Artykuły

[recenzja] Zachód słońca w Kurwidołach. Rafał Gawin.

Zachód słońca w Kurwidołach Rafała Gawina jest jak dyktafon pozostawiony w dworcowej księgarni – żywioł języka codziennego miesza się w nim z literaturą; popkultura, media współistnieją tu na równych zasadach z kulturą sensu stricto. To poetycki bazarek, cyrk osobliwości, w którym słaba postmodernistyczna podmiotowość mierzy się z własnymi ograniczeniami, próbując maskować niedoskonałości płaszczem cytatów i parafraz.

Trudo przyłapać Gawina na jakiejś jednoznacznej poetyckiej deklaracji; język(i) jego wierszy uciekają od stanowisk, rozpływają się w rejestracji, by nagle zmaterializować się, uchwycić żywioł w momencie, w którym wytwarzają się nowe sensy. Z tych zapasów wiersze autora Wycieczek osobistych wychodzą raczej obronną ręką, co nie oznacza oczywiście, że nie ma w tej poezji przestrzelonych metafor i nazbyt efekciarskich zabaw językiem. Wszechobecne cytaty, parafrazy, zapożyczenia i inspiracje pozwalają oczywiście na wielopoziomową lekturę tych wierszy – jako utworów autonomicznych, polemik lub parodii. Sugeruje nam to już, być może zbyt ostentacyjnie, sam tytuł tomiku – trudno nie kojarzyć go ze zwycięzcą Nagrody Literackiej „Nike”, Zachodem słońca w Milanówku Rymkiewicza. Na ile to skojarzenie dokądkolwiek nas prowadzi, musimy odpowiedzieć sobie jako czytelnicy sami. Choć u Gawina, podobnie jak u Rymkiewicza, wulgarność codzienności zderza się z tym, co wzniosłe, to trudno doszukać się tu jakiegoś głębokiego dialogu z autorem Kinderszenen.

Tak jak w 1 Kor 13, 4, tytułem nawiązującym do Hymnu o miłości z Nowego Testamentu, w budowie zaś przypominającym Co widziałem Herberta, choć oczywiście moglibyśmy włączyć w krąg inspiracji biesiadne Oj dana oj dana, w którym:

(…) Widziałem, widziałem
Czarną, obrośniętą
W stodole na sianie
Owieczkę zarżniętą.

Straciła Maryśka
Wianeczek pod miedzą.
Ojciec, matka nie wie,
Ale ludzie wiedzą.

A tu już sam autor Zachodu słońca w Kurwidołach i jego poezja:

Widziałem sumienie czyste i przejrzyste
(znam ten slogan z barów szybkiej obsługi),
pełne wiary w siebie, człowieka z nadziei
i miłości, która rozwiązuje wszystkich.

Widziałem rozwiązanie, krzyżówki,
Które wyzwoliły wspólne hasła:
Pieniądz stał się drugorzędną walutą,
Nie stał na wysokości zadania.

Taka jest właśnie poezja Gawina – uciekająca od wzniosłości w stronę kiczu, składająca deklaracje tylko po to, by chwilę później się z nich wycofać. Moglibyśmy powiedzieć oczywiście, że mamy przecież do czynienia z poezją postmodernistyczną, hiperliteraturą, która chłonie rzeczywistość i wypluwa komunikaty dostosowane do naszych, atakowanych z każdej strony, zmysłów. Bombardowani milionami pojęć, zaczynamy w jednym szeregu pytać o Boga i finał szóstego sezonu Gry o tron. Gawin doskonale odnajduje się w tym rozgardiaszu, sprawnie korzysta z dziedzictwa, jakie zostawili mu choćby antyczni dadaiści i niewiele mniej antyczny Burroughs z jego techniką cut-up. Ten remiks może się podobać, jest coś hipnotyzującego w wierszach, w których „Zrównują się wersy/ i kroki, wytwarza napięcie między nimi”.

Niezdecydowanie, zatrzymywanie się w pół kroku, może być też u Gawina spowodowane generalnym rozczarowaniem, jakie przynosi poezja. W takim ujęciu Zachód słońca w Kurwidołach staje się psychodeliczną podróżą ad fontes, przez popkulturę do sensu/ów literackości. Czym jest poezja i nigdy nie będzie kończy się słowami:

Byle nie chodziło o mnie,
jak nie chodzi o ciebie w tym wierszu,
w tym życiu poza zgiełkiem pierwszej prawdy,
której zawierzyłem i zostałem z niczym.

To rozczarowanie powraca w kolejnym wierszu, w Średnim europejskim:

Od kiedy muszę być wielki,
a od kiedy ważny? Dwa metry
od wyjścia dzielą między siebie:
kelnerka w obcisłych szortach

i właściciel-menda.

Wiersze u Gawina są w ogóle czymś takim, co po rozpoczęciu można głównie zaprzepaścić („Kiedy napiszę wiersz, nie pytaj/ o szczegóły. Nie chcę go stracić”), czym nie da się imponować, co uwiera. Wyjściem z tej sytuacji okazuje się być może ustawiczna gra cytatami, nawiązaniami, inspiracjami i parodiami, która ma miejsce w tym tomiku. W tytułowym Zachodzie słońca w Kurwidołach, wierszu z mini cyklu Rytm podwójnych kliknięć możemy przeczytać:

Ukradnę Ci fragment, który przegoni tę twoją całość, 
każdą jej warstwę, wzdłuż miejsc, gdzie potrzebne
były strzały: krew, pot, łzy, życiodajne wydzieliny

Nie ma w Gawinie lęku przed kiczem i zabawą językiem, która momentami przeradza się w przegląd mniej lub bardziej błyskotliwych skojarzeń językowych. Klisze mu nie przeszkadzają, wpisują się w jego estetykę wyczerpania poezji. Bezkompromisowość tej postawy może w równej mierze imponować, jak i męczyć, bo piętrzące się językowe kalki z rzadka okazują się czymś więcej niż tylko słowotwórczymi wygibasami. Jest jednak w tym lingwistycznym lombardzie jakiś urok, coś, co Gawin opisuje jako żal & żar – żal za utraconą potrzebą i oczywistością poezji oraz żar buchający z literackiej maszyny, która nawet jeżeli nie wyprodukuje nowych znaczeń, to spróbuje zachować to, co udało się już zdobyć i wypracować.

Krzysztof Wojciechowski

 

https://www.facebook.com/events/342621712832665/

Owczarek w tomiku Stojąc na jednej nodze dokonuje morderstwa, następnie zaś prometejskiego czynu – unicestwia Człowieka, tworząc w jego miejsce widniejącą na okładkę androgeniczną hybrydę, której głowę, mózg i świadomość zastępuje korona, spośród jej liści wystają przedmioty gospodarstwa domowego, a na gałęziach spoczywają ptaki. Wojna pomiędzy naturą a podłym i niewdzięcznym gatunkiem homo sapiens nie jest w poezji niczym nowym, a że autor już wśród początkowych mott przytacza myśl celebrującego tę dychotomię Williama Blake’a, trop jest chyba dość jasny. Czy Owczarkowi udaje się zderzyć z tą konwencją nie popadając w banał i truizm? Skłaniam się ku twierdzącej odpowiedzi.

Z miejsca należy zaznaczyć, że autor wypada imponująco jako dokumentalista wspomnianego konfliktu; gorzej, gdy zaczyna poszukiwać synergii i symbiozy pomiędzy obiema siłami. Tyczy się to opisywanej przez niego w ten sposób dynamiki pomiędzy zderzającymi się ze sobą sferami, jak i próbami komponowania poetyckich kolaży − kiedy tworzy splot symboli (Drzeworyt) w którym zlewa się polityka, natura, psychoanaliza, sacrum i profanum, eteryczność i wulgarność − otrzymujemy rażący miszmasz:

(…) sarkofag. drzewo rozpustne
w koronie miłości, ta ćma
wibruje i piszczy. drzewo

wisielców i Chłopca Starca.
z jego jąder tryska sperma,
gęsta od miodu i gwiazd

Podobny problem pojawia się w Aufchebung, aczkolwiek w tym przypadku w pewnym momencie romantyczna poetyka znakomicie wręcz zlewa się z obrazami urbanistycznej gehenny:

pole ostu piliło, aż po koniec listy.
a byłem jak nośnik. śniłem, że świat
się roznosi przez analogię. wszystko

wszystkiemu spłaca dług i wraca do bazy,
na wschodzie las płakał nad wyrżniętym pasem
przez ostoję. z nieba kluło się światło.

zagruntowali S8
cała Polska w nadbudowie 
grilluje wieprzowe sny

Zanim jednak dotrzemy do tego punktu w wierszu, pojawia się polityczna demagogia, oddzierająca trochę utwór z mistyczności. I choć coda wiersza wraca do punktu wyjścia, manifestacyjnego flirtu z socjopolityką i jako niezależna zwrotka jest znakomita, całość pozostawia po sobie nadto chimeryczne wrażenie.

Wszelki niesmak wkrótce zaciera przewrotnie zatytułowana pieśń Nadir – paradoksalnie, pewien klimaks zbioru. Znowu jest to mocno skondensowane zbicie wielu obrazów; podróży w czasie, przeskakiwania między mitologiami, kolejnych starć ludzkości i Matki Natury. Owczarek sprawnie porusza się w dłuższych formach wiersza, rozdzielając je często na epizody, tworząc tryptyki, kilkuzwrotowe utwory. Ich spójność, koncentracja i wierność konceptualności Stania na jednej nodze tworzą jasny, mocno uderzający przekaz, którego specjalnie nie zakłócają choćby przytaczane i kontrowersyjne momenty tomiku.

Owczarek jest piękny, kiedy komponuje blake’owski liryzm z szyderstwem, unikając przy tym reanimowania quasi-romantycznej estetyki. Ożywia roślinny, zwierzęta, wiatr i pory roku, wysyłając je na kolejne bitwy z kakofonią autostrad i samolotów myśliwskich. Pozwala sobie przy tym na bezceremonialne zabawy lingwistyczne – lepi słowa składające się z jakby przypadkowych sylab, onomatopei i wykrzykników. Tworzy coś będącego rodzajem zbitki miejskiego harmidru i leśnego pogłosu. Znowu, tym samym wkomponowując się w jasno wyklarowany koncept, zapowiedziany już przez samą okładkę.

dziecko widzi
i mówi:
szszszsz

sosny się ruszają.
przeszywa je podmuch
się kołyszą. szyją

szszszsz
głowy.
korony.

igły.

Kły?

Czasem, odgrywając rolę przebiegłego dyplomaty, Owczarek próbuje na nowo zeswatać gatunek ludzki z naturą. Celem osiągnięcia tego porozumienia autor oddelegowuje w wierszach dziecko; zabieg to niedwuznaczny, łącznikiem między dwoma światami może być wyłącznie uosobienie niewinności. Dziecko ma być katalizatorem przemiany, wystąpienia z mieszczańskiego konglomeratu, powrotu na łono natury. Nawet, kiedy zaniepokojone dostrzega w igłach sosny kły.

Owczarek lubuje się też w zdrobnieniach, używając ich w sposób balansujący na granicy obsceniczności, raczej celem prowokacji, niż infantylizacji. Jednocześnie, ile razy by nie używać terminologii, przy omawianiu Stojąc na jednej nodze nie da się uciec wrażeniu, że autor raczej szuka schronienia przed każdą formą konfliktowości i polemiki, w którą sam bezpośrednio mógłby być zaangażowany. Notabene, także przed krytyką literacką w Żegnaj, detektywie.

 

być w zdaniu tak, żeby nie zauważył tego
słowa. wymykając się antologii. igrając
z analogią. na przykład w przeddzień nocy

 

Tym samym wywody moje (i kogokolwiek innego) mogą nie mieć dla świeżo upieczonego dyrektora łódzkiego Domu Literatury większego znaczenia. Choć jednocześnie można być pod wrażeniem gabarytów i barwności blurba − autorstwa Karola Maliszewskiego − znajdującego się na tyle okładki książki.

Rozgorączkowany Owczarek zdaje się poruszać w ciągłym biegu, tomik jest pełen migracji, nieprzerwanej pogoni za azylem. Jest to jednak jego prywatny konflikt, odbywający się paralelnie do większej wojny rozgrywającej się dookoła niego. Bitew nie brakuje, momentami można ulec wrażeniu, że autor jest wielbicielem przemocy pomiędzy rzeczywistościami, wojujących ze sobą półkul mózgowych, systemów. Pozostaje biernym widzem dekompozycji świata, na którego obrzeżach się znalazł. Trudno jest też umknąć wrażeniu, że może trochę uprawia przy tym dość jawną mizantropię. Co godne podziwu, z reguły czyni to bez uciekania w manifest (poza paroma urywkami, takimi, jak w Aufchebung). Zamiast tego zarysowuje po prostu zbitą kronikę cywilizacji, która to cywilizacja wyrosła na planecie niczym nowotwór, unicestwiając rasy i plemiona, które żyły z nią w zgodzie. Owczarek, samozwańczy „filozof wiejski”, pozostaje ekspatriantem, który wybiegł w dzicz, uciekł z miasta i niesie dziś poezję ku naturze, ofiaruje ją tam, gdzie „w słońcu nocy gorzeje chrzan, jak ołtarz”.

Max Nałęcz
 

 

[recenzja] Nie ma dobrych ludzi. Ewa Jarocka.

Trzeba się porządnie wypróżnić z demonów młodości, żeby swobodnie żyć jako dorosły.

Nie chcę przez to powiedzieć, że literatura służy rozwiązywaniu problemów. Wręcz odwrotnie. Literatura, a w tym poezja, służy ujawnianiu trudności, wskazywaniu punktów zapalnych i przepracowaniu ewentualnej traumy. W przypadku Jarockiej i jej tomiku Nie ma dobrych ludzi mowa o traumie przedstawionej za pomocą figury skrzywdzonej psychicznie kobiety, której doświadczenia utrudniają nie tylko poruszanie się w dorosłości, uniemożliwiając również oderwanie się od bolesnych wspomnień, ale sterują każdym nowym doświadczeniem jako wtórną, powracająca niczym mantra, krzywdą. Krzywda jest nadrzędna wobec języka, którym Jarocka opowiada historię przemocy, bo przecież przemoc symboliczna to zwłaszcza przemoc dokonywana na języku.

„Jestem trudna do lubienia” − deklaruje już w pierwszym niezatytułowanym wierszu Ewa Jarocka. Wyznanie to brzmi jak afirmacja odrzucenia, akceptacja nienawiści do siebie samej, a więc − w tym przypadku – wstrętu wynikającego z tożsamości podmiotu lirycznego, osadzonego w roli młodej kobiety: skrzywdzonej („to on wybił jej ten ząb”), straumatyzowanej („fałsz chroni nas przez nami samymi”), poniżonej („ja jestem trudna do lubienia”) i zdezorientowanej („a prawda to w ogóle sporna kwestia”). Ostatnia cecha zdaje się kluczowa do zrozumienia tej dezorientacji. Język u Jarockiej często przybiera formę infantylnego, silnie skolokwializowanego i chaotycznego wylewu. Gdzieś w potoku fraz gubi się zasadnicza funkcja mowy, czyli komunikatywność. Ale czy od relacji krzywdzonego wymagamy w pierwszej kolejności poprawności stylistycznej czy szczerego głosu?

Krzywda u Jarockiej występuje też pod postacią przemocy seksualnej:

wsadziła mi rękę w majtki i myśli,
że to miłość.

Pozbawienie czułości i falsyfikacja uczuć to dwa aspekty, które w Nie ma dobrych ludzi powracają w wielu utworach, stanowiąc oś napędową wspomnianej przemocy. Oczywiście w wierszu Ręka w majtkach wcale nie chodzi tylko o fizyczny gwałt. To tylko figura retoryczna − gwałtem może być zwykłe i pospolite oszustwo, nieszczere uczucie czy zawiedziona miłość. Motorem poezji Jarockiej jest coś jeszcze innego. Chodzi o symbolikę czynu. Poetka w roli agresora wcale nie ustawia stereotypowej figury − kobiety. Symbolicznym sprawcą jest kobieta, a ofiarą mężczyzna. Dlaczego tak?

Zdaje się, że chodzi nie tyle o wskazywanie palcem winnego/winnej, tylko o zaznaczenie przewrotności i niezależności oprawcy od ofiary. Chodzi o jasny przekaz: żadna, nawet najsilniejsza więź emocjonalna, nie może uchronić od krzywdy. Oprawcą może być każdy. Ani płeć, ani intymna relacja, ani nawet − zdawałoby się najsilniejsze zabezpieczenie – relacja rodzic-dziecko, w stu procentach nie chroni od przemocy.

Nie ma dobrych ludzi są też wiersze zdecydowanie słabsze. Tę słabość postrzegam jako nachalną dosłowność języka poetyckiego, która przybiera formę niepotrzebnych wykrzykników w utworze Wentyl, jak również metaforyczną szorstkość w utworach. Niech za przykład tej nieporadności posłuży fragment wiersza ze strony dwudziestej siódmej:

(…)

się skruszyło, pękło,
nie wybudujesz nad tym wiaduktu.

Zwracam uwagę na ten wiersz, ponieważ Jarocka gubi w nim rytm właśnie za pomocą ostatniego, twardo brzmiącego słowa i zbyt dosłownej metafory. Przykładów językowego niewyczucia w ostatnich wersach wierszy znalazłoby się jeszcze kilka, m.in. tam, gdzie podkreślenie motywu odrzucenia bądź straty dzieje się za pomocą wulgaryzmu (Wydukana):

(…)

ona ma do suchych listków tę słabość,
że je wypierdala.

„Jak uniknąć strasznych ludzi?” Nie da się. W Nie ma dobrych ludzi Ewa Jarocka zapisuje przemoc jako dynamikę gniewu, bezradność wobec brutalności i język, który pełni funkcję dwuznaczną i zarazem sprzeczną: oczyszcza z traumy i staje się nieustępliwym nośnikiem bolesnych wspomnień.


Mateusz Dworek

[recenzja] Smutki tropików. Jarosław Pietrzak.

Gdy spytamy tak zwanego statystycznego kinomaniaka, z czym kojarzy mu się Ameryka Południowa, wśród odpowiedzi znajdą się zapewne hasła takie jak m.in.: karnawał w Rio, Andy, Indianie, las równikowy, fawele. Za pewnik możemy przyjąć to, że nikt nie uraczy nas tytułami filmów wyprodukowanych w latynoamerykańskich studiach filmowych. Wszak do europejskiej świadomości wytwory tamtejszej kinematografii przebijają się bardzo rzadko. Tym większe zainteresowanie wzbudza próba ujęcia dorobku kina Ameryki Południowej ostatnich lat, której dokonał Jarosław Pietrzak w swojej nowej książce Smutki tropikówWspółczesne kino Ameryki Łacińskiej jako kino polityczne. Pozycji o tyle ciekawej, że ukazującej tamtejsze kino jako ważny punkt w dyskusji nad targającymi omawiany region świata procesami politycznymi i społecznymi.

Jarosław Pietrzak z wykształcenia jest filmoznawcą i kulturoznawcą. Na swoim koncie ma publikacje m.in. na łamach „Przekroju”, „Przeglądu”, „Ha!artu”, portalu Lewica.pl, internetowego „Dziennika Opinii” wydawanego przez Krytykę Polityczną oraz autorstwo dwóch przewodników wydawanych pod tym szyldem, poświęconych krytycznemu spojrzeniu na twórczość Andrzeja Wajdy i Jerzego Skolimowskiego. Nowa pozycja jego autorstwa, wydana w ramach serii sygnowanej znakiem Le Monde diplomatique przez Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, nie jest tylko zbiorem esejów szeroko dotykającym tematyki kina południowoamerykańskiego. W Smutkach tropików znajdziemy przede wszystkim szeroką panoramę życia politycznego i społecznego Ameryki Południowej ostatnich dekad. Eseje te są owocem nie tylko dogłębnej analizy podjętego tematu, ale również fascynacji autora tym regionem świata (warto zajrzeć do innego zbioru esejów pod tytułem Notes brazylijski, który zawiera emocjonalną relację z podróży autora do jednego z największych krajów Ameryki Łacińskiej − Brazylii). Pietrzak poddał rzetelnej analizie kilkanaście filmów, które stanowią punkt wyjścia do rozważań nad kondycją tego egzotycznego (z naszego punktu widzenia) kontynentu. Rozmyślań skupiających się na próbach poradzenia sobie z traumą Junty Pinocheta przez Chilijczyków, na ogromnych nierównościach i problemach dzisiejszego neoliberalnego wyzysku, dotykającego całego kontynentu. Warto zaznaczyć, że przykłady opisanych w książce filmów nie stanowią tylko tła do analizy najważniejszych problemów Ameryki Południowej. Czytelnik przekona się o tym już na początku lektury pierwszego eseju Ten pierwszy 11 września: 1973, Santiago de Chile, traktującego o filmowym spojrzeniu na obalenie lewicującego prezydenta Chile Salvadora Allende przez Pinocheta.

Autor poddaje krytyce nie tylko sam warsztat reżyserki czy aktorski bohaterów omawianych filmów. W Smutkach tropików mamy do czynienia z głębokim i krytycznym spojrzeniem na problemy trawiące Amerykę Południową. Subiektywny wybór filmów, prezentowany czytelnikowi przez autora, dotyka spraw trudnych i bolesnych dla mieszkańców tego kontynentu. Wspomniana już Junta Pinocheta, a patrząc współcześnie − problemy wypaczonego kapitalizmu; ogromne nierówności społeczne, których symbolem są fawele (dzielnice nędzy, które są miejscem zamieszkania dla wielu tysięcy żyjących na skraju ubóstwa mieszkańców południowoamerykańskich miast, jednocześnie będące tłem dla akcji wielu latynoamerykańskich filmów), a także dyskryminacja rasowa i płciowa, to tylko niektóre z problemów, z którymi mierzą się filmy będące przedmiotem analizy autora. Jednak eseje Jarosław Pietrzaka w interesujący dla czytelnika sposób wychodzą poza ramy analizy fabuły czy konstrukcji omawianych filmów. Z zaangażowaniem kreślą przed nami panoramę stosunków społecznych charakterystycznych dla Ameryki Południowej. Prezentowane filmy dotykają tematów trudnych z punktu widzenia współczesności, ale i tych z historii krajów latynoamerykańskich, budzących gorące spory polityczne, zarówno wśród elit jak i szerokich mas. Kino południowoamerykańskie śmiało możemy zaliczyć do fenomenów odkrywanych w ostatnich latach przez odbiorców kinematografii na całym świecie. W ostatnim czasie obserwujemy wzrost zainteresowania światowego kina tematami zaliczanymi przez opinię publiczną do katalogu tzw. „trudnych”. Nie inaczej jest z kinematografią Ameryki Południowej. Filmowcy z tego regionu świata nie boją się poruszać niewygodnych, z punktu widzenia realiów swych społeczności, tematów. Wystarczy przywołać wielokrotnie nagradzany Labirynt Fauna w reżyserii Guillermo del Toro z 2006 roku. O klasie tego filmu świadczy nie tylko 22 minutowa owacja na stojąco po premierze podczas festiwalu w Cannes, ale próba nietypowego spojrzenia na problemy targające frankistowską Hiszpanią. Innym przykładem ewolucji zainteresowań południowoamerykańskich reżyserów kwestiami problematycznymi może być dzieło Daniela Ribeiro W jego oczach. Pełnometrażowy debiut młodego reżysera stara się zmierzyć z tradycyjnym homofonicznym podejściem mieszkańców tego regionu do środowiska LGBT. Jednak w debiucie Robeiro możemy dostrzec również ewolucję będącą wynikiem wzrostu świadomości tzw. „postępowej” części społeczeństwa brazylijskiego właśnie względem tego środowiska. Lektura Smutków tropików dostarcza czytelnikowi wiele przykładów filmów dotykających tematów niewygodnych również z punktu widzenia naszego regionu. Wytwory kinomatografii południowoamerykańskiej nie należą do zbyt znanych w Polsce, lektura nowej książki Jarosława Pietrzaka z pewnością może wpłynąć na poprawienie znajomości kina tego regionu świata.

Zwyczajowa bariera, wynikająca ze stereotypowego negatywnego podejścia do inności i obcych, jakie przypisuje się naszemu narodowi, po lekturze tych esejów może łatwo przerodzić się w zrozumienie dla problemów mieszkańców tego kontynentu. Smutki tropików tylko z pozoru są książką traktującą o wytworach kina Ameryki Łacińskiej. Dorobek tamtejszej kinematografii stanowi punkt wyjścia do rozważań autora nad problemami trawiącymi społeczeństwa latynoamerykańskie. Problemy, z jakimi przychodzi mierzyć się mieszkańcom tego regionu, takie jakie nierówności społeczne, wypaczenie ideałów demokracji, złe traktowanie pracowników, homofobia nie są przypisane tylko i wyłącznie do danej szerokości geograficznej. Ich ofiarami mogą być zarówno mieszkańcy Brazylii, Chile, jak i naszego kraju.

Lenin zwykł mawiać, że kino to najważniejsza ze sztuk. W przypadku filmów poddanych analizie przez autora książki, śmiało można stwierdzić, że kinematografia latynoamerykańska po latach zapaści i chronicznego niedofinansowania (synonimem tej negatywnej tendencji stało się „zamknięcie” przemysłu filmowego Chile przez reżim Pinocheta oraz stwierdzenie samego dyktatora, że: „sztuka jest tylko dla starych bab, homoseksualistów i Żydów”) staje się z powodzeniem wiodącym elementem w procesie przypominania światu o nierównościach i problemach trawiących kontynent południowoamerykański. Lektura Smutków tropików z pewnością może stanowić punkt wyjścia nie tylko do zapoznania się z twórczością zaangażowanej kinematografii ostatnich lat, ale również do szerszego spojrzenia na problemy trawiące Amerykę Południową.

Mateusz Kalinowski
 


 

[recenzja] Nienawiść do demokracji. Jacques Rancière.

Od pierwszego polskiego wydania Nienawiści do demokracji minęło 8 lat. Sytuacja na świecie zmieniła się, i to diametralnie, ale zasadnicze tendencje zasygnalizowane we wstępie książki są wciąż takie same. Rządy, określające się mianem demokratycznych, cierpią na tę samą chorobę: nienawiść do demokracji. Nienawiść to nie krytyka. Ta pojawia się równolegle, jako skutek praktyki, podlega też publicznej dyskusji. Nienawiść wiąże się z terrorem, przemocą, inwigilacją i autorytaryzmem. Jest bezdyskusyjna, często motywowana „obroną naszego bezpieczeństwa”. Jacques Rancière sięga do jej filozoficznych i historycznych źródeł, by na tym tle pokazać pełnię grozy nowej odsłony nienawiści do demokracji.

Nadmiar demokracji. Z tym problemem mierzyli się zarówno starożytni filozofowie z Arystotelesem i Platonem na czele, jak i „wyzwoliciele” Iraku. Czym w ich optyce jest demokracja? Otóż oznacza ona przede wszystkim królestwo nieograniczonych pragnień jednostek. Nie dziwią zatem próby skanalizowania tej oddolnej aktywności, bowiem (jak pisze Rancière) demokracja jest „nie do rządzenia”. Władza zresztą spokojnie obywa się bez jej kłopotliwego balastu. I przekonuje, że należy stawiać demokracji tamy, kierować energię demokratycznych procesów na sferę prywatną, indywidualny rozwój, konkurencję. Dobre demokratyczne rządy – mówią filozofowie i władcy – to takie, które znajdują balans między partycypacją a indywidualizmem (dwoma równorzędnymi, a wykluczającymi się pragnieniami jednostek).

Rancière opisuje próby relatywizowania znaczenia takich terminów jak tyrania, dyktatura, totalitaryzm. Władza, wypowiadając wojnę demokracji, przedstawia ją – często ustami filozofów – jako lustrzane odbicie nazizmu czy stalinizmu. Tamte systemy – powiada – oznaczały pożeranie społeczeństwa przez państwo. Demokracja – odwrotnie – to nieograniczona konsumpcja państwa przez społeczeństwo. Wymyślono więc rozwiązanie. Wprowadzono rozróżnienie między pozytywną demokracją praw człowieka oraz wolności indywidualnych a negatywną demokracją egalitarystyczną i kolektywistyczną.

Prawa człowieka to wygodna dla władzy konstrukcja. Jej krytyka – wyrastająca z myśli radykalnie lewicowej, a kontynuowana m.in. przez Hannah Arendt – zasadza się na politycznym ujęciu tego terminu. W istocie bowiem pytanie o prawa człowieka to pytanie o to, kto jest podmiotem polityki. Praktyka i historia pokazują, że zawsze próbuje się je ograniczać, spychając do sfery prywatnej. Tymczasem prawa człowieka – pisze Rancière – to w istocie prawa obywatela. Filozof rozwija to w zamykającym książkę eseju Kto jest podmiotem praw człowieka? Samo ich formułowanie oznacza, że kogoś się z tej kategorii wyklucza. Zamysł i obrona praw człowieka, podobnie jak wolności słowa, zaciemniają tak naprawdę istotę demokracji.

Demokracja to ani forma rządzenia, ani typ społeczeństwa, ani tym bardziej utożsamianie obywatela z narcystycznym konsumentem. Rancière definiuje to prosto. Oznacza ona rządy ludzi niemających uprawnień do rządzenia. W pewnym sensie są to „rządy kogokolwiek”, ale nie rozumiane jako władza egoistów, lecz jako każda forma oddolnej samoorganizacji i walki o swoje postulaty (pracownicze czy emancypacyjne). W tym sensie demokracja jest groźna dla każdej władzy, a teoretycy polityki nieprzypadkowo poddawali ją ostrej krytyce, utożsamiali z oligarchią. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Brak zaplecza finansowego czy żądzy władzy to najlepsze rekomendacje dla uczestnika demokracji. Oddajmy głos Rancière`owi: „Pozostaje więc zwykły wyjątek, władza ludu, która nie jest władzą ludności lub jej większości, lecz władzą kogokolwiek, brakiem jakiejkolwiek różnicy w zakresie zdolności do zajmowania pozycji rządzącego lub rządzonego. Rządy polityczne mają zatem swoją podstawę, ale taką, w której w rzeczywistości tkwi sprzeczność: polityka jest podstawą zdolności do rządzenia w obliczu nieobecności jej podstawy. Rządy państwowe są uprawnione tylko jako polityczne. Są polityczne tylko wtedy, gdy opierają się na nieobecności swej podstawy. I właśnie to oznacza demokracja rozumiana jako «prawo przypadku». Stąd tylko krok do zakwestionowania reprezentacji jako formy demokracji. W istocie demokracja przedstawicielska jest tylko odmianą oligarchii.

Czym więc jest prawdziwa demokracja? Możemy nazwać ją procesem rozszerzania sfery publicznej aż po upolitycznienie sfery prywatnej (prywatne staje się polityczne, a co za tym idzie – staje się przedmiotem i podmiotem debaty publicznej). Historycznie rozszerzanie oznaczało dwa mechanizmy: po pierwsze uznanie za równych i za podmioty polityczne ludzi wyrzuconych mocą prawa państwowego do sfery życia prywatnego istot niższych oraz – po drugie – uznanie publicznego charakteru tych typów przestrzeni i stosunków, które były pozostawione cichej władzy bogactwa. Możemy powiedzieć, że demokracja jest w pewnym sensie pozbawiona granic. „Bezgraniczność” tego ustroju polega na ciągłym rozszerzaniu sfery publicznej i prywatnej (tego, co polityczne i tego, co społeczne), a nie na wzrastającym zwielokrotnieniu potrzeb jednostek.

Poza właściwym tekstem Nienawiści do demokracji tom zawiera też aneks w postaci wspomnianego już eseju Kto jest podmiotem praw człowieka? opublikowanego pierwotnie w 2004 roku. Nawiązując od Hannah Arendt i Giorgia Agamebena, Rancière stawia radykalną tezę: prawa człowieka to prawa tych, którzy nie mają praw, jakie im przysługują i którzy mają prawa, jakie im nie przysługują. Tylko w takim ujęciu można uznać je za prawa demokratyczne, a nie służące zatomizowaniu i sprywatyzowaniu dążeń społecznych.

Krzysztof Kołacki
 

 

[rozmowa] Napędza nas wkurw.

Rozmowa Mateusza Dworka z Rafałem Różewiczem. Poetą, dziennikarzem, krytykiem młodej polskiej poezji. Nominowanym za tomik Product placement do m.in. Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej SILESIUS. 

Mateusz Dworek: Rafale, potrafisz określić, czy ludzie urodzeni na przełomie lat 80 i 90 mają coś interesującego do powiedzenia, czy ciągle czekają w kolejce za pokoleniem roczników przełomu lat 70 i 80?

Rafał Różewicz: Odwróciłbym pytanie, czy w 2016 roku świat ma coś ciekawego do zaoferowania rocznikom 80-tym i 90-tym? Mniej więcej od 2013 roku (od Euromajdanu, aneksji Krymu, wojny w Donbasie, ISIS, poprzez sprawę z syryjskimi uchodźcami, kończąc na – wszystko na to wskazuje – wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii) świat zaczął nam się narzucać z siłą, jaką znają tylko nasi dziadkowie, w mniejszym stopniu rodzice. Nastąpiło nieoczekiwane i niebezpieczne przyspieszenie. O ile, począwszy od 1989 roku, przez dwadzieścia lat żyliśmy w miarę spokojnie (i nie znaliśmy innego życia), tak dziś tenże spokój zaczyna mieć coraz krótszy termin ważności. Jeśli do tej pory nie mieliśmy niczego ciekawego do powiedzenia, bo i świat wydawał się dla nas „skończony” i odrobinę „nudny”, tak teraz zaczyna wymagać od nas zajęcia stanowiska w tych wszystkich kwestiach. Wymuszone zajęcie pozycji wobec zmieniającego się świata może paradoksalnie być zbawienne dla naszej poezji. I to powoli widać. Młodzi się radykalizują, toteż radykalniejsza staje się ich twórczość. I to jest w pewnym sensie ciekawe i ryzykowne, bo napędza ich wkurw.

Możemy mówić o pokoleniu posttransformacyjnym tak jak o innych pokoleniach okołoliterackich? Tamte grupy wyrosły na wspólnocie doświadczeń, które świadomie przetrawili, rówieśników transformacji łączy tylko wspólna data urodzenia.

Chyba jeszcze nie do końca możemy mówić o pokoleniu, ale niewątpliwie coś zaczyna się dziać. Wspomniałeś, że tamte grupy „wyrosły”, i to jest dobre określenie. My jesteśmy dopiero na etapie wyrastania, trawienia tego wszystkiego, co się wokół nas dzieje. W jakiś sposób się klarujemy i, jeśli uda nam się wypracować coś wspólnego, wówczas będziemy mogli mówić o „pokoleniu”, które ukształtowało się dzięki wspólnemu doświadczeniu. Na razie mogę nas nazwać quasi-pokoleniem, bo tak, moim zdaniem, jest precyzyjniej. Jednocześnie potrafię zrozumieć głosy krytyczne, które mówią, że coś próbuję narzucić jakoby na siłę. Niemniej niczego na siłę narzucać nie próbuję. Podniosłem pewną kwestię, bo mnie zwyczajnie interesowała, następnie z Tomkiem Dalasińskim opracowaliśmy książkę pt. Rówieśnicy III RP. 89+ w poezji polskiej; a ja zrobiłem coś, czego wcześniej nikt się nie podjął, bo utarło się przekonanie, że jest za wcześnie. Tymczasem stwierdziłem, że nie jest za wcześnie i czemuż by nie spróbować? Kto pyta nie błądzi. I muszę przyznać, że w pewnym stopniu się udało, bo ten temat nie przeszedł bez echa, a i niejako zmusiłem rówieśników do zajęcia stanowiska.

Tamte pokolenia łączył jeszcze jeden ważny aspekt – akceptacja (pokolenie „Współczesności”) albo odrzucenie („Nowa Fala”) ówczesnego systemu władzy. Jaki jest nasz stosunek?

Zdecydowanie odrzucamy istniejący porządek. Trochę dla zasady, z tęsknoty za prawdziwym buntem, częściej jednak z konieczności. Nasze odrzucenie ma w większości racjonalne podstawy.

Co to za racjonalne podstawy? Na każdym kroku słyszymy od starszych, że jest nam tak dobrze, że nie mamy prawa się buntować.

Bo starsi próbują bronić tego, co wywalczyli, i bardzo ich boli, że kwestionujemy sens ich walki, odbierając tym samym miejsce w szeregu pokoleń, które odcisnęły swoje pozytywne piętno w historii. Starsi nie chcą przyznać się do porażki (częściowej, bo to nie jest też tak, że odrzucamy wszystkie ich osiągnięcia), dlatego nas atakują za to, że nie okazujemy im wdzięczności. Jest taki esej Marcina Króla pt. Byliśmy głupi, w którym autor klarownie dowodzi, że nie „wszystko wyszło” po 1989 roku. Ówczesne elity w swoich kalkulacjach nie do końca wzięły pod uwagę potrzeby społeczeństwa, toteż dziś wszyscy ponosimy tego konsekwencje. Co do wspomnianych racjonalnych podstaw: chyba brak widoków na własne mieszkanie, śmieciówki, życie na kredyt, brak perspektyw na założenie i utrzymanie własnej rodziny są tymi rzeczami, które leżą u podstaw naszego niezadowolenia. I chyba nikt nie powie, że myśmy to sobie wymyślili.

Paweł Dunin-Wąsowicz powiedział kiedyś w jednym z wywiadów, że „osoby urodzone w latach 90. nie mają żadnych punktów odniesienia w literaturze”. Dziesięć lat wcześniej była np. taka Masłowska. Teraz nie ma ani jednego takiego nazwiska.

Na przykład ja nie czytałem Masłowskiej, choć mam jej płytę. Znam więc ją od innej strony. W każdym razie Dunin-Wąsowicz może mieć rację. Jeśli roczniki 80-te mają Masłowską, Nahacza, tak my chyba nie doczekaliśmy się jeszcze „godnego” (a może „pokoleniowego”?) nazwiska w literaturze, choć zauważyłem, że media usilnie próbują nam wmówić, że Dymińska, wcześniej Ożarowska, teraz Słowik i Murek są tymi, na które roczniki 90-te czekały. Stąd te wszystkie nominacje i nagrody. No proszę cię. Jak rozmawiam ze znajomą urodzoną w 1995 roku, to dla niej punktem odniesienia jest Szczepan Twardoch, czyli autor urodzony jeszcze przed stanem wojennym, o innej wrażliwości i poziomie doświadczenia. Innym razem Olga Tokarczuk – autorka już z zupełnie innej bajki. Roczniki 90-te rówieśników nie znają albo – co też często się zdarza – mają z ich twórczości bekę, słowem: uważają za słabą oraz uniemożliwiającą utożsamianie się.

Może czasy się zmieniły i podobnie jak odrzucamy figurę autorytetu, nie potrzebujemy też żadnego głosu pokolenia?

Z tym odrzucaniem autorytetów nie do końca się zgodzę. Jak możemy odrzucać coś, czego na dobrą sprawę nie ma? Pokaż mi we współczesnej Polsce autorytet, który nie został przekopany, któremu nie doczepiono łatki Esbeka, Żyda, lewaka, zdrajcy. Nie ma takiego, bo te autorytety albo już nie żyją, albo zostały nam obrzydzone do tego stopnia, że roli autorytetów nie są w stanie lub nie chcą pełnić. Aczkolwiek wśród moich rówieśników istnieje potrzeba posiadania autorytetu, tyle że podskórna, przynajmniej wśród tych, z którymi rozmawiałem. Jesteśmy pozostawieni samym sobie, toteż na gwałt szukamy „idoli” rodem z międzywojnia, bo współcześnie nie ma żadnych, z którymi moglibyśmy się utożsamić. Gdyby obecnie był taki człowiek, wówczas zwrot ku przeszłości w takiej skali nigdy by się nie odbył. Podobnie jest z przywołanym przez ciebie „głosem pokolenia”. Publicznie będziemy zaprzeczać, że ktoś taki jest potrzebny, jako że publicznie nie chcemy okazywać własnych słabości, ale za kulisami będziemy skłonni przyznać rację.

Redagujesz czasopismo „2Miesięcznik. Pismo ludzi przełomowych”. Czego dowiedziałeś się w nim o swoich rówieśnikach?

Z Anią Pawlik, Katarzyną Mikołajewską i Aleksandrą Dańczyszyn (współpracują z nami jeszcze choćby Jacek Żebrowski i Marcin Kleinszmidt) tworzę pismo, które, jak się okazuje, było rówieśnikom potrzebne – przynajmniej tak sądzę, bo maile wręcz bombardują naszą skrzynkę pocztową. Z każdym naborem materiałów wiąże się kilkadziesiąt propozycji publikacji. O ile pamiętam, najwięcej do jednego numeru mieliśmy ich 100; co prawda nie tylko od autorów i autorek urodzonych w latach 80-tych i 90-tych, niemniej zainteresowanie magazynem jest bardzo duże – jak na pismo robione w warunkach domowych, bez żadnej dotacji i reklamy. Poza tym dowiedziałem się o rówieśnikach wiele. Roczniki 90-te to przede wszystkim realiści (taka ciekawostka: w ogóle nie otrzymujemy opowiadań fantasy, nie licząc jednej, dwóch propozycji), rozczarowani 25 latami wolności, Unią Europejską, sytuacją na rynku pracy, innymi słowy: ludzie, dla których liczy się tu i teraz, czyli praca, własne mieszkanie, możliwość usamodzielnienia się i decydowania o własnym życiu. Kiedy staje się to niemożliwe, zaczynają być radykalni w swych poglądach i okopują się, jedni po stronie lewicy, drudzy – prawicy, co skutkuje niemożnością utworzenia wspólnoty i wypracowania spójnego stanowiska. Dlatego wydają się indywidualistami, bo tego nauczył ich kapitalizm, aczkolwiek do kapitalizmu zdają się mieć znacznie bardziej krytyczny stosunek niż ich rodzice. Dla dzisiejszych dwudziestoparolatków to ustrój elit, banków, wielkiego biznesu; ustrój, który należy gruntownie przebudować (czy kapitalizm da się przebudować?) albo zniszczyć. Oni doskonale wiedzą, że studia coraz częściej są fikcją i nic nikomu nie dają. Uciekają m.in. w pisanie, bo w pisaniu odnajdują spokój i tam mogą nad czymkolwiek panować. Są ambitni w tym, co robią, i trochę sfrustrowani, że się jednocześnie marnują, choć istnieje przecież „tyle możliwości”.

Oczywiście uogólniam, bo zdarzają się też autorzy, którzy dystansują się od tego wszystkiego i uciekają w tematy błahe, miłosne, sam wiesz, jak to bywa z typowymi nastolatkami, których nie brakuje w żadnym „pokoleniu”. Niemniej, świadomość złego stanu rzeczy i tego, że „nie tak miało kurwa być”, stoi u moich rówieśników na dość wysokim poziomie.

Pytam o to, bo próbuję sobie wyobrazić, jaki wspólny punkt odniesienia ma ktoś, kto mieszka w Rybniku z kimś, kto mieszka Warszawie? I nie potrafię sobie tego wyobrazić.

W dobie Internetu jest to bez znaczenia. Taka moja dygresja: myślisz, że dlaczego np. skrajna prawica jest dziś taka popularna? Oni się wszyscy skrzykują na Facebooku, ci z małych miast przyjeżdżają na manifestacje do dużych ośrodków miejskich, poznają się na marszach i tam, w blasku pochodni, budują swoją wspólnotę doświadczeń. Ci, dajmy na to, z Warszawy, którzy spotykają w centrum stolicy gościa w turbanie (bo stolica zazwyczaj jest znacznie bardziej wielokulturowa niż reszta kraju) mówią tym z Rybnika, że Muzułmanie są źli i przyjadą zgwałcić ich żony, a ci z Rybnika to kupują, choć żaden gość w turbanie nie ma i nie będzie miał czego szukać w Rybniku, bo uchodźca postrzega najprawdopodobniej kraje przez pryzmat metropolii (urażonych przypadkową lokalizacją mojej wypowiedzi – przepraszam). Toteż punktem odniesienia często będzie punkt odniesienia innego. Jak choćby uchodźcy ekonomicznego mieszkającego w Anglii, który przyjeżdża do swojego Heimatu dwa razy do roku na święta, ale ma konto na Facebooku, w znajomych zaś ziomków z osiedla, którzy czytają jego posty o tym, jak to jest pracować z kimś o innym kolorze skóry (a w Niemczech, kiedy po maturze pracowałem przy kampanii partii Die Linke spotkałem m.in. pewnego Feliksa z Madagaskaru, z którym pracowało mi się notabene bardzo dobrze). Naprawdę dziś wszystko dzieje się w sieci i obecnie wypracowanie wspólnych punktów odniesienia jest niezwykle łatwe. Wystarczy, że podzielisz się z ludźmi linkiem, gdzie typ w przeciągu 5 minut wyjaśni ci skomplikowane zagadnienia polityczne, ale czy już odpowiednio wyjaśni – to jest inna kwestia, choć kto wie, czy nie najważniejsza. Acz za bardzo chyba odbiegłem od literatury.

Ale czy to nie jest zbyt duże uproszczenie, że rozwój technologii komunikacji pozwala na rozrost agresji i frustracji? Kiedyś nie było facebooka ani mediów społecznościowych i skrajnie prawicowe poglądy miały się równie dobrze.

Bo był Goebbels, który z radia i telewizji uczynił skuteczne narzędzie propagandy. Nie zapominajmy, że to są też mass media, dziś może trochę na drugim planie względem Internetu, aczkolwiek zauważ, że Hitler doszedł do władzy właśnie dzięki ówczesnym mediom. Myślę więc, że nie jest to zbytnie uproszczenie, a stwierdzenie historycznego faktu. Gdyby wówczas minister propagandy znał Facebooka, to by z niego korzystał. Inna sprawa, że media społecznościowe nie muszą być wykorzystywane do celów politycznych, żeby generowały frustrację. Niedawno przeprowadzono badania, w których dowiedziono, że przesiadywanie na portalach społecznościowych wywołuje depresję, która jest pokłosiem tego, że nasi znajomi jeżdżą na wakacje, robią wszystko, by pokazać innym, że są szczęśliwi, podczas gdy my już nie za bardzo. I to potęguje złość, frustrację, ponieważ taki użytkownik nie jest w stanie niczym się pochwalić przed znajomymi. Taka dygresja: mnie czasem wyrzucają ze znajomych jak tylko opublikuję post związany z literaturą (czyt. dam link do moich wierszy itp.), więc wiem, o czym mówię. Być może i ten wywiad sprawi, że ktoś nie wytrzyma i usunie mnie z listy. Wszystko możliwe.

A nie wiąże się ten brak wspólnotowości z końcem doświadczenia pokoleniowego jako nadrzędnej wartości języka poetyckiego? Skoro nie przeżyliśmy wspólnie tych samych bolesnych doświadczeń, to nie mamy o czym mówić.

Wiąże się, ale to nie jest tak, że my nie mamy prawa mówić o wojnie, komunizmie, transformacji, skoro dzień w dzień państwo każe się nam ustosunkowywać do swojej historii. Ten np. cały pomysł z żołnierzami wyklętymi jest próbą narzucenia nam, młodym, doświadczenia naszych przodków. Mamy żyć przeszłością i w przeszłości, żeby ktoś mógł spokojnie planować naszą przyszłość. Odziedziczanie traum po dziadkach i ojcach nie jest czymś, co można odłożyć na bok. Jasne, że nasza perspektywa jest już inna, ale również i my musimy się uporać, bądź co bądź z nie do końca naszym doświadczeniem. I w tym wypadku jak najbardziej należy o tym mówić przy jednoczesnym wypracowywaniu własnych środków poetyckich. Bo tylko mówiąc nowym językiem o starych rzeczach, będziemy w stanie to wszystko przezwyciężyć. Aczkolwiek czy zalążek wspólnotowości nie tkwi we wspólnym przezwyciężaniu? Jednocześnie my mamy teraz cholernie ciężko: nie dość, że próbujemy się uporać z cudzą historią, która stała się naszą historią, to jeszcze czeka na nas nasze doświadczenie, właśnie zaczynające coraz mocniej pukać do naszych drzwi. Naprawdę mamy, o czy mówić, a za chwilę będziemy mieć jeszcze więcej do powiedzenia.

Do kogo w takim razie piszemy? Kim są nasi adresaci?

Najprościej rzecz ujmując: my sami. Rówieśnicy. To tak, jak było z rapem. Początkowo był tworzony przez ludzi z ulicy dla ludzi ulicy. Niektórzy z nas słuchają rapu, ale że sami nie rapują, to piszą, bo wiedzą, że w tym wszystkim chodzi o przekaz.

A jak się ma poetyka zaangażowana roczników przełomowych? Dobrze znamy nazwiska poetów zaangażowanych z lat 70. i 80. Znajdzie się takie grono w rocznikach 90-tych?

Z zaangażowaniem nie kryje się choćby Tomasz Bąk (rocznik ’91), chyba dziś najbardziej z nas wszystkich „zaangażowany”. W 2013 roku Seweryn Górczak (również ’91) wydał tomik o wymownym tytule Konstytucja i nawet jeśli nie było to jego zamierzeniem (?), to tenże tytuł stawia go w określonym świetle. Radosław Jurczak (rocznik ’95), laureat ubiegłorocznego konkursu im. Jacka Bierezina, którego debiut ma wyjść jeszcze w tym roku. Justyna Sieniuć (rocznik ’95), która zdradza pewne tendencje, angażując się. Nie chcę tu nikogo podpinać, ale myślę, że jeszcze z trzy nazwiska autorów jednoznacznie „zaangażowanych” by się znalazły, lecz teraz nie przychodzą mi do głowy. Wydaje mi się jednak, że jeżeli chodzi o roczniki 90-te, to znacznie bardziej od poetów zaangażowani są młodzi krytycy literaccy.

Skoro pytasz o kwestię zaangażowania, to skorzystam z okazji i coś wytłumaczę: mimo że i mnie czasem zalicza się do poetów zaangażowanych, politycznych, to bynajmniej nie czuję się poetą politycznym, lecz społecznym. Choć mam świadomość, że moja druga książka poetycka, która, żywię nadzieję, wyjdzie jeszcze w tym roku, jest bardzo polityczna i po jej wydaniu znacznie trudniej będzie mi uciec przed zaszufladkowaniem. Tak wyszło.

Poeta społeczny. Nigdy o tym nie słyszałem. Rozwiń się.

A, bo to takie moje. Odgapiłem od Tomka Dalasińskiego stwierdzenie „twórca tekstów poetyckich”, by nie nadużywać słowa „poeta”, i tak też określam się w biogramach, ale stwierdziłem, że to jest niewystarczające, odkąd zaczęto łączyć mnie z polityką. A określenie „poeta społeczny” sprawia, że przynajmniej zastanawiasz się, co ono oznacza. Niemniej znaczy, w moim przekonaniu, tyle, że większą uwagę przywiązujesz do stosunków społecznych, relacji między społeczeństwem a środowiskiem i otoczeniem, społeczeństwem a systemem, niźli do innych kwestii. W Product placement, jak trafnie zauważył Jakub Skurtys, to nie rzeczy były najważniejsze, lecz człowiek. Człowiek jest natomiast istotą społeczną, nie polityczną, więc tak to sobie wymyśliłem. Choć jak twierdzi Giorgio Agamben – wszystko jest już polityką, zatem i te stosunki bywają w jakiś sposób upolitycznione.

Roczniki 80-te umiejętnie wykorzystały w swoich wierszach krytykę kapitalizmu, to one tworzą kształt liryki mówiącej o konsekwencjach transformacji ustrojowej i zmiany modelu społecznego. Może musimy sobie po prostu znaleźć nowy temat?

Nie uważam, żeby konieczne było szukanie nowych tematów. Poprzednie roczniki zgotowały nam ten los, więc mamy głośno o tym nie mówić? Jednakże jak już wspomniałem, ostatnimi czasy dzieją się rzeczy, które podobno nie miały prawa się wydarzyć, toteż rzeczywistość sama dobierze nam repertuar. A że w tym wszystkim, co się dzieje maczają palce wielki biznes i polityka – kozioł ofiarny znajduje się sam. Oczywiście możemy się odwrócić, uciec od „odpowiedzialności”, ale czy wtedy pisanie będzie miało większy sens? Dla mnie literatura jest reakcją, nie ucieczką.

A nie uważasz, że nasze pokolenie w myśleniu o literaturze jest w gruncie rzeczy anachroniczne. Że skupia się wokół przedłużenia sporu, jaki toczony był na przełomie lat 80. i 90. między właśnie klasycystami, zwolennikami Herberta i Miłosza a twórcami bruLionu? Problem ciągle dotyczy stosunku do ponowoczesnego porządku.

W pewnym sensie wina leży po stronie starszych krytyków, którzy ciągle postrzegają literaturę przez pryzmat tego sporu, który nas już mało co interesuje. Nie zauważają bądź nie chcą zauważyć, że nestorzy poezji tak szybko się wyczerpali w swojej intelektualnej ofercie (?), że nasz konflikt to konflikt pomiędzy twórcami bruLionu a twórcami zaangażowanymi. Konflikt między „ja” a „my”. Jest nawet takie powiedzenie, że to już nie Szymborska, jak mawiał śp. Pułka, obsiadła poezję polską, ale trzech Marcinów. I to przesunięcie, jeżeli chodzi o kontestację, wydaje się najciekawsze.

 

Rafał Różewicz – urodzony w 1990 roku w Nowej Rudzie. Twórca tekstów poetyckich, z wykształcenia i zawodu dziennikarz. Redaktor naczelny „2Miesięcznika. Pisma ludzi przełomowych”. Autor zbioru wierszy Product placement (2014), za który był nominowany do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej SILESIUS w kategorii debiut roku (2015), Nagrody Kulturalnej „Gazety Wyborczej” wARTo (2015) i wyróżniony w XI Ogólnopolskim Konkursie Literackim Złoty Środek Poezji na poetycki debiut roku w Polsce (2015). Redaktor (wspólnie z Tomaszem Dalasińskim) książki Rówieśnicy III RP. 89+ w poezji polskiej (2015). Laureat konkursów poetyckich: m.in. I Nagrody w XXIII Konkursie im. K.K. Baczyńskiego (Łódź 2014). Publikował m.in. w „Odrze”, „Pomostach”, „Cegle”, „Wakacie”, „Arteriach”, „Pro Arte”. W planach wydawniczych kolejny zbiór wierszy. Mieszka we Wrocławiu.

[recenzja] Literacki almanach alkoholowy. Aleksander Przybylski.

Kiedy se leję herbatę, to se leję herbatę. A kiedy co insze, to leję co insze– tym doskonale dobranym cytatem rozpoczyna się książka Aleksandra Przybylskiego, który z aptekarską dokładnością postanowił przebadać rzeczy tak bliskie sobie, że właściwie styczne: alkohol i literaturę.

Od początku lektury zadawałem sobie pytanie: dla kogo jest ta książka? Dla pijących czytelników czy czytających pijaków? Almanach to Publikacja periodyczna (najczęściej rocznik) lub jednorazowa, zawierająca zebrane artykuły i informacje dotyczące wielu lub jednej dziedziny życia, nauki, sztuki etc. Ta definicja oddaje nie tylko model konstrukcji książki, ale przede wszystkim polecany przez autora sposób lektury. Zamiast od razu przystąpić do czytania, na początku warto spojrzeć w spis treści (podzielony wygodnie na rodzaje alkoholi, pijackie zabawy, niepijalne, nieistniejące oraz środki na kaca) albo skorzystać z umieszczonego na końcu indeksu nazwisk, wybrać swoje ulubione (zdecydowałem się na Hansa Falladę), a potem oddać się przyjemności odkrywania powiązań za pomocą wskazówek umieszczonych na stronicach.

Nikt nie może zarzucić Przybylskiemu słabego rozpoznania przedmiotu badań. Wybór trunków wszelakich jest tutaj wręcz oszałamiający, a erudycja i lekkość prowadzenia narracji powodują, że z każdą stronicą coraz bardziej zagłębiamy się w temat. Dla wygody czytelnika rozdziały zostały podzielone według przedmiotów badań, które z kolei są opisane na zasadzie schematu: pochodzenie, sposób podawania i ewentualne skutki uboczne. Warto się chwilę przy nich zatrzymać, szczególnie jeśli jesteśmy miłośnikami celnych point. Jako że przeczytałem Almanach… właściwie jednym tchem, ciężko jest mi powiedzieć, która z nich jest najlepsza, ale jedną z moich faworytek jest ta, następująca po opisie bourbonu Old Grand-Dad: Jeśli przypadkiem jest się bezrobotnym jebaką uzależnionym od alkoholu i hazardu, to w zasadzie żadne – co bardziej wprawni pijacy, jak i miłośnicy literatury z pewnością domyślili się, że bohaterem tego cytatu jest nie kto inny, jak sam Charles Bukowski. O ile to nazwisko w książce traktującej o spożyciu nie dziwi, podobnie jak Świetlicki, Miller, Tyrmand czy Jerofiejew, to już obecność Ani Shirley, rudowłosej bohaterki Ani z Zielonego Wzgórza, może wzbudzić pewną konsternację. Wino porzeczkowe z pierwszego tomu jej przygód pokazuje, że nawet z pozoru niewinna literatura młodzieżowa może zawierać w sobie słodkie jak ów trunek początki deprawacji. A ciasto z kroplami walerianowymi stawia ją wśród prekursorów kuchni molekularnej – jak celnie zauważa Przybylski.

Przebrnięcie przez tę książkę jest prawdziwą intelektualną wycieczką. O tyle ciekawą, że nie będącą wyprawą tylko do sklepu monopolowego. Wielu czytelników zaprowadzi z pewnością do biblioteki; ja sam dodałem do listy „do ponownego przeczytania” przynajmniej kilka pozycji. Almanach… obala kilkanaście mitów oraz stereotypów dotyczących pisarzy; z tych najciekawszych – chociażby prymat absyntu nad innymi napojami w belle epoque. Możemy się również z niego nauczyć, że wybierając się w podróż do wnętrza ziemi, manierkę lepiej wypełnić jałowcówką Machandel niż wodą. Maturzystom Przybylski oferuje z kolei zgrabną odpowiedź na odwieczne pytanie: „romantyk czy pozytywista?”. Otóż ilościowo – z pewnością romantyk, natomiast jeśli chodzi o wybór trunku – pozytywista.

Jednym z najlepszych rozdziałów książki jest ten, traktujący o alkoholach wyimaginowanych, w którym mistyczne wino Italo Calvino miesza się z Dżinem Zwycięstwa znanym z Orwella, wszystko dopełnione jest Pangalaktycznym Gardłogrzmotem, który spożywać można wyłącznie z kwasoodpornego szkła atestowanego przez Nasa. A może wolicie strzelić sobie salicyl razem z Rafałem Wojaczkiem? Żaden problem, wędrujemy kilkanaście stron wstecz – i już możemy zobaczyć naszego kontrowersyjnego poetę, kiedy przelicza drobne, stojąc w kolejce do kosmetycznego kiosku. Jeśli potrzebujemy szczegółów, dowiadujemy się też, w jaki sposób podawać ów niedrogi, ale skuteczny płyn. Przewracamy kolejne strony i trafiamy na doskonale znany wszystkim (parafrazując J. Pilcha) zaawansowanym klasykom literackim i alkoholowym koktajl Psia krew, opisywany szeroko w książce Wiktora Jerofiejewa Moskwa-Pietuszki. Jego receptura jest zarówno egzotyczna, jak i (zdaje się) zabójcza (gramatura wzięta z oryginału). A mianowicie: piwo żygulowskie – 100 g, Szampon Bogacz Sadko – 30 g, Rezol, płyn do zwalczania łupieżu – 70 g, Klej BF – 15 g, płyn hamulcowy – 30 g, środek owadobójczy – 30 g. całość należy na tydzień umieścić w tytoniu z cygar dla nabrania mocy. Pić małymi łykami. Chwała Przybylskiemu za przypomnienie tej receptury, dzięki niej chyba odkryłem, dlaczego przodownik Aleksy Stachanow chodził tylko dwa razy dziennie za małą potrzebą. Był to z pewnością jeden ze skutków ubocznych regularnego stosowania tego typu mikstur.

Jeśli, podobnie jak cytowany w książce Baudelaire, macie państwo jutro, straszliwe jutro, to Alamanach… przyjdzie Wam w sukurs, proponując jedną z kilkunastu metod, które uciszą nieznośne tupanie. Do wyboru mamy między innymi gorącą czekoladę, drinka panicznego, dla arystokratów Lek Jeevesa, dla reszty Ogórka Iriny podawanego z obowiązkową stopką czegoś mocniejszego. Kiedy poczujemy się lepiej, warto zajrzeć do ostatniego rozdziału i wybrać jedną z zabaw; w szczególności warty polecenia jest Samolot, a dla rozgrzewki przed tą czysto słowiańską rozrywką można spróbować Slalomu Hrabala.

Jest w tej książce coś staroświeckiego, może to z powodu rozbudowanych literackich dygresji, które towarzyszą kolejnym trunkom, albo starannie budowanej narracji, która dzięki wybitnej wręcz erudycji autora powoduje, że na twarzy każdego bibliofila odmaluje się radość. Ma jednak Almanach… poważną wadę: sięgać po niego powinny osoby z dużym zapleczem lektur, dzięki czemu łatwiej będzie się poddać nastrojowi i nie trzeba będzie co kilka minut korzystać z pomocy Internetu, żeby sprawdzić, kim jest ta czy inna postać. Przyda się również duża dawka erudycji, gdyż dynamicznie prowadzona narracja powoduje mętlik w słabszych głowach (podobnie jak większość przedstawionych w książce substancji). Świetną sprawą są za to cytaty, którymi opatrzone są napitki. Budują klimat, a dla czytelnika troszkę mniej zaawansowanego stanowią swoisty przewodnik po historii literatury.

Czy książkę można polecić? Z pewnością jest bardzo ciekawą propozycją dla wszystkich chcących poznać bogactwo trunków wpisanych w historię literatury. Dla wyrobionych stanowić może przewodnik, który pozwoli spędzić kilkadziesiąt niezwykle miłych i pożytecznych wieczorów; dla rozpoczynających niech będzie zachętą do zapoznania się zarówno z pisarzami, jak i dziełami zebranymi w Almanachu….

PS Nie, James Bond nie dodawał do swoich drinków Martini.


 

Radek Szczygieł

[recenzja] Nautilus. Maciej Robert.

Nautilus Macieja Roberta to poezja, od której można dostać kręćka. Na szczęście po chwili orientujemy się, że zakręcenia doświadczają codziennie mieszkańcy metropolii. Już motto tomiku łódzkiego poety (zaczerpnięte od Tomasa Espedala) zapowiada, że czeka nas perypatetyka. Wprawdzie przeprowadzani będziemy nie przez uporządkowane i dostępne definicje, ale przez gąszcz wspomnień i intuicji, co w efekcie złoży się na filozofię miasta: „Idę. Środek mi się ustalił poza centrum. Hipsometria/ nie kłamię, stąd tryskają źródła. Dostaję kręćka, idę, raz-dwa”. To już przecież znamy – bo iluż to poetów cierpiało w ogromnych aglomeracjach, ilu nie wyobrażało sobie bez nich życia, ile było tych miast, mas i maszyn – dlatego osobiście uważam, że wyłożona filozofia miasta nie jest nazbyt oryginalna. Mimo wszystko formalnie jest jednak bardzo ciekawa i warta zauważenia.

Bohaterem tomiku jest Łódź (miasto w centralnej Polsce). Nautiluspotwierdził moje mroczne stereotypy na temat tej miejscowości, tym bardziej że osoba, która relacjonuje pokrętny spacer po niej, nie wydaje się być tam przypadkiem czy od niedawna. Zna miasto od podszewki. A raczej od skorupy. Fascynującą wieloznaczność nazwy drugiej co do wielkości metropolii w Polsce odnosi zarówno do zwykłej jednostki pływającej (a ponoć Łódź leżała kiedyś nad morzem), jak do okrętu podwodnego czy wreszcie statku pijanego (z grzeczności nie wspomnę o moim skojarzeniu z der Narrenschiff). Maciej Robert wyzyskuje jeszcze do tego nazwę zwyczajową jednego z głowonogów (łodzik), by wprowadzić nie tylko ciekawe znaczenia, ale też interesujące rozwiązania formalne. Przyjrzyjmy się wraz z osobą mówiącą tej metropolii: „Miasto czeka na ciebie. Twoje miasto/ w ruinie, twoje miasto – amonit (miasto było kiedyś/ morskim dnem i morze wróci tu znowu). Inne miasto,/ Nautilus, Nautilus! Miasto progów spowalniających narrację (…)Zaskorupiały w muszli/ zapatrzony w siebie. Groza! Groza!”.

Pisałem, że to poezja, od której można dostać kręćka, bo – najkrócej mówiąc – tytułowy Nautilius to głowonóg posiadający dużą skorupę w kształcie spirali. Była ona tak piękna, że robiono z niej nawet naczynia i puchary. Jak wspomniałem, jego zwyczajową nazwą jest „łodzik”. W Łodzi może by dało się znaleźć tu i ówdzie skamieliny tego zwierzęcia. Jednak dobrze wiemy, że samo miasto jest skamieliną, aglomeracją bez wyraźnego centrum, w której człowiek zwyczajnie się gubi. Nie dość, że jest swego rodzaju spiralą, wciągającą mrokiem, to jeszcze spiralą strzaskaną. „W tym mieście koniec jest wszędzie” – pisze Robert, co oznacza, że praktycznie kręcimy się w kółko. Tak przeskakujemy wątki, jakbyśmy skakali w głąb, a czasami wracali lub wpadali w niecne dziury. „Miasto jest wypaloną muszlą”. Idziemy więc przez Łódź dzieciństwa i starości, tymczasowości i nieskończoności, obcości i familiarności z bardzo sentymentalnym przewodnikiem, który snuje rozważania o mieście, życiu i kartografii. Muszę w tym miejscu ukłonić się nisko poecie za erudycję geodezyjną, ale nie tylko – również ogólną: trzeba mieć talent, żeby w Łodzi (mieście w centralnej Polsce) umiejscowić Moby Dicka.

„Cierpiący na amnezję nie są pamiętliwi”, a jednak to jedynie pamięć może nadać jakąś sensowną strukturę temu miastu. Wszak „to, co się przytrafia, jest polifonicznym tekstem, zgiełkiem bibliografii” – tylko pamięć, wspomnienia, anamneza nadają tej historii wyczuwalny rytm. A przecież „rytm to nieśmiertelność”. Tym bardziej, jeśli po paru godzinach marszu wtapiasz się w tło, stajesz się częścią tego miejsca; tylko pamięć może cię uratować. Pamięć wyrażona w długiej litanii do miasta w wierszu 144, zakończonej wezwaniem do wielkiej idei – wiecznego powrotu.

PS Nigdy nie lubiłem matematycznych zagwozdek w poezji. Czemu wiersze zatytułowane są numerami 1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21, 34, 55, 89, 144 – nie mogę tego pojąć. Jakieś pierwiastki, algorytmy?

Polecam do słuchania przy czytaniu: http://bit.ly/maciejrobert

Szymon Bojdo
 

 

[recenzja] Całe życie z moim ojcem. Julia Szychowiak.

Przeczytanie 84 stron Całego życia z moim ojcem zajęło mi siedem minut, czterdzieści cztery i dwie setne sekundy. Dodam, że nigdy nie brałem udziału w kursie szybkiego czytania, a z natury przychodzi mi ono dość topornie. W zaistniałych okolicznościach nie będę w stanie poświęcić dużo miejsca literackiej estetyce dzieła. Co ciekawe, ta krótka lektura rodzi multum pytań i przemyśleń, mogących przerosnąć pojemnością całą publikację.

Wydawnictwo trudno postrzegać jako nowy tomik poetycki wrocławskiej autorki. Jest to zbiór krótkich dialogów, czasem pojedynczych zdań i deklaracji, czasem wierszowanych myśli cyrkulujących wokół postaci ojca autorki, przekazywanych w formie niemalże depeszowej – druk nie zapełnia żadnej ze stron choćby w połowie.

– Julia, powiedz mi, czy nad morzem dzieje się coś dziwnego?
– Tak.
– Jadę.

Rzeczony ojciec pozostaje bezimienny. Jest niefrasobliwym, lekko neurotycznym i melodramatycznym mężczyzną w średnim wieku. Książka to portret trochę hłaskowskiego romantyka przegapionych okazji, nostalgika próbującego odnaleźć się pośród postępującego procesu cyfryzacji świata. Człowieka, który utknął gdzieś pomiędzy dwoma makrokosmosami, gorączkowo przeskakując między schronieniem wspomnień z młodości a konsternującą, gwałtownie przekształcającą się teraźniejszością. W sposób mniej rozhisteryzowany robi to w kontekście swojej działalności literackiej jego córka, jedna z najbardziej znanych rodzimych poetek; paradoksalnie, rzadko kojarzona z poezją, częściej ze swoim alter ego w mediach społecznościowych.

Fenomen tej publikacji eksploduje na jakichś dziwnych rozdrożach; wyjątkowo zdawkowy komunikat literacki rodzi multum wniosków, które prowadzą do medytacji nad kondycją pełnego pejzażu młodej polskiej poezji. Tym samym, abstrahując nawet od samej zawartości, można powiedzieć, że książka staje się pozycją niepodważalnie ważną.

Kilkuminutowa lektura rodzi szereg pytań i prób zdefiniowania tomiku. Czy jest to proces mimetyczny zaprowadzony do ekstremum, czy też leniwa prowokacja? Czy jest on konfesją, czy też wyrafinowaną demonstracją zaaranżowaną pod publiczkę? Czy jest eksperymentem, czy skrupulatnie opracowanym konceptem? Fiction czy non-fiction? Odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z wypadkową zderzenia się czterech osobowości Szychowiak: wiernej dokumentalistki, zapatrzonej w ojca córki, przebiegłej judzicielki i sprawnego marketingowca.

Zacznijmy od wątku dokumentalistycznego. Zdecydowane odpoetycznienie Całego życia… jawi się jako kolejne stadium ewolucji twórczej autorki. W swoich wczesnych tomikach (Po sobie i Wspólny język z lat 2007 i 2009) Szychowiak powoli przechodziła od ascetycznej ezoteryczności ku twórczości niemalże ekshibicjonistycznej. Gęstą metaforykę zastępował coraz surowszy, naturalistyczny przekaz. Jeszcze bardziej lakoniczną, ale i wydajną pozycją było Intro z 2014 roku. Poetka niemalże z wiersza na wiersz stopniowo obdzierała swoją twórczość z resztek poetyckości. W takim świetle Całe życie z moim ojcem staje się naturalnym krokiem w tym samym kierunku, może nawet krokiem ostatnim. Niemalże jednocześnie wydawana przez Biuro Literackie krótka antologia wierszy Naraz utwierdza mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z konkluzją jakiegoś etapu twórczości. Wierszowane polaroidy zebrane w Całym życiu… można traktować jako ostentacyjne wręcz odrzucenie metafory i metonimii na rzecz radykalnego, precyzyjnego fotorealizmu.

Czym więc jest Całe życie z moim ojcem? Trochę portretem, trochę hołdem, trochę subtelnie przeprowadzanym badaniem. Córka wprowadza ojca w świat nowoczesnej rzeczywistości, przeciążonej informacjami i impulsami. Wtajemnicza go w przestrzeń, w której sama porusza się wyjątkowo płynnie. Wodzi go ku tej rzeczywistości świadomie, czyniąc pewnego rodzaju królikiem doświadczalnym. Całe życie z moim ojcem staje się studium, które ktoś mógłby wziąć za cyniczną eksperymentację. Nosi ona znamiona eksploracji własnego ekshibicjonizmu, którego sama Szychowiak jeszcze niedawno się wystrzegała, uzbrajając swój podmiot w profilaktyczną wstrzemięźliwość.
Jaki obraz wyłania się z tego upiornego, makiawelicznego procesu wiwisekcji, zdawać by się mogło, wybebeszenia rodziciela na oczach czytelników? Niebywale ciepły. Zagubienie, nieporadność, ale i niezmordowana ekscytacja ojca rozczulają, są bezpretensjonalnie zabawne.

Dzień drugi.

Poznaje YouTube’a.

– Klausa Mitffocha na pewno nie będzie. Nie wierzę, przecież ile to lat temu było, jak ja byłem na studiach.

Z pozoru szydercza ekspozycja szybko przeradza się w manifest solidarności; ojciec staje się głosem córki, przekształca się w pełnokrwisty podmiot literacki, a dzieło przyjmuje cechy autoportretu. Nawet z krótkich wtrąceń autorki emanuje podziw i zazdrość względem niewinności, z którą chłonie rzeczywistość rodziciel. Wyłania się więź, obustronne zrozumienie, a także symbioza tych dwóch pokoleń.

Dzień trzeci.

Dziś po raz drugi pisał maila, do mnie:

Nicość jest doskonała,

odpisz”.

Z pewnością Całemu życiu… można przypisać walory estetyczne, jakkolwiek efemeryczne byłyby dostarczane przez tomik doznania. Bez względu na to, jak celebracyjny byłby charakter tego poruszającego testamentu relacji ojca i córki, nie przestaję choćby na chwilę powątpiewać w częściowo prowokacyjny charakter publikacji. Dyskusje wokół niezbyt ekonomicznego użycia papieru, nieortodoksyjnej konwencji, kampowej (i znakomitej) oprawy graficznej z pewnością nadrobią krótkotrwały czas poświęcony lekturze. Nie wyobrażam sobie przy tym, by krytykanci książki odpuścili sobie nawiązanie do zawartości facebookowego profilu poetki. Cieszy się on gigantyczną popularnością (śledzi go ponad dziesięć tysięcy użytkowników), przy czym jego treści niespecjalnie zbiegają się z tematyką teorii literatury i poważnym akademickim dyskursem czy publicystką. Autorka zarzeka się, że odseparowuje swoją działalność literacką od zawartości profilu. Tymczasem, część Całego życia z moim ojcem miała swoistą prapremierę na rzeczonym portalu społecznościowym. Krótkie, pozornie banalne wpisy okazują się więc zajawką, trailerem nowych publikacji Szychowiak.

W najmniejszym choćby stopniu nie dyskredytuję stosowanych przez autorkę metod promocji. Nie nazwałbym też istotności facebookowego publicity smutnym znakiem czasów. Dla przykładu – lata temu moja pierwsza styczność z osobą Jacka Podsiadły nie odbyła się za pośrednictwem jego twórczości, a przez wiszącą na brzuchu licealnego rówieśnika koszulkę, przedstawiającą zamyślonego poetę, ozdobioną cytatem: „pewnego pięknego dnia wypierdolą nas z pracy. (…) I znów staniemy się wolni”. Mówiąc wprost, w świat pokolenia „bruLionu” wprowadził mnie produkt, jakkolwiek parszywe byłoby to słowo. Co więcej, był to produkt stanowiący archetyp internetowego memu, dekadę przed eskalacją zjawiska. Nie mam dziś wątpliwości, że poezja nie przetrwa bez produktów, ich przystępności i powabności. A takim produktem, z całą swoją otoczką, jest Całe życie z moim ojcem. Ile piany nie toczyliby z ust puryści, podobnym produktem jest też aktywność w social media osób takich jak Szychowiak, Łukasz Najder czy (anonimowo) Joanna Dziwak.

Dariusz Nowacki określił na łamach „Gazety Wyborczej” niedawne autobiograficzne publikacje Jacka Dehnela i Szczepana Twardocha „blogaskami w okładkach”. Zetknięcie z Całym życiem… może przyprawić go o palpitację. Nie zmienia to faktu, że głosy lamentujące nad trywializacją postaci poety i jego twórczości nie są głośniejsze od łabędziego śpiewu rodzimego rynku literackiego. Zwłaszcza gdy nad poezją unosi się widmo całkowitego zniwelowania czytelniczego grona, zamknięcia go w hermetycznym środowisku autorów i krytyków. Element przaśności w personie i twórczości Szychowiak jest zaproszeniem, może otworzyć poezję na nowych odbiorców, których nie przyciągnie nigdy Rafał Gawin (przykład zupełnie losowy – wyrazy szacunku dla znakomitej twórczości Pana Gawina). Stosując mocno hiperbolizującą analogię: publikacje pokroju Całego życia… mogą być niczym Nevermind Nirvany, mobilizujący słuchaczy do sięgnięcia po Zen Arcade Hüsker Dü.

Ostatecznym sędzią Całego życia z moim ojcem będzie jego kondycja na rynku książek. Niniejszy tekst powstaje dwa tygodnie po premierze – niemalże cały nakład książki został już wyprzedany.

Max Nałęcz

 

rozmowa] Dawne historie okazują się bardziej realne niż codzienność.

Rozmowa Mateusza Dworka z Jakubem Kornhauserem. Poetą, tłumaczem, literaturoznawcą i wykładowcą akademickim. Laureatem Nagrody im. Wisławy Szymborskiej w 2016 roku.

 

Mateusz Dworek: Jak rozumiesz pojęcie „poezji zaangażowanej”, bezpośrednio uwikłanej na przykład w kontekst bieżącej polityki?

Jakub Kornhauser: Nie ma poezji zaangażowanej bez lekcji Nowej Fali. Chodzi o sprzężenie dwóch pozornie odmiennych wizji literatury: z jednej strony „realizmu nienaiwnego”, towarzyszenia codzienności, ujmowania się za innym, słabszym i zapomnianym; z drugiej zaś – zanurzenia w język, formę i awangardowy bunt przeciwko systemowi, w tym przeciwko systemowi samej literatury. Nie ma to wiele wspólnego z polityczną doraźnością; zaangażowanie zawsze stoi po stronie człowieka, nie partyjnych ideologii.

Pytam o to, bo po otrzymaniu nagrody zostałeś sklasyfikowany przez część komentatorów sceny życia publicznego jako poeta zaangażowany. Wiemy, kto dotychczas w Polsce był zaliczany do tego grona, Ciebie w nim nigdy nie było.

Nie było mnie w gronie zaangażowanych, bo nie było mnie właściwie w gronie poetów – ostatnią książkę poetycką wydałem siedem lat temu. Poza tym nigdy nie spotkałem się z takim określeniem wobec mnie, pierwsze słyszę. Rozumiem, że wynika ono z kilku wyrwanych z kontekstu zdań z wywiadu. W tym sensie każdy twórca jest twórcą politycznym, bo ma jakiś światopogląd. W przeciwieństwie do Kiry Pietrek, Konrada Góry czy Szczepana Kopyta nie interesuje mnie przede wszystkim problematyzowanie dzisiejszości, tylko wędrówki po zakamarkach wyobraźni, dzieciństwa – tego, co wyparte.

A nie uważasz, że właśnie taka dyskusja, jak ta po Nagrodzie im. Szymborskiej powinna być czymś normalnym w rozmowie o literaturze? Spór jest naturalnym motorem napędowym każdej dziedziny sztuki.

Nie mam nic przeciwko dyskusji, ale wolałbym, żeby opierała się ona na faktach, a nie wymysłach. Rozmawianie o książce, której się nie czytało, ferowanie wyroków na podstawie fałszywych przesłanek i ograniczanie oddziaływania poezji do pozaliterackich kontekstów nie mogą mi być w żaden sposób bliskie. To nie jest dyskusja, tylko licytacja na oderwane od rzeczywistości wpisy w Internecie. Wizja sporu, polegającego na tym, że każdy może napleść dowolną bzdurę bez elementarnej wiedzy w temacie i przedstawiać ją jako równoprawny głos w dyskusji jest mi kompletnie obca.

A przecież całą polską literaturę XX wieku wyrzeźbiły właśnie konflikty wokół pisarzy, ich zaangażowania politycznego, postawy wobec porządku społecznego. Czemu we współczesnej literaturze liryka zaangażowana kojarzy się tak źle?

Nie sądzę, żeby kojarzyła się źle. W akademickim środowisku, do którego należę, jest dokładnie odwrotnie: gorzej przyjmowane są teksty, które uciekają od zaangażowania na rzecz opiewania uniwersalnych wartości. Nie uważam, że te dwie możliwości są rozłączne; wszystko zależy od języka, formy, struktury tekstu oraz pomysłu na całą książkę, rozumianą jako odrębny byt. W tym sensie nadal uważam, że – jak mawiał Stéphane Mallarmé ponad sto lat temu – poezję robi się ze słów.

Przez konteksty rodzinne trafiłeś pod lupę, stałeś się figurą publiczną. Z kolei Twój ostatni tomik rozumiem jako całkowite zaprzeczenie uzewnętrzniania się. Drożdżownia wydaje się budowaniem kompletnie alternatywnej rzeczywistości.

Uważam, że najważniejsza w procesie konstruowania świata jest przeszłość. Wspomnienia z dzieciństwa, sny i marzenia, sceny zapamiętane z wędrówek po górach, z filmów i obrazów. I pamięć zbiorowa, oparta zarówno na doświadczeniu empirycznym, jak i na zakodowanych kliszach lub niejednoznacznych wersjach historii. Nie da się oddzielić tego, co realne od tego, co wyobrażone. Na tej matrycy odkładają się dopiero osady teraźniejszości. Dawne historie okazują się bardziej realne niż codzienność, oferują rozluźnienie logiki przyczynowo-skutkowej, dają miejsce do językowego eksperymentu.

To konstrukcja rzeczywistości, którą dzisiaj już prawie nikt się nie interesuje. Opuszczonej i bezradnej wobec nowoczesności.

Nie ująłbym tego w ten sposób. Właśnie to jest rzeczywistość najbliższa człowiekowi, wyciągnięta z jego nieświadomości, próbująca wywołać efekt realnego, polegający na tym, że to, co niepokojąco inne staje się bardziej rzeczywiste niż to, do czego przywykliśmy. Powiedziałbym raczej, że to nowoczesność jest bezradna wobec autonomizującej się sfery oniryczno-wspomnieniowej. Oczywiście nie ma mowy o żadnym eskapizmie, chodzi o zetknięcie się doświadczenia materialności z nieświadomymi wizjami.

Zresztą Drożdżownia to też nazwa opuszczonej stacji PKP, takiego zapomnianego świadka małych historii. Przeczytałem, że przejechałeś na rowerze całą Małopolskę. Musiałeś zwiedzić setki takich miejsc. Czemu służy opowiedzenie o nich za pomocą poezji?

To dobry przykład tej dwoistości, o której mówię. Stacja, niegdyś opuszczona i podupadła, dziś rozkwita jako ważny punkt na mapie połączeń kolejowych. Musi sobie radzić z własną przeszłością, obrośniętą legendami, obrazami i traumami. Nowoczesność, ucieleśniana przez bezszelestne szynobusy, nie zamaże marginalności stacji, stojącej jak zawsze w tym samym miejscu i przywołującej nieprawdopodobne opowieści. Pod każdym kamykiem nasypu kolejowego czai się taka opowieść.

Jednocześnie opisywany świat nie wygląda u Ciebie jak jego bezpośrednie odbicie. Konstruujesz surrealistyczne wizje, trochę jak u Schulza.

Świat jest amalgamatem wyobrażeń, wspomnień, zasłyszanych opowieści, marzeń sennych i niespełnionych planów. Opisuję go językiem minimalistycznym, oszczędnym, tak żeby każde słowo znało swoje miejsce, żeby ukonkretnić tę rzeczywistość, nadać jej ziarnisty wymiar, a jednocześnie zawiesić ją w niepokojącym przeciągu. Stąd wrażenie surrealizmu, który różni się od Schulza sposobem narracji i językiem, natomiast przypomina go atmosferą i zamysłem twórczym. Przy czym jest to surrealizm oparty na bardzo szczegółowej obserwacji świata zewnętrznego.

Jest takie zdanie w DrożdżowniGwiazdy były mokre/ jak kałuże i wcale nie spadały. Odjeżdżały wczesnym rankiem wraz z turkotem zagubionych pociągów. Dostrzegam u Ciebie dwa zabiegi, poprzez które stymulujesz wyobraźnię czytelnika. Zaburzenie biologicznego porządku, działające na zasadzie dziecięcej wyobraźni, w której zarówno chmura na niebie, jak i kałuża są na wyciągnięcie ręki. A po drugie antropomorfizację przestrzeni, czyli nadawanie przedmiotom albo zwierzętom ludzkich cech. Dobrze myślę?

Rzeczywiście, konkretyzacja i antropomorfizacja przestrzeni to takie zabiegi, dzięki którym próbuję uzyskać ową ziarnistość. Kolejny chwyt to zbliżanie do siebie rozmaitych elementów rzeczywistości, zrównywanie ich statusu ontologicznego, wykrzywienie perspektywy. Rodzaj surrealistycznej anamorfozy, która w niektórych momentach dominuje w opisie świata. Zawierzenie dziecięcej wyobraźni jest dla mnie czymś niepodlegającym dyskusji, konieczną formą doświadczenia. W literaturze bowiem interesuje mnie dotarcie do punktu, w którym nie można odróżnić prawdy od fikcji: te kategorie uważam za całkowicie przereklamowane.

Jakub Kornhauser – (ur. 1984), poeta, tłumacz, krytyk literacki i literaturoznawca, nauczyciel akademicki Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. W 2014 uzyskał stopień doktora nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego na podstawie wyróżnionej rozprawy „Status przedmiotu w poezji europejskiego surrealizmu”. W 2015 roku opublikował tomik „Drożdżownia”, za który w 2016 otrzymał Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej.

Pages