoś wyciąga czytelnika za fraki ze środka jednej opowieści i wrzuca go w drugą, rozgrywającą się już w innym miejscu i w towarzystwie nowych bohaterów. Dopiero później okazuje się, że poszczególne wydarzenia układają się w jedną całość. To rozwiązanie zbliżone do dramatycznego.

Czytając Uprawę roślin… spotkamy się z prozą, do jakiej nie jesteśmy przyzwyczajeni (lub od której zdążyliśmy się po prostu odzwyczaić). To proza, której autor schodzi na dalszy plan, oddając głos narratorowi i bohaterom (wreszcie czytelnik nie pomyli narratora z autorem i nie zechce doszukiwać się w ich życiorysach zbędnych analogii). Proza, która ma się nijak do naszej codzienności i rozgrywających się na jej tle wydarzeń. Można wprawdzie – choć wymaga to pełnego skupienia – w serii epizodów dostrzec chronologiczną całość, ale to wciąż za mało, by uznać narrację za linearną (co traktuję jako zaletę). Weronika Murek konsekwentnie urywa opowieść, a dialogi zastępuje strzępami rozmów. Poza tym w Uprawie roślin… z większą uwagą niż miejsca czy ludzi opisuje się przedmioty; wszystko to sprawia wrażenie, jakbyśmy oglądali fabułę zza zaparowanej szyby. I wcale nie ma się ochoty jej przetrzeć.

Alicja Łukasik
 

 

[recenzja] Z A B I C. Szczepan Kopyt

Nowy tomik Szczepana Kopyta w interesujący sposób podsumowuje dotychczasowy dorobek poety i muzyka. Z jednej strony eksploruje te elementy, które pozwalały wpisywać Yass i Możesz czuć się bezpiecznie w nurt poezji zainteresowanej kontemplacją. Z drugiej strony zaś Kopyt nie rezygnuje z interwencyjnego charakteru własnej twórczości, którą skojarzymy z płytomikami Buch i Kir.

Ryzykownie jest wypuścić w tej części Europy tomik poetycki nawiązujący graficznie do polskich wydań Kapitału Marksa. Ryzykownie zrobić to w wieku chrystusowym, wzorem innego kolegi po piórze może raczej warto byłoby się to i owo podsumować, np. wydać dziennik. Ryzykownie pisać o #kobane, podobnie jak ryzykownie było pisać i śpiewać o tym, kto zabił Jolantę Brzeską. Ryzykownie, choć, jak przytomnie stwierdził sam poeta w jednej z rozmów, do jakiej go namówiono – „Ryzyko wpływu minimalizowane jest wielkością publiczności literackiej.”.

Na czym się to ryzyko zasadza? Jeżeli tylko na braku nominacji i nagród, to mimo wszystko można było powiedzieć, że poeta ryzykuje względnie niewiele. Okazałoby się, że trzeba w którymś momencie przyznać – po pierwsze, pisze się dla splendoru oraz spleenu. Twórca ma być przez literacką publiczność fetowany, a jego poezja wciągnięta zostaje do gry, która wymaga od niej pozbycia się rewolucyjnego pierwiastka. W procesie zbiorowej anamnezy okazuje się nagle, iż wszystko, co mówi poeta jest jego publiczności znane. Wyzbycie się tego, co boli i uwiera miałoby być więc ceną zaistnienia w świadomości czytelników. Tymczasem wartościowa twórczość, w tym właśnie twórczość Kopyta ucieka od takich negocjacji. Poezja musi mieć charakter rewolucyjny, jak słusznie zauważył Piotr Śliwiński, tytułując jeden ze swoich najważniejszych tekstów poświęconych wierszom Zbigniewa Herberta Poezja, czyli bunt.

Ryzyko Szczepana Kopyta polegałoby na konsekwentnej odmowie ułatwiania nam uczestnictwa w codziennych praktykach. W z a b i c Kopyt nie ofiarowuje łatwego porozumienia – nie ma w tej poezji ideologicznego poklepywania się po plecach. Ryzykuje, bo cierpliwie maluje obraz rzeczywistości jako miejsca ustawicznych negocjacji, w którym nie daje się uciec od współudziału w krzywdzie innych ludzi i zwierząt. Tak jak w wierszu cierpliwość, w którym:

cierpimy na cierpliwość
w zbyt zimnych pokojach

w swetrach dzierganych nocą
przez dzieci z Bangladeszu

gdy licznik miasta zwalnia
zlewy drąży kropla

wie o tym dobrze kot
nakryty udaje że czeka

na wybuch strajków bomb
byleby były puszki

z mięsem zabitych krów nocą
wepchniętych w ciężarówki

z a b i c Kopyt manifestuje własny brak strachu przed literackim establishmentem, który ofiarowuje mu wciąż lekceważąco status młodego, nieukształtowanego głosu. Z drugiej strony zaś nie ma w tym tomie obawy przed instrumentalizacją wiersza, który przeradza się w manifest, deklarację, agitację. Kopyt podejmuje wyzwanie, jakie Zagajewski rzucił poezji i wszelkiej aktywności, która ma doprowadzić do realnej zmiany– według autora Solidarności i samotności w życiu zawsze musi zwyciężać zasada zapomnienia.

Autor Kiru w swojej poezji korzysta raczej z tego, co Zagajewski sformułował jako zasadę uwzględnienia, w której włącza do wiersza różne doświadczenia i perspektywy. Od makro do mikropolityki. Mikropolityka jest makropolityką. Nie ma ucieczki od własnych wyborów (jestem polskim trucicielem węglowym / rosyjskim trucicielem gazowym) i choć wydaje się, że jest to sytuacja nie do zniesienia, to przecież wszyscy codziennie radzimy sobie z nią nienajgorzej, tak jak w wierszu #kobane:

trwa medialna noc
ale płoną oblane benzyną
domy i ulice kobane
choć śpią lotnicy bogatych państw
korespondencji jedzą regeneracyjne
posiłki wolny świat mozolnie
walczy z terroryzmem

I dalej, równie bezwzględnie:

ruchliwy jest zwłaszcza wirtualny pasek
ale nie zerwie się na pomoc
mężczyznom i kobietom
staruszkom i dzieciom
otoczonym przez amerykańskie zdobyczne czołgi
leżącym na barykadach i
ubranym w niewłaściwe mundury
z czerwoną gwiazdą

Szósty tom Kopyta umiejętnie łączy kontemplacyjną dykcję Yassu i polityczną interwencyjność Kiru, proponując czytelnikowi pakt oparty na ustawicznym podkopywaniu własnego samozadowolenia (dla czytających kopiujących te słowa / żadnych gratisów żadnych mocy nic). Nie jest to jednocześnie poezja, która skupiałaby się na odmienianiu przez wszystkie przypadki słowa „klęska”. To wiersz, jako pole nieustannej negocjacji znaczeń staje się dla Kopyta miejscem możliwej zmiany, w której to, co teoretyczne i fantazmatyczne spotyka się z tym, co realne i praktykowane. W zapłacie czytamy:

przechodząc obok nerkowców
             widzę zakrwawione zdegenerowane pracą palce
hossa

zaprawdę współczesna technologia
jest nieodróżnialna od magii
skoro nie było mnie tam a mam te wizje

Jeżeli zaś wiersz, to sam język w ogóle – to w nim dochodzi do przesunięć granic znaczeń, to w nim mediujemy, by zachować tożsamość z samym sobą, często za cenę niekonsekwencji własnych postaw. Ujawnianie tych działań nie będzie nam tej pracy ułatwiało, ale być może stanie się zalążkiem zmiany, tak jak w wierszu:

wyobraź sobie wiersz pojawiający się znikąd w tłumnym centrum
sączący się z głośników wprost do ust pracownic i pracowników
rzucających swoje tace rękawice zniszczone fragmenty infrastruktury

wiersz który sprawia że idą w jedną stronę poemat
którego emocje finalnie splatają losy osobiste z momentem wybuchu
lirykę która niszczy bankomaty wersy na ustach kibiców

przechodzących do gry tak wiersz który nie napuszcza nas na siebie
wiersz nieurywający się ani na moment dopasowany jak tampon
wiersz z którego nieuważni czerpią uwagę a uważni siłę

Kopyt ani na moment nie stawia się w pozycji obserwatora praktyk społecznych, podkreśla w swoich wierszach współuczestnictwo – płacę jak co dzień / zbliżeniem. Kapitalnie wypada zwłaszcza hipnotyczna zapłata, która kończy z a b i c. Z jednej strony jest to wiersz pokazujący, jak bardzo poezja autora Buchu pozostaje wyczulona na współczesne praktyki językowe. Z drugiej strony zaś – to osobista deklaracja własnej bezradności, z którą walczyć można jedynie poprzez nieustanne zadawanie sobie pytań o granice swoich możliwości i chęć ich nieustannego przesuwania.
Krzysztof Wojciechowski
 


 

[recenzja] Obecność. Tomasz Mielcarek

Recenzja tomiku „Obecność” Tomasza Mielcarka.

Obecność Tomasza Mielcarka to cykl poetycki pełny antynomii. Życie przechodzi tu płynnie w obumieranie, obecność w nieobecność, znane w obce. Czy zatem tytuł jest trafny? Przyjrzyjmy się kilku fragmentom:

Dochodzi południe i ulica wyschła na wiór;
płytki chodnika łuszczą się jak farba.
Siedzimy na dachu, w cieniu kominów;
kradniemy własny czas
1

Światła nie widać,
dopóki wpadając do pokoju,
nie rozpadnie się na książkę, łóżko, stół
i drżący cień twojej dłoni,
gdy z trudem sięgasz po szklankę z wodą.
2

Siedzę u ojca na ramionach, a i tak ledwo dosięgam
soczystych gałęzi leszczyny. Zerwane orzechy
wkładam do małego, wiklinowego koszyka,
który mama dostała kiedyś w prezencie od babci.
Jesień dojrzała w tym roku wcześniej niż zwykle.
3

Wydaje się, że Obecność jest tytułem uzasadnionym o tyle, że ciężar wierszy został osadzony właśnie w teraźniejszości, w obrębie której dzieje się większość utworów4. Ta chwila, zawieszona między wczoraj i dziś, wytwarza szczególny rodzaj napięcia. Jest to moment – z jednej strony – obfitujący w codzienne, prozaiczne wypadki jakiegoś małego miasteczka (czy wioski) i jego mieszkańców, z drugiej – skrywający w sobie ułamki (często tragicznej) przeszłości czy przeczuwanej dopiero grozy jutra5. Choć podmiot liryczny wykazuje się ogromną, niemal reporterską precyzją opisu, chwila obecna – jak sam przyznaje w jednym z utworów – wymyka się możliwościom dokładnego uchwycenia:
Wyraźna jeszcze kilka godzin temu granica
pomiędzy dziś i jutro niemal się już zatarła.
Dom ucichł – jego dźwięczenia i potrzaskiwania
chowają się w szparach, z których wylazły.
6

Tytułowa obecność jest ważna dla interpretacji wierszy zarówno ze względu na wymiar filozoficzny, jak i symboliczny, o jakie zostaje tu wzbogacona. To, co żyje, co trwa zacumowane w teraźniejszości, nieustannie (wręcz konwulsyjnie) pulsuje, rozrasta się i przeobraża. Te przekształcenia, będące wyrazem dynamiki ludzkiego życia autor często zestawia z żywiołami przyrody, które są nie tyle wrogie człowiekowi, co po prostu nie liczą się z nim przy wprowadzaniu swoich chaotycznych porządków. Na drugim biegunie względem obecności, życia i trwania znajdują się postępująca stagnacja i finalny bezruch:

zimą ptaki wyjadały spod jej żółtych paznokci okruszki chleba,
a ona kurczyła się jak ziarenko grochu, wysychające samotnie
w kącie pustego pokoju
7

Zawsze było jej za dużo w słowach, w gestach, w czynach;
teraz jest już tylko suchym krzakiem, czekającym na iskrę
8

Pod rozgrzanym parapetem paruje kokon ćmy,
której poczwarka była zbyt słaba, żeby przebić jedwabną ściankę
9

Dopóki istnieje ruch, istnieje życie. Elementy, które nieruchomieją mogą być jeszcze przez chwilę przechowywane w ich dawnych kształtach przez pamięć, ale ostatecznie, jakkolwiek byłyby ważne, muszą odejść w zapomnienie. Mimo przyjętej optyki wiersze Mielcarka, choć przepełnione tematyką egzystencjalną i wanitatywną nie wybrzmiewają skrajnie pesymistycznie. Cykle bycia i znikania, obecności i odchodzenia są bowiem niejako wpisane w nieustanny rytm przeobrażeń istot i materii. Poza tym w teraźniejszości mają miejsce również rzadkie chwile szczęścia, które wydają się wyjęte poza nawias niszczycielskiej siły czasu i zmian. I nawet jeśli jest to specyficzny optymizm, można go dostrzec wyraźnie w niektórych wierszach:

kilka ostatnich dni było zbyt ciepłych,
żeby poczuć jakikolwiek ruch; zbyt cichych,
żeby cokolwiek zmienić.
Wieczorem wyszedłem na spacer.
Byłem sam. Zanurzyłem twarz w głębokiej trawie.
Była ciepła. Pachniała tobą.
10

Tak w ogólnym zarysie przedstawiają się tematyka i nastrój tomiku, które nie należą oczywiście do nowych: wręcz przeciwnie – są obecne w poezji od bardzo dawna. Jednak utwory Mielcarka są interesujące nie ze względu na pionierskość tematyki czy rodzaj przedstawionej w nich refleksji, a na sposób ich realizacji. Już po przeczytaniu kilku wierszy daje się odczuć charakterystyczną dla całego tomiku mieszankę surowości stylu i niewymuszonego liryzmu, które cechują sposób obrazowania. W ogromnej mierze jest to zasługa umiejętnego skonstruowania osoby mówiącej i sytuacji będących przedmiotem zainteresowania autora.

Podmiot liryczny opisuje rzeczywistość zwięźle, jednocześnie powściąga własne ja. Na próżno szukać śladów osoby mówiącej – skrupulatnie się je zaciera, usuwa w cień, co jest tym bardziej dojmujące, że większość wierszy utrzymana została w formie pierwszoosobowej, która zwykle sprzyja emocjonalności. Sposób mówienia podmiotu lirycznego chwilami przypomina różewiczowską dykcję zaciśniętego gardła: nad kwiecistością opisu dominuje tu precyzja w nazywaniu zdarzeń, czy zjawisk, które niejako mówią same za siebie:

W ustach smak ciepłej wódki. / Został mokry ślad i kilka połamanych pokrzyw./ Suchy wiatr sieje pierwsze krople deszczu. / Psy chłepcą wodę z płytkich kałuż. Sączy się monotonny dźwięk klaksonów.

To szczegółowe odnotowywanie wydarzeń, nierzadko w chwilach, w których uzasadnione byłoby wyrażenie osobistego stosunku do opisywanej rzeczywistości spaja tomik w zwartą całość, zarówno pod względem formalnym, jak i tematycznym. Z namysłem budowany przez Mielcarka dystans podmiotu lirycznego do sytuacji, o których mówi jest w pewien sposób wytłumaczony w dwóch ostatnich wierszach: Zapamiętaj i Obecność:

To wszystko jest ważne, liczy się każdy szczegół:
ta jaśniejąca w oddali bryła, która nagle
zmieniła kolor przeistaczając się
w migocący punkt; i ten niespodziewany błysk
11
Tamte miejsca – byłem tam;
patrzyłem na nie, a one zmieniały się,
aż pewnego dnia stały się obce
12

Chodzi więc o to, aby zapamiętać jak najwięcej, odnotować w pamięci ogół doświadczeń, razem z pozornie nieistotnymi szczegółami. Nawet jeśli pamięć okazuje się ostatecznie wadliwa, to w tych staraniach tkwią pewna wartość i pewna tajemnica.

Tomik Obecność, będący debiutem książkowym Tomasza Mielcarka, jest propozycją bardzo dojrzałą. Nie powinno to dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę, że autor od lat związany jest ze środowiskiem poetyckim i twórczym. Poza wymienionymi wcześniej zaletami książki na uwagę zasługuje również dopracowanie detali wierszy. Zdarza się, że poeta sięga po frazy już wcześniej użyte13. W ten sposób utwory wchodzą między sobą w intertekstualne zależności, a pewne układy wyrazów powracają refrenowo, lecz w nowych kontekstach. W jakiś sposób przypomina to również mechanizmy ludzkiej pamięci odwołującej się do klisz pozyskanych na drodze indywidualnych przeżyć. To niewątpliwie zabieg ciekawy i wymagający świadomości pisarskiej.

W pozornie bezemocjonalnej dykcji autor w sposób przemyślany umieścił puenty i kontrasty, które budują narastające napięcie. Swoiste powściągliwość i apoetyckość niektórych fraz w końcowym rozrachunku jedynie wzmagają sposób, w jaki utwory te potrafią oddziaływać na czytelnika. Potrafią, i w moim przypadku oddziaływały.

1 T. Mielcarek, W samo południe [w:] IdemObecność, Łódź, 2014, s. 52.

2 IdemSwiatło, [w:] op.cit., s. 58.

3 Idem, Zrywanie, [w:] op.cit., s. 80.

4 Nawet w przywoływanym wyżej wierszu Zrywanie, choć domyślamy się, że jest to scena z przeszłości, z dzieciństwa podmiotu lirycznego, zdarzenia (na co wskazują formy czasowników) ponownie rozgrywają się w chwili czytania.

5 Szczególnie wyraźne jest to w wierszach traktujących o śmierci, starości, umieraniu (np. Suchy krzak, Oczekiwanie, Przed wyprowadzeniem, Syrena) czy katastrofach (Pożar, Powódź).

6 Idem, Czasochłonność, [w:] op.cit., s. 8.

7 Idem, Przed wyprowadzeniem, [w:] op.cit., s. 30.

8 Idem, Suchy krzak, [w:] op.cit., s. 34.

9 Idem, Wieczór, [w:] op.cit., s. 36.

10 Idem, I cokolwiek się stanie, [w:] op.cit., s. 72.

11 Idem, Zapamiętaj, [w:] op.cit., s. 86.

12 Idem, Obecność, [w:] op.cit., s. 88.

13 Tak dzieje się przykładowo w przypadku frazy: suche/puste skorupki chrząszczy, które nie zdążyły uciec przed ogniem, która pojawia się w wierszu Przed wyprowadzeniem i Pożar. Nieco mniej wyraziste podobieństwo można również zauważyć we frazach: suchy wiatr sieje pierwsze krople deszczu (wiersz: Przed burzą) i pojedyncze kępy traw wyglądały jak pierwsze krople deszczu na wyschniętej ziemi (wiersz: Odwiedziny).

Marta Wróblewska
 

 

[recenzja] Obecność. Tomasz Mielcarek

Recenzja tomiku „Obecność” Tomasza Mielcarka.

Obecność Tomasza Mielcarka to cykl poetycki pełny antynomii. Życie przechodzi tu płynnie w obumieranie, obecność w nieobecność, znane w obce. Czy zatem tytuł jest trafny? Przyjrzyjmy się kilku fragmentom:

Dochodzi południe i ulica wyschła na wiór;
płytki chodnika łuszczą się jak farba.
Siedzimy na dachu, w cieniu kominów;
kradniemy własny czas
1

Światła nie widać,
dopóki wpadając do pokoju,
nie rozpadnie się na książkę, łóżko, stół
i drżący cień twojej dłoni,
gdy z trudem sięgasz po szklankę z wodą.
2

Siedzę u ojca na ramionach, a i tak ledwo dosięgam
soczystych gałęzi leszczyny. Zerwane orzechy
wkładam do małego, wiklinowego koszyka,
który mama dostała kiedyś w prezencie od babci.
Jesień dojrzała w tym roku wcześniej niż zwykle.
3

Wydaje się, że Obecność jest tytułem uzasadnionym o tyle, że ciężar wierszy został osadzony właśnie w teraźniejszości, w obrębie której dzieje się większość utworów4. Ta chwila, zawieszona między wczoraj i dziś, wytwarza szczególny rodzaj napięcia. Jest to moment – z jednej strony – obfitujący w codzienne, prozaiczne wypadki jakiegoś małego miasteczka (czy wioski) i jego mieszkańców, z drugiej – skrywający w sobie ułamki (często tragicznej) przeszłości czy przeczuwanej dopiero grozy jutra5. Choć podmiot liryczny wykazuje się ogromną, niemal reporterską precyzją opisu, chwila obecna – jak sam przyznaje w jednym z utworów – wymyka się możliwościom dokładnego uchwycenia:
Wyraźna jeszcze kilka godzin temu granica
pomiędzy dziś i jutro niemal się już zatarła.
Dom ucichł – jego dźwięczenia i potrzaskiwania
chowają się w szparach, z których wylazły.
6

Tytułowa obecność jest ważna dla interpretacji wierszy zarówno ze względu na wymiar filozoficzny, jak i symboliczny, o jakie zostaje tu wzbogacona. To, co żyje, co trwa zacumowane w teraźniejszości, nieustannie (wręcz konwulsyjnie) pulsuje, rozrasta się i przeobraża. Te przekształcenia, będące wyrazem dynamiki ludzkiego życia autor często zestawia z żywiołami przyrody, które są nie tyle wrogie człowiekowi, co po prostu nie liczą się z nim przy wprowadzaniu swoich chaotycznych porządków. Na drugim biegunie względem obecności, życia i trwania znajdują się postępująca stagnacja i finalny bezruch:

zimą ptaki wyjadały spod jej żółtych paznokci okruszki chleba,
a ona kurczyła się jak ziarenko grochu, wysychające samotnie
w kącie pustego pokoju
7

Zawsze było jej za dużo w słowach, w gestach, w czynach;
teraz jest już tylko suchym krzakiem, czekającym na iskrę
8

Pod rozgrzanym parapetem paruje kokon ćmy,
której poczwarka była zbyt słaba, żeby przebić jedwabną ściankę
9

Dopóki istnieje ruch, istnieje życie. Elementy, które nieruchomieją mogą być jeszcze przez chwilę przechowywane w ich dawnych kształtach przez pamięć, ale ostatecznie, jakkolwiek byłyby ważne, muszą odejść w zapomnienie. Mimo przyjętej optyki wiersze Mielcarka, choć przepełnione tematyką egzystencjalną i wanitatywną nie wybrzmiewają skrajnie pesymistycznie. Cykle bycia i znikania, obecności i odchodzenia są bowiem niejako wpisane w nieustanny rytm przeobrażeń istot i materii. Poza tym w teraźniejszości mają miejsce również rzadkie chwile szczęścia, które wydają się wyjęte poza nawias niszczycielskiej siły czasu i zmian. I nawet jeśli jest to specyficzny optymizm, można go dostrzec wyraźnie w niektórych wierszach:

kilka ostatnich dni było zbyt ciepłych,
żeby poczuć jakikolwiek ruch; zbyt cichych,
żeby cokolwiek zmienić.
Wieczorem wyszedłem na spacer.
Byłem sam. Zanurzyłem twarz w głębokiej trawie.
Była ciepła. Pachniała tobą.
10

Tak w ogólnym zarysie przedstawiają się tematyka i nastrój tomiku, które nie należą oczywiście do nowych: wręcz przeciwnie – są obecne w poezji od bardzo dawna. Jednak utwory Mielcarka są interesujące nie ze względu na pionierskość tematyki czy rodzaj przedstawionej w nich refleksji, a na sposób ich realizacji. Już po przeczytaniu kilku wierszy daje się odczuć charakterystyczną dla całego tomiku mieszankę surowości stylu i niewymuszonego liryzmu, które cechują sposób obrazowania. W ogromnej mierze jest to zasługa umiejętnego skonstruowania osoby mówiącej i sytuacji będących przedmiotem zainteresowania autora.

Podmiot liryczny opisuje rzeczywistość zwięźle, jednocześnie powściąga własne ja. Na próżno szukać śladów osoby mówiącej – skrupulatnie się je zaciera, usuwa w cień, co jest tym bardziej dojmujące, że większość wierszy utrzymana została w formie pierwszoosobowej, która zwykle sprzyja emocjonalności. Sposób mówienia podmiotu lirycznego chwilami przypomina różewiczowską dykcję zaciśniętego gardła: nad kwiecistością opisu dominuje tu precyzja w nazywaniu zdarzeń, czy zjawisk, które niejako mówią same za siebie:

W ustach smak ciepłej wódki. / Został mokry ślad i kilka połamanych pokrzyw./ Suchy wiatr sieje pierwsze krople deszczu. / Psy chłepcą wodę z płytkich kałuż. Sączy się monotonny dźwięk klaksonów.

To szczegółowe odnotowywanie wydarzeń, nierzadko w chwilach, w których uzasadnione byłoby wyrażenie osobistego stosunku do opisywanej rzeczywistości spaja tomik w zwartą całość, zarówno pod względem formalnym, jak i tematycznym. Z namysłem budowany przez Mielcarka dystans podmiotu lirycznego do sytuacji, o których mówi jest w pewien sposób wytłumaczony w dwóch ostatnich wierszach: Zapamiętaj i Obecność:

To wszystko jest ważne, liczy się każdy szczegół:
ta jaśniejąca w oddali bryła, która nagle
zmieniła kolor przeistaczając się
w migocący punkt; i ten niespodziewany błysk
11
Tamte miejsca – byłem tam;
patrzyłem na nie, a one zmieniały się,
aż pewnego dnia stały się obce
12

Chodzi więc o to, aby zapamiętać jak najwięcej, odnotować w pamięci ogół doświadczeń, razem z pozornie nieistotnymi szczegółami. Nawet jeśli pamięć okazuje się ostatecznie wadliwa, to w tych staraniach tkwią pewna wartość i pewna tajemnica.

Tomik Obecność, będący debiutem książkowym Tomasza Mielcarka, jest propozycją bardzo dojrzałą. Nie powinno to dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę, że autor od lat związany jest ze środowiskiem poetyckim i twórczym. Poza wymienionymi wcześniej zaletami książki na uwagę zasługuje również dopracowanie detali wierszy. Zdarza się, że poeta sięga po frazy już wcześniej użyte13. W ten sposób utwory wchodzą między sobą w intertekstualne zależności, a pewne układy wyrazów powracają refrenowo, lecz w nowych kontekstach. W jakiś sposób przypomina to również mechanizmy ludzkiej pamięci odwołującej się do klisz pozyskanych na drodze indywidualnych przeżyć. To niewątpliwie zabieg ciekawy i wymagający świadomości pisarskiej.

W pozornie bezemocjonalnej dykcji autor w sposób przemyślany umieścił puenty i kontrasty, które budują narastające napięcie. Swoiste powściągliwość i apoetyckość niektórych fraz w końcowym rozrachunku jedynie wzmagają sposób, w jaki utwory te potrafią oddziaływać na czytelnika. Potrafią, i w moim przypadku oddziaływały.

1 T. Mielcarek, W samo południe [w:] IdemObecność, Łódź, 2014, s. 52.

2 IdemSwiatło, [w:] op.cit., s. 58.

3 Idem, Zrywanie, [w:] op.cit., s. 80.

4 Nawet w przywoływanym wyżej wierszu Zrywanie, choć domyślamy się, że jest to scena z przeszłości, z dzieciństwa podmiotu lirycznego, zdarzenia (na co wskazują formy czasowników) ponownie rozgrywają się w chwili czytania.

5 Szczególnie wyraźne jest to w wierszach traktujących o śmierci, starości, umieraniu (np. Suchy krzak, Oczekiwanie, Przed wyprowadzeniem, Syrena) czy katastrofach (Pożar, Powódź).

6 Idem, Czasochłonność, [w:] op.cit., s. 8.

7 Idem, Przed wyprowadzeniem, [w:] op.cit., s. 30.

8 Idem, Suchy krzak, [w:] op.cit., s. 34.

9 Idem, Wieczór, [w:] op.cit., s. 36.

10 Idem, I cokolwiek się stanie, [w:] op.cit., s. 72.

11 Idem, Zapamiętaj, [w:] op.cit., s. 86.

12 Idem, Obecność, [w:] op.cit., s. 88.

13 Tak dzieje się przykładowo w przypadku frazy: suche/puste skorupki chrząszczy, które nie zdążyły uciec przed ogniem, która pojawia się w wierszu Przed wyprowadzeniem i Pożar. Nieco mniej wyraziste podobieństwo można również zauważyć we frazach: suchy wiatr sieje pierwsze krople deszczu (wiersz: Przed burzą) i pojedyncze kępy traw wyglądały jak pierwsze krople deszczu na wyschniętej ziemi (wiersz: Odwiedziny).

Marta Wróblewska
 

 

[recenzja] Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć. Kuba Wojtaszczyk

Wściekli humaniści i ich doświadczenia w zderzaniu się z rynkiem pracy to tematy popularne i dosyć często poruszane w publicznej dyskusji, szczególnie wtedy, kiedy polityczni znawcy każdego aspektu życia obywateli akcentują koniunkturalną nieprzydatność absolwentów kierunków artystycznych czy literaturoznawczych. Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć również zajmuje (albo raczej: nachalnie stara się zająć) stanowisko w tej sprawie. Niestety, groteskowa groteskowość i absurdalna absurdalność powieści rysuje bohaterów jako upośledzonych emocjonalnie młodych ludzi, co zupełnie ośmiesza i dyskredytuje ważną kwestię, wobec której Wojtaszczyk chce się opowiedzieć.

Kuba Wojtaszczyk, którego najnowsza powieść Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć jest dopiero drugą książką w dorobku, konsekwentnie lansuje się na literackiego celebrytę, prowadząc w mediach społecznościowych zintensyfikowaną promocję siebie i swojej twórczości. Z tak umiejętnie prowadzonej narracji (bo i liczba spotkań imponuje, wywiadów telewizyjnych i wypowiedzi dla popularnych portali i gazet również nie brakuje) wyłania się obraz genialnego pisarza, erudyty i społecznego autorytetu, który od czasu debiutu stale zaznacza swą obecność w przestrzeni internetowej, stopniując napięcie przed publikacją Kiedy zdarza się…, jak gdyby narodzić się miało epokowe arcydzieło. Takie megalomańskie zabiegi wybaczyć można Szczepanowi Twardochowi, Kubie Wojtaszczykowi już nie.

Już debiutancki Portret trumienny pozostawiał wiele do życzenia: raczej daleko było mu do oddania zawiłości rodzinnych relacji, a znacznie bliżej do utrwalania stereotypów dotyczących poszczególnych członków familii, języka tabloidów, usilnego wywołania skandalu i szoku, bo o geju, prowincjonalnej, chamskiej mentalności, artystach i pracy w kulturze w ogóle – czyli o tematach modnych, do jakiegoś stopnia kontrowersyjnych w ogólnej społecznej świadomości. Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć porusza tematy z podobnego kręgu – toksyczne relacje rodzinne też wybrzmiewają, choć raczej z tła, a nie z pierwszego planu. Geje również obecni, tak samo swą orientacją i zniewieścieniem epatujący i irytujący (proszę jednak nie mylić tej myśli z homofobią, od której jestem daleka). Wojtaszczyk wyzyskuje jednak pewną kwestię mocniej, niż w przypadku debiutu, czyniąc z niej oś fabularną powieści − miejsce artysty i humanisty na rynku pracy.

Rozumiem pomysł, jaki stał za napisaniem książki – groteskowe ujęcie współczesnych realiów, ironię, zjadliwość w ocenie środowiska młodych inteligentów i twórców. Niestety, kiedy groteska jest ciągle obecna, absurd goni absurd, a logika wielokrotnie postanawia zaniknąć, powieść staje się nudna, męcząca i zwyczajnie – zła. Wymysły jednego z głównych bohaterów, Witolda Szpaka − mężczyzny, któremu wydaje się, że jest angielskim lordem, porzuconym synem księżnej Diany − na początku ciekawią, budzą politowanie i wywołują pobłażliwy uśmieszek. Sęk jednak w tym, że bohater jest prezentowany nieustannie tak samo. Jego egzaltowana mowa, poczucie wyższości i rozmowy z wyimaginowaną kucharką i przyjacielem, nie wnoszą niczego nowego do portretu psychologicznego postaci, zwłaszcza, kiedy pojawiają się w podobnej i przewidywalnej konwencji kilkunasto (jeżeli nie kilkudziesięcio-)krotnie. Szkoda, bo samozwańczy lord jest najmocniejszym punktem powieści. Zastrzeżenie o powielaniu informacji o postaciach przy późniejszej ich ekspozycji, dotyczy właściwie wszystkich bohaterów.

Nie ma z kolei chyba bardziej irytującej studentki (a właściwie doktorantki) polonistyki, niż Weronika. Uderza mentalność dziecka, naiwność i przekonanie, że interdyscyplinarność i nauka jest lekiem na całe zło. Dlatego też dziewczyna tak łatwo przystaje do manifestacji organizowanej przez znajomą (i podziwianą) doktorantkę, a która to manifestacja dotyczy złej sytuacji studentów na rynku pracy i braku chęci rozwiązywania problemów młodych przez miasto. Zapalnikiem protestów stała się z kolei postać Radomira W., studenta Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, który został aresztowany za instalację składającą się z ciał martwych chomików, powstałą z chęci zaistnienia w świecie artystycznym. Dziwi bardzo szybka i kuriozalna zmiana w światopoglądzie Weroniki, przemiana raczej słabo wytłumaczalna logicznie i skąpo uzasadniona w powieści. Z odrealnionej studentki staje się ekstremistką, która zaczyna przewodzić grupie zbuntowanych studentów, obrońców Radomira W., biorących zakładników i okupujących budynek UAP-u.

Trudno też powiedzieć, kto lubi patrzeć na tytułową przemoc. Wszyscy bohaterowie są raczej nad wyraz bierni i nad śmiercią, a raczej – nad zabójstwami – szybko przechodzą do porządku dziennego. Po morderstwie współlokatora Witold chce jedynie obejrzeć z ciekawością miejsce zbrodni, a chłopak właściciela kwiaciarni, który odkrywa ciało partnera, wycofuje się z miejsca zbrodni, wypiera się publicznie znajomości z Adamem. Zachowanie samozwańczego lorda jest wytłumaczalne – jego postać do pewnego stopnia intryguje swoją odmiennością i irracjonalnością, nie dziwimy się więc w dalszej części powieści, kiedy próbując wydostać się z okupowanego budynku UAP-u, na Witoldzie nie robi większego wrażenia fakt, że jego przewodnik, również współlokator, zostaje zastrzelony. Zabójstwa w powieści przechodzą raczej bez echa, podobnie z przemocą.

Język powieści też stara się być bardziej „na czasie”, niż podpowiada logika, weźmy na przykład takie oto porównanie: „Obraz jest zamazany, jakby ktoś przeciągnął po nim pędzelkiem blur w Photoshopie”. Telefon również nie jest już telefonem, to iPhone (jeszcze jeden cytat: „Wybiera Evana, niczym pokemona z pokeballa). Inna kwestia, która kuje w oczy – zbytnia sprawozdawczość i nachalna chęć oddania realiów, też topograficznych:

„Weronika odkłada przedwczorajszy „Głos Wielkopolski” na niski stolik z IKEA”
„Evan wypala cztery papierosy z rzędu, siedząc na ladzie nieopodal swojego iPhone’a w silikonowo-plastikowym etui. Z telefonu puszcza płytę Rebeki”.
„Wychodzi, jest już na schodach. Czuje zapach stęchlizny przedwojennej kamienicy. Zbiega po stopniach i wydostaje się na zatłoczoną ulicę. (…) Przyspiesza, omijając slalomem klientów. Idzie ulicą Dąbrowskiego w kierunku Teatralki, tuż przy kinie Rialto ponownie tego dnia pokonuje pasy”.

Wydaje się, że Wojtaszczykowi udzielono zbyt dużego kredytu zaufania. Debiutancka powieść, o ciekawej szacie graficznej, ujawniała pewną intuicję i sprawność językową, która nie rozwinęła się w kolejnej powieści. Modny, tabloidowy temat to zbyt skąpy materiał na dobrą powieść, choć kampania wizerunkowa na facebooku wskazuje nieco inny cel, niż napisanie dobrej książki – byłby nim raczej sukces rynkowy. Receptą na tenże sukces według Wojtaszczyka byłby więc bohater-gej, bezrobotny lub sfrustrowany niezadowalającą pracą humanista i opisywanie, możliwie jak najwierniejsze, osobliwych ludzi, określanych bliżej niesprecyzowanym słowem „hipster”, czyli kategorią już raczej przebrzmiałą i nie niosącą żadnego innego znaczenia, niż pragnienie popularności. Aż kusi, żeby zaliczyć autora w poczet hipsterów właśnie. Zobaczymy, co przyniesie trzecia powieść.

Agnieszka Budnik
 

 

[recenzja] Gorzki smak czekolady lucullus. Leopold Tyrmand

Istnieje lista książek, których nieznajomość może być w środowisku literackim wielkim faux pas. Czy więc powinnam przyznawać się do tego, że z prozą Tyrmanda zetknęłam się po raz pierwszy? Niesie to za sobą pewne ryzyko, ale z drugiej strony daje możliwość spojrzenia na jego twórczość bez fascynacji Złym i legendą barwnego życia pisarza. Dlaczego jednak nie zadowoliłam się najnowszym wydaniem opowiadań i postanowiłam cofnąć się do egzemplarza z 1957 roku?

Książkę rozpoczynają opowiadania Rower, czyli zemsta moralności i Hanka – według mnie jedne z najciekawszych punktów tego zbioru. Pod względem formalnym mamy do czynienia z bardzo dobrze prowadzonymi opowieściami. Wzorowo skomponowana fabuła nowelistycznie została skoncentrowana na jednym motywie. W Rowerze… oś narracji opiera się właśnie o tytułowy jednoślad, będący powodem nietypowych rozważań na temat moralności, ale także przyczyną szaleństwa. W Hancenajistotniejszy jest wątek kariery pływackiej nastolatki zmagajacej się nie tylko ze swoim ciałem i talentem, ale również młodzieńczym buntem i życiowymi pokusami.

W tych dwóch opowiadaniach niezwykle ważna jest przestrzeń, w której usytuował wydarzenia autor. W Rowerze… Sztokholm zostaje pokazany z perspektywy poznającego miasto podróżnego i staje się scenografią do ironicznej refleksji nad narodowymi stereotypami – Polak-złodziej zostaje skontrastowany z uczciwym Szwedem. Pierwszoosobowa, stylizowana na potoczną, anegdotyczną wypowiedź narracja hipnotycznie wciąga czytelnika. Wpływ na to ma również prosta, ale w swojej prostocie ciekawa klamra kompozycyjna, w którą ujęty został kluczowy monolog jednego z bohaterów.

Hance podkreślona została opozycja basen–klubokawiarnia – są to miejsca zdecydowanie przez autora zwaloryzowane. Świat przedstawiony budowany jest z perspektywy dorosłego, pierwszoosobowego narratora-moralizatora, który często spogląda na rzeczywistość oczami czternastoletniej dziewczynki. Taka kompilacja wywołuje ciekawe napięcie. Wyczuwa się nadchodzącą katastrofę, bo co innego może powstać z połączenia młodzieńczych ideałów z prozą rzeczywistości? Jednak żadnego kataklizmu ostatecznie nie ma – a szkoda. O ile w Rowerze mentorski ton jest poszyty lekką nutką ironii, Hanka przez swoje zakończenie z poprawnym happy endem przypomina pedagogiczną i pretensjonalną opowiastkę dla nastolatek.

W tyrmandowskim języku nie ma miejsca na górnolotność czy kwieciste metafory, które mogłyby odwracać uwagę od świata przedstawionego. Pisarz pokazuje czytelnikowi Europę i Polskę uwikłane w trudną historię, pisaną z perspektywy kelnerów, robotników i urzędników. Opowiadania wprowadzają w czasy PRL-u, ukazują kulisy pracy i życia ówczesnej klasy robotniczej, a także problemy Polaków na emigracji.

W ramach obcowania z prozą Tyrmanda postanowiłam poszukać dodatkowych kontekstów lekturowych – i tutaj pojawił się pewien problem. Okazało się, że zawierające 14 opowiadań wydanie MG niekoniecznie odpowiada temu, które ukazało się w Czytelniku w 1957 roku. Pierwotna wersja Gorzkiego smaku czekolady Lucullus i innych opowiadań składała się z 10 tekstów i przedmowy pisarza, a całość została podzielona na trzy – jak się potem okazało – tematyczne części, których brakuje w nowym wydaniu.

Do „odświeżonej wersji” z roku 2012 dodano Hotel Ansgar, Kolację, Pokój ludziom dobrej woli, i „Błyskawicę” słychać w Oslofiordzie. Dodatkowo zamieniono kolejność opowiadań. Decyzja redaktorska wprowadziła zamieszanie lekturowe – osoba, która po raz pierwszy styka się z twórczością Tyrmanda, nie dowie się, że sięga po coś innego niż pierwowzór. Nie uważam, żeby takie rozwiązanie było złe, ale warto poinformować czytelnika o zabiegu, tak czy owak, wzbogacającym nieco chaotyczne wydanie.

Tyrmand w przedmowie do Czytelnika zdradza, że opowiadania powstawały w różnych momentach jego życia i nie zawsze były traktowane przez niego poważnie, ponieważ był przekonany, że „na pisanie szkoda czasu, że należy żyć szybko, różnorako i nigdy nie zamykać oczu nawet wobec błysku eksplozji i dławiącego lęku”. I czuć w tych opowiadaniach tą życiową prędkość – zmiany zawodów, miejsc zamieszkania, obiektów fascynacji. Trzeba podkreślić, że wydarzenia ze zbioru Gorzkiego smaku… są literackim przetworzeniem autorskich przeżyć z lat 40., 50. i 60. To fragmentaryczny zapis wspomnień, intrygująca mozaika, zachęcająca do pogłębienia wiedzy na temat biografii twórcy. To również prozatorskie pocztówki z życia pisarza, dzięki czemu w życiorysach wielu bohaterów odnajdziemy Tyrmanda, który sam mógł być jednym z opisywanych przez siebie kelnerów czy tłumaczy.

Pisarz długo walczył z pokusą, żeby nie nazwać swojego zbioru „Opowiadaniami szufladowymi” – niewątpliwie ta nazwa idealnie odpowiada moim wrażeniom po przeczytaniu książki. Fragmentaryczneopowieści o smaku gorzko-słodkim są dobrą, ale niezobowiązującą lekturą – uzupełniają wiedzę o autorze, porządkują etapy rozwoju jego twórczości, stanowią swego rodzaju szkic do innych, większych form. Gdybym wcześniej czytała Tyrmanda i wiedziała o wprowadzonych przez wydawnictwo MG zmianach, być może zauważyłabym, że „grupa opowiadań dziejących się w czasie wojny w Skandynawii i w Niemczech to z jednej strony kontynuacja Hotelu Ansgar, z drugiej zaś przymiarka do Filipa (1961)”1.

Nie wiem, czy kiedyś powrócę do Gorzkiego smaku czekolady Lucullus i innych opowiadań, ale mimo wszystko dobrze było poznać Tyrmanda właśnie od takiej, mniej wyidealizowanej strony. Jednak z ciekawością zabieram się do przeczytania Złego, nie tylko ze względu na towarzysko-polonistyczny nietakt, jaki konotuje jego nieznajomość. A to chyba jednak podkreśla uniwersalną moc tej szorstkiej, realistycznej prozy.

1Krzysztof Masłoń, Pralinka z nalotem, Rzepospolita 2007 [ONLINE: http://www.rp.pl/artykul/73352-Pralinka-z-nalotem.html#ap-1]

Joanna Hała
 

 

Pages