Artykuły

[rozmowa] Dokąd zmierza świat? Electo-Acoustic Beat Sessions // Spring Break 2017

Warto sięgnąć po płytę Electo-Acoustic Beat Sessions, przeczytać cały booklet , odnieść się do tytułu, zastanowić się czy historia nie lubi się powtarzać. Należałoby się zastanowić dokąd zmierza świat? Marek Pędziwiatr i Sebastian Jóźwiak w rozmowie z Mateuszem Kalinowskim i Maksem Nałęczem o debiutanckiej płycie EABS Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)                          

Mateusz Kalinowski: Podczas festiwalu Enea Spring Break zagraliście koncert, który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem, zarówno wśród publiki jak i recenzentów.  Jak się Wam grało na takim festiwalu, z takim materiałem?    

Max Nałęcz: Dodatkowa wyjątkowość tego koncertu polegała na obecności pierwiastka związanego z Krzysztofem Komedą, który jest bohaterem Waszego najnowszego albumu. Graliście w mieście, w którym tworzył on swoje kompozycje. Czy siedziało to w Was podczas koncertu?

Marek Pędziwiatr: Przede wszystkim czujemy się dobrze ze sobą jako zespół. Oczywiście, ważne też na jaką publikę trafiamy podczas danego koncertu. Jeżeli ludzie oddają nam siebie, my też wtedy dajemy z siebie wszystko; taka zależność. Udało nam się uzyskać taki efekt, który zawsze był dla nas celem. Granie w miejscach, w których Komeda funkcjonował było dla nas pewnego rodzaju przeżyciem. Powiem więcej, jako pianista tego zespołu czuję dużą więź z tym człowiekiem. Krzysztof Komeda nie był przecież doskonałym pianistą, tak jak ja również się nim nie czuję. Jestem zwyczajnym twórcą. Myślę, że to wspólny mianownik. Dodatkowo istnieje takie zjawisko, jeśli chodzi o interpretację jego utworów, że dotychczas były one mniej lub bardziej odważne. My z kolei podeszliśmy do tego tematu tak, jakbyśmy się nie mierzyli z czymś ogromnym. Nie przeraziło to nas, po prostu czujemy, że to nasza muzyka, jakkolwiek to brzmi.

M.N. Nie czuliście dodatkowej presji mając świadomość, że w tym mieście rozpoznawalność twórczości Komedy jest o wiele większa niż gdzie indziej?

M.P. Kiedy zamknęliśmy pracę nad materiałem byliśmy pewni, że stworzyliśmy coś wyjątkowego, że przewróciliśmy tę muzykę do góry nogami. Ale następną misją było przekonanie ludzi do tego, że to nie jest tylko kolejne podejście do interpretacji utworów Komedy, kolejne zagranie Rosmery’s Baby.

Sebastian Jóźwiak: Mieliśmy wręcz bana na Rosmery’s Baby.

M.P. Tak, na płycie Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda) nie znajdziecie znanych kompozycji. Wykopaliśmy mniej znane utwory, skrawki tematów muzycznych, które byłe dotychczas rzadko interpretowane. Czasami jak mówię komuś, że zrobiliśmy tę płytę inaczej to ludzie nie wierzą. Myślą sobie: a znowu Komeda, nic nowego z tego pewnie nie będzie.

M.K Wśród ludzi czekających na Wasz koncert podczas Festiwalu Spring Break dało się słyszeć podobny sceptycyzm. Pytając się tych samych ludzi o wrażenia już po koncercie spotkałem się bardzo z pozytywnym odbiorem. Ludzie byli wręcz pod wrażeniem tego, w jakim stylu podeszliście do tematu twórczości Krzysztofa Komedy. Patrząc na to z jakiej muzyki wyrośliście, łatwiej można było was powiązać z rapem niż jazzem. Skąd taka metamorfoza i pomysł na tego typu kolaż muzyczny?S.J. Dotychczas EABS był mocno związany z Wrocławiem, głównie z klubem Puzzle, a później Vertigo. Staraliśmy się na licznych sesjach rap czy soul transformować na jazz, otwierając formę i zaskakując samych twórców, których zapraszaliśmy na te sesje… ale tak, hip-hop to korzeń, na którym się kształtowaliśmy. Gdy Puzzle zniknęły z mapy klubowej Wrocławia, to był impuls do tego żeby spróbować pojeździć z zespołem. Tak graliśmy materiał Milesa Davisa, a potem zaczęliśmy testować Komedę. Mam wrażenie, że porzuciliśmy już świata stricte hip-hopowego grania; zresztą na sesjach EABS nigdy go nie było, zawsze staraliśmy się pchać to o krok dalej. Nowi słuchacze traktują nas jakbyśmy zaczęli grać wczoraj, jednak chłopaki grają praktycznie w tym samym składzie już od pięciu lat.

M.N. Zatrzymajmy się na chwilę właśnie przy środowisku, z którego wyrośliście. Hip hop kojarzy się ze stereotypowo z ulicą i surowością. Dużo w tym środowisku jest jednak muzyków, którzy posiadają gruntowne muzyczne wykształcenie, niepasujące do powszechnego obrazu. Jestem ciekaw Waszych muzycznych inspiracji, które pchnęły Was właśnie ku  jazzowi?

M.P. Ktoś powiedział ostatnio, że hip-hop to muzyka amatorska. Z tego amatorstwa wyłaniają się dwa światy. Wywodzimy się z tej muzyki, ale są dwa rodzaje odczuwania i tworzenia tej tzw. amatorszczyzny. Możemy podchodzić do tej muzyki jako produktu, np. część raperów promuje różne marki, przedstawia w swoich utworów tzw. lifestyle melanżowy. Drugi rodzaj wynika ze swoistego naturszczyctwa. Wtedy można tworzyć muzykę w najpiękniejszy sposób. Osobiście przemawia do mnie ta druga opcja. Sam uważam się za tego typu muzyka: przez hip-hop odkryłem jazz. Zanim nauczyłem się grać na pianinie, robiłem najpierw bity.

M.K. Wydajecie płytę zainspirowaną twórczością tak wybitnego twórcy, jakim był Krzysztof Komeda. Myślicie, że dzięki temu łatwiej będzie Wam dotrzeć z tego typu ambitnym materiałem do potencjalnych odbiorców?

S.J. O dziwo nie nastawiamy się na pozytywny odbiór. Boję się, że mamy zbyt mało wrażliwe na taką muzykę społeczeństwo, aby odnieść spektakularny sukces z tą płytą. Według mnie trafi pewnie do niszy. Jednak chciałbym, żeby ta płyta odczarowała schematyczne myślenie o takiej muzyce i sprawiła, by ludzie sięgali do tego typu brzmienia. Na zachodzie już się to udaje, np. kluby w Los Angeles czy w Londynie są wypełnione ludźmi pragnącymi takiej muzyki. To nie są ludzie chcący słuchać kawałków o tym, że raper ma szafę pełną butów. Mnie osobiście takie wytwory totalnie nie interesują. Ostatnio Kendrick Lamar wydał płytę DAMN., która rozczarowała część jego fanów. Dlaczego? Ponieważ oczekiwali płyty podobnej do jego poprzedniego albumu To Pimp a Butterfly. Teoretycznie tamtą płytą Kendrick zrobił bardzo niebezpieczny krok, idąc w ambitną stronę będąc uznanym i mainstreamowym raperem. Ostatecznie okazało się, że warto było ryzykować, bo płyta trafiła na podatny grunt. Teraz wielu słuchaczy oczekiwało następnej płyty będącej jeszcze większym opus magnum. On tymczasem poszedł pod prąd i zrobił pytę na prostych patentach. Ona nie jest o wspomnianych wyżej  butach. Na tej płycie są siermiężne bity, którymi zwyczajnie się jaram. Czuć tam brud i szlam, których szukam w każdym gatunku, nie tylko w hip-hopie. W muzyce chcę usłyszeć prawdę; wiem, trochę to brzmi pewnie jak komunał. Jednak słysząc trzy pierwsze wersy i ten rodzaj brzmienia, który nie umiem opowiedzieć: czuję, że moje ciało to czuje. Wiem, że Kendrick ma taką misję, że ludzie słuchając jego twórczości zastanawia się nad współczesnymi problemami Ameryki, np. nad kwestią tożsamości Afroamerykanów. Taka muzyka przemawia do mnie najmocniej.

M.N W Polsce też mamy swoje problemy społeczne: czy myślicie że nadchodzi czas, żeby chwycić za muzyczny oręż i zbuntować się? W latach 2005-2007 narzekano na zespoły punkowe, które nic nie robiły. Jak to jest w przypadku muzyki tworzonej przez Wasze środowisko: można liczyć na zaangażowanie, podobne do tego u wspomnianego Kendricka Lamara?

S.J. Dlatego warto sięgnąć po płytę Electo-Acoustic Beat Sessions, przeczytać cały booklet , odnieść się do tytułu, zastanowić się czy historia nie lubi się powtarzać. Należałoby się zastanowić dokąd zmierza świat.?

M.P. To, co usłyszeliście podczas koncertu w ramach Spring Break to tylko pigułka, którą mogliśmy przekazać. Cała płyta jest konceptualnym zaangażowanym albumem. To wszystko jest pod skórą.

S.J. Dokładnie tak jak mówi Marek. Przykładowo: wykorzystaliśmy na płycie dialogi filmowe. Warto zadać sobie trud i obejrzeć film z lat 60, np. Barierę w reżyserii Jerzego Skolimowskiego, zobaczyć co wtedy artyści mieli do powiedzenia, skonfrontować to następnie z obecną rzeczywistością i zastanowić się czy nie dostrzegamy paraleli. To już zadanie słuchaczy, co z tym zrobią. Nie chcemy mówić jak interpretować płytę, ale chcielibyśmy pobudzić ich naszą muzyką do dyskusji nad kondycją świata.

 

M.N.  Czy w związku z takim podejściem czujecie misję w swojej muzyce? Często pytam o to muzyków biorących na warsztat tego typu twórców. Zapewne wielu przyszłych odbiorców nie miało dotychczas większego kontaktu z twórczością Komedy lub z drugiej strony nie miało do czynienia z rapem. Zdarzyło Wam się usłyszeć, że zachęciliście kogoś do dalszych poszukiwań?

 

M.P. Od początku działaliśmy jako zespół składający hołdy. Co prawda, ostatnio stało się to dosyć modne. Często słyszymy o różnych koncertach będących hołdem dla artysty xyz. Trochę tego nie rozumiem, bo w większości przypadków nie czuć na tych koncertach głębi. To tylko muzyka dla muzyki, którą można zagrać, zarobić i potem iść do domu spokojnie spać. My czujemy misję, chcemy przekazywać dobre wibracje i nie gadać głupot. Na naszej płycie nie zagraliśmy kompozycji jeden do jednego. Osobiście pisałem od nowa teksty do utworów, do których nigdy nie powstały wcześniej słowa.

S.J. Co ciekawe Tomek Lach, spadkobierca Krzysztofa Komedy, wyraził aprobatę dla naszego pomysłu, ale najpierw chciał zobaczyć te teksty. Powiedział nam, że wcześniej do Komedy pisali Wojciech Młynarski, Agnieszka Osiecka więc poprzeczka jest wysoko postanowiona. Pan Tomek czyta po angielsku, Marek rapuje po angielsku, więc wysłaliśmy teksty do wcześniejszej akceptacji i wszystko było jak należy.

M.P. Wychodzi na to, że obecnie teksty do utworów Krzysztofa Komedy napisali Osiecka, Młynarski i Pędziwiatr.

S.J. Wiedząc jaki szeroki jest nurt postkomedowski nie chcieliśmy sobie wycierać nim mordy. Na wszystkich okładkach płyt "po Komedzie" praktycznie zawsze znajdziecie jego sylwetkę. My z tego chcieliśmy zrezygnować. Nie chcieliśmy, aby Komeda to zdominował. Do samego końca zastanawialiśmy się czy zostawić tytuł Letters to Krzysztof Komeda, ostatecznie zdecydowaliśmy się zachować ten podtytuł. Chcemy żeby ludzie mówili o tej płycie EABS - Repetitions. Nie chcemy odcinać kuponów od twórczości Komedy.

M.P. Nieprzypadkowo nazwaliśmy to listami do Krzysztofa Komedy. To informacja wysłana do niego, napisana jego językiem, ale wysłana przez nas.

M.K. Festiwale takie jak Spring Break rządzą się swoimi prawami: dużo tutaj nowych artystów zaczynających swoją sceniczną karierę. Macie jakieś przesłanie dla muzyków chcących tworzyć zaangażowaną muzykę?

M.P. Właśnie, zaangażowania? Trzeba ich na to naprowadzić. Warto żeby artyści pamiętali o tym, żeby ich muzyka nie była tworzona tylko dla samej muzyki. Tak jak powiedział Keith Jarret: muzyka nie powstaje z muzyki, tak jak dzieci nie powstają z dzieci. Ten sposób wykonywania muzyki przekłada się potem na ich późniejszą twórczość. Wydaje mi się, że powinno tworzyć się tak, aby coś z tej muzyki komuś zostało.

S.J. Zauważyłem, że mało kto chce mieć obecnie swój styl. Dobrze widać to na przykładzie hip-hopu. W latach dziewięćdziesiątych praktycznie wszystkie składy, które wydawały były różnorodne. Ktoś kto słuchał Wu-Tang Clan rozkminiał to na swój sposób i chciał być inny od kolegów tworzących rap na sąsiednim osiedlu. Teraz mamy często do czynienia z kopiowaniem stylu. Często słyszymy, że ktoś jest polskim kimś. Trzeba znaleźć swój  unikatowy motyw. Można zawojować polski rynek muzyczny i być taką Margaret, czyli polską Rihanną, ale czy o to chodzi?

 To wszystko wynika z naszych kompleksów. Dlaczego Komeda odniósł światowy sukces? Stwierdził kiedyś, że w jego duszy gra romantyczny charakter, który możliwe wynika ze zbyt długotrwałego słuchania Chopina. Miał w sobie ten słowiański sznyt, który gdy pojechał do Danii i wydał album, okazał się motorem napędowym jego sukcesu. Był jedyny w swoim rodzaju. Według mnie na tym można budować swoją karierę. Zwłaszcza dzisiaj, dzięki dostępowi do internetu jest to o wiele łatwiejsze. Podam przykład Bitaminy:dlaczego nagle, gdy ludzie dotarli do ich twórczości, zrobił się na nich hype? Nie ma obecnie drugiego takiego zespołu, który mówi w swoich tekstach o tym co oni, nie ma takiego drugiego wokalu itd. Jako wydawca nie chciałbym inwestować swoich pieniędzy w coś co jest zwykłe. Unikalność i swoisty sznyt, to przepis na sukces.

[recenzja] Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta. Łukasz Krzyżanowski

Przyglądając się rynkowi wydawniczemu w Polsce na przestrzeni ostatnich lat z łatwością dostrzeżemy coraz więcej pozycji wychodzących poza postrzeganie II wojny światowej jako wyłącznie konfliktu zbrojnego. Za jedno z najważniejszych wydarzeń związanych z okresem 1939-1945 bezspornie można uznać tragedię społeczności żydowskiej. Jednak tragedia ta to nie tylko Holocaust, ale również trauma związana z powrotami do miejsc zamieszkania. Właśnie o tym traktuje Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta Łukasza Krzyżanowskiego.  

W odróżnieniu od innych książek poruszających się w tej tematyce, w pozycji wydanej przez Wydawnictwo Czarne nie mamy do czynienia ze studium ujmującym powroty Żydów w wymiarze „globalnym”. Autor zastosował ciekawy zabieg polegający poddaniu badaniom powojennej historii jednego miasta – Radomia. Krzyżanowski biorąc na warsztat losy zagłady radomskiej społeczności żydowskiej oraz ludności Radomia do powracających z piekła Holocaustu ocalałych stworzył uniwersalny portret stosunków polsko-żydowskich przed i w czasie wojny, ale przede wszystkim po niej. Dzięki relacjom ocalałych świadków, zeznaniom sądowym oraz zachowanym dokumentom, czytelnik otrzymuje pełen obraz problemów, z jakimi musieli borykać się Żydzi powracający do Radomia zaraz po wojnie.        

Niestety, obraz relacji polsko-żydowskich wyłaniający się z Domu, którego nie było nie napawa optymizmem. Nie znajdziemy tutaj nic z lansowanego przez wiele lat propagandowego przekazu jakoby ocalałych Żydów witano chlebem i solą. Niechęć polskiego społeczeństwa, napady, zastraszanie, obojętność przedstawicieli władz, a nawet nieukarane morderstwa to tylko niektóre z trudności, jakie spotkały żydowskich mieszkańców Radomia. Krzyżanowski nie buduje jednak jednostronnego wizerunku „antysemickich od zawsze Polaków”. Interesujące dla zrozumienia niechęci wobec Żydów mogą być opisy wzrostu napięcia w stosunkach polsko-żydowskich w przedwojennym Radomiu czy polityka okupacyjna władz niemieckich. Zawrotna powojenna „kariera” słowa pożydowskie pomaga choć trochę zrozumieć niechęć polskich obywateli do swoich żydowskich sióstr i braci. W rozumowaniu wielu przedstawicieli ludności polskiej przejmowanie pożydowskiego mienia lub dobytku było czymś naturalnym. W kraju wyniszczonym wojną trudno było się oprzeć pokusie szabrowania. Moment powrotu prawowitych właścicieli zazwyczaj nie wiązał się z dobrowolnym zwrotem przywłaszczonego mienia. Krzyżanowski przytacza dramatyczne wspomnienia i opisy sytuacji, kiedy Żydzi nie mogli odzyskać swojego dobytku, ponieważ ten, nazywany pożydowskim, znalazł już nowych właścicieli. Starania podejmowane przez ocalałych nie mogły już niestety w żaden sposób odwrócić procesu przemian własnościowych zapoczątkowanego przez hitlerowców, a kontynuowanego z powodzeniem po zakończeniu działań wojennych przez polskich obywateli i władzę.       

Powracający z obozów koncentracyjnych lub ZSRR obywatele polscy żydowskiego pochodzenia niejednokrotnie musieli zmierzyć się z traumą. W większości przypadków ich rodziny zginęły, mienie zostało zniszczone lub zrabowane, a w najlepszym przypadku zajęte przez Polaków. Podczas lektury Domu, którego nie było wyjątkowo mocno uderza bezradność i pustka, jakiej doświadczyli radomscy Żydzi. Miasto, które dla wielu z nich było przed wojną punktem odniesienia, zarówno w kontekście rodziny jak i pracy, po jej zakończeniu stało się im zupełnie obce. Tym bardziej warto docenić opisywany przez autora trud, którego podjęli  się ocaleli Żydzi. Trud polegający na próbie odbudowy pozorów normalnego życia. Przytoczenie działań Okręgowego Komitetu Żydowskiego, który powstał zaraz po wyzwoleniu w 1945r., uświadamia czytelnikowi jak heroiczna i jednocześnie skazana na porażkę była próba powrotu do statusu sprzed II wojny światowej. Jak zauważa w recenzji książki dr hab. Marcin Zaremba, którego śmiało możemy uznać za jednego z czołowych historyków zajmujących się tym okresem: „Jest to też opowieść o murach, nie miejskich, lecz międzyludzkich, które nie pozwalały na wspólne powojenne życie”.        

Dom, którego nie było roztacza ponurą wizję losów ocalałych Żydów powracających do rodzinnych miast zaraz po zakończeniu wojny. W opisywanym Radomiu znajdziemy jak w soczewce wszystkie problemy, które trapiły wówczas stosunku żydowsko-polskie: antysemityzm, przemoc symboliczną i fizyczną, wrogość, brak możliwości odzyskania utraconego mienia i przede wszystkim otwartą niechęć, zarówno ze strony władz jak i zwykłych mieszkańców Radomia. Uczucie wyobcowania, trauma Holocaustu i niechęć doprowadziły do sytuacji, kiedy ocaleli Żydzi przestali czuć się jak pełnoprawni uczestnicy życia społecznego, stali się obywatelami widmo. Antysemityzm widoczny w Polsce przed wojną, a podniecany przez Niemców czasie okupacji mocno przeżarł polską tkankę społeczną. Po lekturze książki Łukarza Krzyżanowskiego warto zadać sobie pytanie: co się stało, że większość naszych rodaków w obliczy tragedii narodu żydowskiego nie potrafiła zachować się przyzwoicie?

Mateusz Kalinowski

[recenzja] Zielona rewolucja. Robert Fucks.

Mimo, że Zielona rewolucja Ralfa Fücksa ukazała się w polskim przekładzie z trzyletnim opóźnieniem, to nie jest to okres czasu, który usprawiedliwiałby niebywałą nieaktualność zawartych w niej rozważań. Niestety, tekst autorstwa niemieckiego polityka nie dostarcza żadnych świeżych idei, kipi naiwną wiarą w postęp techniczny na starą, pozytywistyczną modłę i zupełnie nie odpowiada na wyzwania współczesnych ruchów ekologicznych. Gdyby tego było mało, analizy i propozycje Fücksa są sprzeczne w tak wielu miejscach, że albo książka ta jest mistrzowskim popisem dialektyki, która przerasta moje zdolności poznawcze, albo mamy do czynienia z wewnętrznym dialogiem schizofrenicznego umysłu.

Pierwsze rozdziały Zielonej rewolucji to krytyczna tyrada na temat teorii społeczeństwa post-wzrostowego. Forsowane przez środowisko Klubu Rzymskiego założenie o granicach wzrostu, które leży u podstaw tej teorii, nie opiera się zdaniem Fücksa na rzetelnych diagnozach, ale jest zaledwie współczesną wersją mitów o Wieży Babel czy Dedalu i Ikarze, w których ludzka pycha, próby przekroczenia granic zostają surowo ukarane. Tę samą przestrogę spotykamy w literaturze kolejnych epok: w goetheańskim Fauście, w Doktorze Jekyllu i panu Hydzie Stevensona czy Frankensteinie Mary Shelley. Wszyscy oni mówią jednym głosem: próba opanowania przyrody, walka z potęgą natury, skończy się ostateczną klęską człowieka. A zatem nie wąsko rozumiany wzrost mierzony wyłącznie zyskiem, ale „inteligentny, zielony wzrost”, który oznacza „wzrastanie wraz z przyrodą” – to rozwiązanie, które proponuje w zamian autor, a w stronę tych, którzy biorą zamach na wzrost gospodarczy, woła: „zielony wzrost albo zapaść”1. I chociaż sam też nie jestem zwolennikiem ekologicznego konserwatyzmu, który wskazuje na radykalne ograniczenie zachodniego stylu życia jako najlepszą drogą do zminimalizowania skutków trucicielskiej działalności człowieka, nie wydaje mi się, by pomysł Fücksa stanowił jakąkolwiek alternatywę.

Zacznijmy od tego, na co silny nacisk położyła w swojej ostatniej książce Naomi Klein (To zmienia wszystko. Kapitalizm kontra klimat), a czego w tekście Fücksa kompletnie zabrakło. Poza konkretnymi propozycjami rozwiązań podatkowych i technologicznych, które pozwolą nam uniknąć – i tak już daleko posuniętych – skutków globalnego ocieplenia, kanadyjska aktywistka wskazuje na konieczność zmiany dotychczasowych form działania ruchów ekologicznych. Te bowiem od lat 80., w którym to czasie przez świat przeszło reaganowosko-thatcherowskie tornado, niesłusznie zaakceptowało warunki nowej, wolnorynkowej gry. Skończyło się tym, że organizacje ekologiczne zrezygnowały z budowania masowych ruchów społecznych wywierających nacisk na procesy legislacyjne, czy uderzających bezpośrednio w „trucicielski biznes”. Odtąd jedynym orężem tych, którym na sercu leży dobro Ziemi, był pieniądz: wydawany z rozwagą, by nie wspierać wykorzystywania taniej siły roboczej i degradowania środowiska. Na rynku zaczęły więc pojawiać się pojazdy zasilane energią elektryczną, biodegradowalne kosmetyki, bambusowe szczoteczki (skądinąd wcale nie takie ekologiczne) i tym podobne alternatywy dla tradycyjnych produktów. Jak zatem triumfalnie zakrzyknąłby klasyk: „tak działa wolny rynek!”. I chociaż Klein w swojej książce pokazuje nam, że trochę jednak nie działa, a kilkadziesiąt lat budowy „zielonego kapitalizmu” zaprowadziło nas na skraj cywilizacyjnej katastrofy, którą wielcy biznesowi i polityczni gracze nadal zdają się ignorować, Ralf Fücks z naiwnością sześciolatka pisze:

„[I]nsynuacja, że ekologia jest dla większości firm jedynie chwytem marketingowym, świadczy raczej o ignorancji niż o znajomości rzeczy. Ignoruje ona bowiem to, jak bardzo przedsiębiorstwa stały się z biegiem czasu otwarte na problemy społeczne i jak silnie kwestie ekologiczne zakorzeniły się w ich strukturach. Przedsiębiorstwa ignorujące problemy ekologiczne wystawiają na szwank swój moralny kapitał i ryzykują utratę rynków w przyszłości.”

Wystarczyłoby może odpowiedzieć na to danymi, które pokazują, że wciąż obserwujemy wzrost globalnego zużycia paliw kopalnianych2, a przychody Monsanto zwiększyły się od 2012 roku o 1500 milionów USD (przy zwiększeniu kosztów uzyskania przychodu o niecałe 400 mln USD), ale powiedzieć trzeba więcej.

Zdaniem autora, kołem napędowym ekologicznej transformacji jest połączenie innowacji, zarządzania politycznego i indywidualnych wyborów3. Zgoda, jednak to nie wystarczy. Bez globalnej, międzynarodowej solidarności, większej kontroli społeczeństwa nad procesami decyzyjnymi itd., z tego połączenia zupełnie nic nie wyniknie. Tymczasem o globalnym kryzysie demokracji, katastrofalnych skutkach politycznego-biznesowego mariażu i niskim poziomie społecznego aktywizmu Fücks zwyczajnie milczy. Zamiast tego architekt zielonej rewolucji chce, byśmy dalej dokonywali mądrych decyzji konsumenckich, podczas gdy politycy i naukowcy będą wymyślać i aplikować nowe rozwiązania technologiczne dla dobra nas wszystkich. Świat Internetu skomentowałby to memem z cyklu: „revolution – you’re doing it wrong”.

Co do tego, że potrzebujemy globalnej transformacji energetycznej, jest między nami pełna zgoda. Jednak w kwestii tego, jak ma ona przebiegać, tzn. jaki udział ma w niej odegrać np. państwo, już nie. Co więcej, sam autor też nie potrafi się w tej sprawie zdecydować. Zaczyna bowiem od czarnej wizji, w której stopniowo wyczerpywać się będą zdolności państw opiekuńczych. Tym samym społeczeństwa będą musiały nauczyć się współpracy i niesienia samopomocy, a „[z]aangażowanie obywatelskie, działalność honorowa, inicjatywy sąsiedzkie i projekty spółdzielcze” będą musiały wystarczyć, by wypełnić lukę powstałą po obumarłych instytucjach publicznych. Ale Fücks idzie jeszcze dalej i wkrótce zaczyna oskarżać zwolenników ekologicznej kontroli przemysłu o autorytarne zapędy, przy czym wychodzi na jaw jego zupełna ignorancja. Insynuuje np., że Dennis Meadows, który porusza problematykę polityki kadencyjności, chce nam powiedzieć, iż niemożliwe jest pogodzenie demokracji i stabilności. By zarzut był kompletny, autor Zielonej rewolucji dodaje na koniec, że rozwiązaniem proponowanym przez Jørgena Randersa jest oddanie władzy w ręce „dobrotliwego dyktatora”. Za jednym zamachem niemiecki polityk zamyka zatem usta wszystkim tym, którzy dostrzegają oczywiste problemy kadencyjności, i tym, dla których współczesna demokracja przedstawicielska oparta o kadencyjność to nie to samo, co „demokracja w ogóle”.

Zielonej rewolucji płynie nauka, że państwo staje się coraz bardziej zbędne, jako że światem rządzi ekologiczna ręka wolnego rynku: „[c]oraz więcej przedsiębiorstw – czytamy – zorientowało się, że odpowiedzialność za środowisko i ochrona klimatu są kluczem do sukcesu ekonomicznego w przyszłości.” Gdy natomiast polityk zaczyna przekonywać, że kapitalizm może mieć bardziej ludzkie oblicze, daje popis swojej niewiedzy, pisząc, że „[p]raojcowie socjalizmu nie doceniali zdolności kapitalizmu do zmiany”.

Ciekawym pomysłem jest propozycja ekologicznej reformy podatkowej. Co to jednak oznacza w praktyce? Zdaniem Fücksa koniecznym będzie wprowadzenie podatku od wykorzystania zasobów i zanieczyszczenia środowiska przy jednoczesnym zmniejszeniu składek na ubezpieczenia społeczne lub opodatkowania pracy. Takie rozwiązanie wydaje się jednak nie mieć sensu, wszak jeśli celem podatku od emisji ma być zmniejszenie poziomu emisji, to w efekcie spadać będą także wpływy do budżetu. Autor wyjaśnia jednak, że nie chodzi mu wyłącznie o opłaty za produkcję niebezpiecznych substancji, ale za samo odtwarzanie zasobów naturalnych. Zdaje się jednak, że bilansowałoby się to wyłącznie w przypadku krajów silnie zindustrializowanych, takich jak Niemcy. W Polsce, która przemysłem nie stoi, środków tych byłoby stanowczo za mało. Dalej niemiecki polityki pisze jednak, iż progresywny podatek dochodowy jest „nie tylko kwestią sprawiedliwego podziału, lecz zwiększa również potencjał innowacyjności i wzrostu”4, można więc domniemywać, że chce on, by opodatkowanie pracy nadal odgrywało silną rolę.

Szukając kompromisu, próbując zjednać ze sobą przedstawicieli wszystkich zatroskanych o dobrostan Ziemi (zarówno tych lewicowo, jak i liberalnie ukierunkowanych w kwestiach gospodarczych), Ralf Fücks ostatecznie rozczarowuje wszystkich. Niejasne stanowisko wobec roli państwa, fetysz innowacji i apolityczność rozpatrywanych kwestii środowiskowych to największe grzechy autora Zielonej rewolucji.

1 R. Fücks, Zielona rewolucja, tłum. Ś. F. Nowicki, KiP, Warszawa 2016, s. 49.

2 [online:] inhabitat.com/worldwide-fossil-fuel-consumption-set-a-new-record-in-2015

3 Tamże, s. 63.

4 Tamże, s. 397.

Tomasz Orłowski
 

 

[recenzja] Matecznik. Małgorzata Lebda.

Świat mitu, domowego folkloru i magicznego postrzegania. Najbliższa rzeczywistość jest tu jak biologiczna tkanka, pulsująca harmonijnym rytmem pod palcami. Matecznik Małgorzaty Lebdy to poetycka opowieść kompletna – o cykliczności czasu, współżyciu z naturą, dorastaniu i śmierci.

Tomik otwiera minimalistyczna dedykacja: „ziemi”. Już w pierwszych wierszach wyraźnie ustawia się sposób patrzenia na świat – zależność człowieka od przyrody – huraganów, wiatru czy ognia – jest tak duża, że tym bardziej uwidacznia się jego chwilowość i zupełna nieistotność w perspektywie całego istnienia. Lebda wyznacza mu więc inne zadanie – zostaje strażnikiem porządku, a nie władcą, etatowym doglądaczem, a nie właścicielem, równorzędnym zwierzęciem, a nie antropocentrycznym zwierzchnikiem.

Wędrówka po Mateczniku to podróż zaczynająca się od dziecięcych wspomnień i próbie porządkowania świata spod znaku mędrca-patriarchy – ojca poetki. Rolnika i gospodarza, odgrywającego rolę pośrednika, z języka natury wyprowadzając uniwersalne, obowiązujące prawa.

 
 

 

sprawy lasu: rozpoznanie
początkowo mówiłem do was
jak do zwierząt ale odkąd wasze pytania
stały się niewygodne przyglądałem
się wam uważniej
pomyślałem że tej z was która jako pierwsza
zapyta o sprawy lasy pokażę wszystko
dokładnie do samej krwi

Konwencja filmowa albo kolejne rozdziały poetyckiej opowieści. Specyficzny sposób nazywania kolejnych wierszy, a więc rzeczownik (czasem ze swoim dopełnieniem), dwukropek i stojące za nim pewne doprecyzowanie, segmentują opowiadaną historię, choć tak naprawdę – i paradoksalnie – ją uspójniają. Część po części, poszerza się wiedza o małej, domowej ojczyźnie, która stała się miejscem niezwykle ważnym, bo dającym wgląd w otwarty organizm, w jedyne i prawdziwe prawa – prawa natury. Matecznik – las staje się jądrem jakiegoś pradawnego i niezmiennego świata mitycznego. Moment opowieści jest tym czasem, w którym młoda poetka zostaje wybrana spośród rodzeństwa na przejęcie schedy po starzejącym się ojcu. A przejęcie obowiązków łączy się z ciężarem („każda z nas próbuje zatrzyma
/ na sobie uwagę ojca// już przy domu w świetle wysokiego ogniska myślę/ w jaki sposób dzielimy go pomiędzy siebie: nierówno/ niesprawiedliwie”).

Nie ma w Mateczniku naiwnej bogobojności czy religijności – bynajmniej nie takiej, kojarzącej się z dogmatycznym chrześcijaństwem. Owszem, mamy sierpniowe „święte dni”, modlitwy przed przystąpieniem do zbiorów, ale przede wszystkim to rytuały ludyczne, mityzujące czas i wskazujące na jego cykliczność, a niekoniecznie uświęcone daty z kalendarza liturgicznego. Podobnie z wizerunkami świętych – gipsowa figura Matki Boskiej zamieniona jest tu na skarbonkę, z której poetka wyciąga drobne pieniądze, żeby móc kupić paczkę papierosów:

ostatecznie matka boska wygląda przyzwoicie brakuje
sklejamy matkę boską od dołu szukam odłamków z wężem
potem stóp naskórek dłoni twardnieje od schnącego kleju
jej tylko serca i w plecach ma dziurę to tam będę wrzuca
ciężkie monety wykradane z niedzielnego płaszcza ojca
(fragm. wiersza matka boska: gipsowy klej)
ojciec pyta o pasiekę wydaje surowe instrukcje węzę
wkładaj delikatnie wybieraj ciepłe dni aby nie przeziębi
gniazda bądź uważna ostatnim razem poprosił o paczkę
klubowych kupiłam ją za pieniądze z maryi
(wiersz maj: ogień II)

Same modlitwy łączą się tu z obłaskawianiem, uniżeniem się przed naturą i jej mocą, od której na dobrą sprawę uzależnione jest przeżycie. Tak, jak w przypadku każdego zwierzęcia.

Związek rodziny poetki i zwierząt nie kończy się na przestrzeganiu zasad panujących w przyrodzie. Jest przypieczętowany krwią, co zważywszy na jej symbolikę, czyni akt niezwykle istotnym, zrównującym gatunki: „do sieni wchodzi ojciec z pokrwawionym zającem/ bierze w dłonie twarz mojej siostry widzę jak krew/ zwierzęcia i krew mojej siostry mieszają się”. Sam człowiek rysuje się z kolei jako groźny drapieżnik: „(…) myślę o chłopcach którzy zakopywali tu swoje/ skarby o tych spod lasu którzy wypowiadali wojny naszym braciom/ i potrafili je wszystkie przegrać o ich ciałach wyspecjalizowanych/ w zadawaniu głębokich ran w traceniu krwi”.

Zawarte przymierze pozwala na głębokie zrozumienie. Dlatego też kiedy sąsiada nęka rój pszczół, kiedy umierają psy, gdy lisy roznoszą wściekliznę, spokój nie zostaje zmącony, wydaje się, że tylko ojciec i córka wiedzą dokładnie, niemal jak po przeczytaniu instrukcji, co powinni zrobić.

Historia w Mateczniku toczy się dwutorowo. Obok opowieści krążących wokół lasu i zwierząt, dokonuje się powolny upadek ojca-patriarchy. Do świata mitycznego wkrada się choroba, która wyrywa mężczyznę z idealnie zsynchronizowanej rzeczywistości, wrzucająca go w przestrzeń szpitala, co mąci porządek, tworzy wyłom w dobrze działającym mechanizmie:

ojcu zapaliło się serce mówią ciotki
zwierzęta są niespokojne, pszczoły obsiadają parapety
nie wracają na noc do uli rankiem znajduję je martwe
i grzebię pod krzakiem aronii
ojca widzę kilka dni później w jasnej szpitalnej sali
coś odebrało mu siły i zamgliło oczy
(fragm. wiersza maj: ogień I)

Słabość ojca podkopuje też jego autorytet, z czego ten doskonale zdaje sobie sprawę, autodemaskując się w wierszu:

ostatnie dni zimy: czucie
ukrywałem swoją słabość
nie poprzez nią miałem być zapamiętany
odwracałem waszą uwagę na sprawy ziemi
tak skutecznie że myśląc o mnie będziecie
mówić językiem roślin

Upadek, mimo że przejmujący ze względu na obnażenie, nie jest jednak dotkliwy. Obowiązek został spełniony, następca wyznaczony i przyuczony do pracy. Pozostał jednak brak, choć cykl przyrody zaraz się odnowi.

Agnieszka Budnik

 

[recenzja] Historie warte Poznania. Od Pewuki i Baltony do kapitana Wrony. Filip Czekała.

Nie od dziś wiadomo, że historia na poziomie lokalnym różni się zdecydowanie od tej, traktującej o losach wielkiego świata. Zdecydowanie więcej w niej magii. Odkrywanie tajemnic rodzimej społeczności i chęć poznania jej historii przeżywa w ostatnich latach swoisty renesans. Co zrobić, gdy chcemy odkryć przeszłość miasta, w którym żyjemy? W przypadku stolicy Wielkopolski najlepiej sięgnąć po książkę autorstwa Filipa Czekały Historie warte Poznania. Od Pewuki i Baltony do kapitana Wrony.

Wydana przez Wydawnictwo Poznańskie pozycja jest nie tylko zbiorem interesujących historii dotyczących grodu nad Wartą, ile niestandardowym przewodnikiem po przeszłości tego miasta. Przeszłości, na której elementy wciąż możemy się natknąć, przemierzając poznańskie ulice. Historie warte Poznania…, to dwadzieścia pięć opowieści traktujących o kultowych dla miasta miejscach, ważnych postaciach i symbolach. Wszystko to okraszone masą anegdot i bogatym wyborem zdjęć. Autor zadał sobie wiele trudu zbierając fotografie, które w doskonały sposób ilustrują opisywane wydarzenia. Szeroki wybór archiwaliów i ilustracji z dawnej epoki sprawiają, że nawet czytelnicy niezaznajomieni dobrze z historią miasta bez problemu rozpoznają opisywane miejsca. Skąd pomysł zebrania i opisania tylu historii? Z pewnością odpowiedzi warto szukać zaglądając do życiorysu autora. Filip Czekała to nie tylko poznaniak z krwi i kości, absolwent szkoły Łejery (o której losach również wspomina w książce), Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, ale swego czasu dziennikarz „Głosu Wielkopolskiego”, obecnie związany z TVN24. Gdy dorzucimy do tego niekrótkie uczestnictwo w zespole Poznańskich Słowików, kierowanych przez profesora Stefana Stuligrosza, a także epizod z Teatrem Nowym, trudno dziwić się szczególnemu przywiązaniu autora do rodzinnego miasta.

Emocjonalne podejście autorów do tworzonych przez nich dzieł w wielu przypadkach można odczytywać jako zarzut. Jednak nie w przypadku Historii wartych Poznania. Tutaj znajomość i przywiązanie Filipa Czekały do stolicy Wielkopolski jest jednym z motorów napędowych całej książki. Przemierzając kolejne strony, czujemy wieź łączącą autora z opisywanymi wydarzeniami i miejscami. Dzięki przystępnemu stylowi czytelnik z pewnością się nie zanudzi. Wśród poruszonych tematów znajdują się zarówno te pozornie znane wszystkim mieszkańcom Poznania, jak i takie traktujące o mało znanych wydarzeniach. Znajdziemy tu historie dotyczące poznańskich koziołków, Powszechnej Wystawy Krajowej, perypetii związanych z budową Collegium Altum, a także opowieści mniej utrwalone w świadomości poznaniaków. Do nich z pewnością możemy zaliczyć: koncert zespołu Iron Maiden w roku 1984, kiedy to muzycy uświetnili swoim występem wesele w lokalu Adria, okupację gmachu Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przez członków Niezależnego Zrzeszenia Studentów w styczniu 1990 roku.

Niezwykłą zaletą całej książki jest żywy styl narracji uzupełniony licznymi cytatami i wywiadami z uczestnikami poszczególnych wydarzeń. To właśnie bohaterowie kolejnych historii są siłą tej książki. Pogłębione wywiady przeprowadzone przez autora pozwalają przybliżyć czytelnikowi opowiadane historie i odtworzyć klimat minionych lat. Utrwalony na kartach Historii… obraz Poznania jest barwny i kolorowy (nawet jeśli przypomnimy sobie PRL-owską szarą codzienność), a wszystko to właśnie za sprawą bohaterów poszczególnych opowieści. Dla wielu niepamiętających stolicy Poznania z okresu przedwojennego lub PRL, styczność z pozycją autorstwa Czekały będzie świetną okazją do zapoznania się z miejscami charakterystycznymi dla dawnego Poznania, których w wielu przypadkach już nie ma. Dzięki takiemu doborowi poruszanych tematów mamy sposobność późniejszej konfrontacji opisywanych miejsc z ich faktycznym stanem. Takim przykładem jest choćby sytuacja dotycząca Powszechnej Wystawy Krajowej z 1929 r. Właśnie wtedy stolica Wielkopolski została poddana gruntownej modernizacji, a powstałe w tym czasie budynki do dnia dzisiejszego służą mieszkańcom miasta i na stałe wpisały się w jego krajobraz (Collegium Chemicum, Dom Studencki „Hanka”). Nie brakuje tutaj również zabawnych historii, jak choćby ta związana z modernizacją toru regatowego Malta lub budową Collegium Altum. Czytając te opowieści trudno nie odnieść wrażenia, że w Poznaniu co parę lat zdarzają się budowy będące odpowiednikiem dzisiejszych problemów związanych z modernizacją Ronda Kaponiera.

Historie warte Poznania możemy potraktować również jako swoisty przewodnik, dzięki któremu odkrywamy tajemnice stolicy Wielkopolski. Przy okazji otrzymujemy niepowtarzalną okazję zaznajomienia się z życiorysami ludzi, bez których Poznań byłby nie do Poznania. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich zafascynowanych świeżym spojrzeniem na lokalną historię.

Mateusz Kalinowski

 

[krytycznie] Kucając. Andrzej Stasiuk.

W zróżnicowanej twórczości Andrzeja Stasiuka opowiadania, felietony i eseje z tomu Kucając wpisują się w jej nurt afirmujący naturę, skupiony na naszych braciach mniejszych. Osią tematyczną zbioru są bowiem relacje człowieka i świata przyrody. Wyczulenie na tę tematykę autor prezentował również w innych swoich książkach, tutaj jednak kwestia ta została szczególnie wyeksponowana. Kucając to zbiór publikowanych wcześniej (czasem dużo wcześniej, jak znaczna część opowiadań pochodzących z Dukli, wydanej w 2008 roku), rozproszonych i zebranych ponownie tekstów, co świadczy o tym, że refleksja nad podejmowanym zagadnieniem towarzyszy Stasiukowi od jakiegoś już czasu i, najwyraźniej, towarzyszy mu wiernie.

Do kwestii miejsca, jakie powinien zająć człowiek w świecie przyrody, powraca się obecnie bardzo często i to na różnych polach. Coraz popularniejsze stają się w Polsce animal studies, pozwalające spojrzeć na różne problemy z perspektywy zwierząt, jak i studia ekokrytyczne, interpretujące bądź reinterpretujące związki człowieka i natury w literaturze. Po temat rozrachunku z trudnego sąsiedztwa ludzi i zwierząt sięgają raz po raz najważniejsi pisarze, jak choćby Olga Tokarczuk w wydanej trzy lata temu książce Prowadź swój pług przez kości umarłych. Jednak zainteresowanie tą kwestią nie ogranicza się tylko do środowisk zawodowo związanych z literaturą. Rosnącym zainteresowaniem cieszą się w Polsce restauracje wegańskie i wegetariańskie, a kwestia jedzenia mięsa nierzadko staje się przedmiotem dyskusji o charakterze etycznym. Wreszcie wspomnieć należy również o kolejnych miastach, które decydują się na wprowadzenie zakazu dla występów wykorzystujących tresowane zwierzęta1, czy o nagłaśnianych w mediach akcjach zwracających uwagę na los zwierząt, angażujących powszechnie znane postaci (pewnym symbolem takiego zaangażowania stała się aktorka Maja Ostaszewska). Wszystkie te trendy i działania świadczą o jednym: próbujemy na nowo określić swoje miejsce wśród zwierząt.

Między innymi z tych względów Kucając można uczynić bardzo aktualną lekturą. Nie idzie o to, że Stasiuk sięga po temat modny. Nie, od wielu lat jego refleksje konsekwentnie oscylowały wokół spotkania człowieka ze światem przyrody, które to spotkanie z pewnością można uznać za ważne dla autora źródło inspiracji. Chodzi raczej o to, że chwila, w której ukazuje się zbiór 33 tekstów (kunsztownych pod względem metaforyki i stylu, do których przyzwyczaił nas autor) skoncentrowanych na relacji człowieka ze zwierzętami może być istotna dla ich odbioru przez czytelnika. Mam na myśli chwilę, w której dyskurs dotyczący życia i traktowania zwierząt zaczyna przekraczać ramy akademickie, staje się dla wielu osób ważny z ich indywidualnej perspektywy, a także zaczyna funkcjonować coraz silniej w świadomości społecznej.

Okazuje się bowiem, że spod pozornie banalnych opowieści o krajobrazach i zwierzętach w Kucającprzebijają raz po raz pytania, z jakimi nie możemy się uporać od bardzo dawna, a z którymi zaczęliśmy się intensywniej mierzyć w ostatnim czasie: czy jesteśmy ponad światem zwierzęcych instynktów czy też jesteśmy jednym z jego elementów? I co z tego powinno wynikać ?

Jak nietrudno się domyślić, Stasiuk nie daje w swoich krótkich utworach jednoznacznej odpowiedzi na postawione wyżej pytania. Mimo to, znaczy je wieloma interesującymi przemyśleniami, choćby takimi jak te:

(…) przecież jesteśmy zwierzętami, chociaż ze wszystkich sił staramy się o tym zapomnieć. Nieustannie się przebieramy, myjemy bez końca i wciąż paplamy, stłoczeni przy stołach we własnym towarzystwie, bo wydaje nam się, że tak wygląda życie człowieka. A jesteśmy bydlętami i czasem powinniśmy zakosztować ciszy i samotności. Takiej jakiej doświadcza zwierzę, które nie wie, że się narodziło, i nie wie, że umrze. Staje o świcie naprzeciw świata i nie ma pojęcia, że ktoś oprócz niego jeszcze jest2.

Ten finalny akapit ostatniego opowiadania wyraża myśl podsumowującą cały zbiór i w pewien sposób spaja wszystkie pozostałe przytoczone tam historie. Konstatację wynikającą z lektury można by wyrazić następująco: zrzućmy z tonu, jesteśmy częścią tej pierwotnej natury, od której cywilizacja próbuje nas cały czas nieskutecznie izolować.

Zagadką może być nietypowy tytuł zbioru w formie imiesłowu. Jego wytłumaczenie znajdujemy w kilku miejscach. Już w pierwszym opowiadaniu otrzymujemy przydatną poszlakę w postaci przywołania w tytule nazwy Răşinari – wsi, obecnie znajdującej się na terenie Rumunii, w której urodził się filozof Emil Cioran. To jego słowa stanowią motto dla pierwszego i, jak można przypuszczać, każdego kolejnego opowiadania:

Zawszeni i pogodni, powinniśmy trzymać się towarzystwa zwierząt, kucać sobie u ich boku jeszcze przez tysiąclecia, wdychać woń stajni raczej niż laboratoriów, umierać z chorób, a nie z lekarstw, kręcić się wokół naszej pustki i łagodnie w nią zapadać.

3.

Ponowne nawiązanie do powyższych słów znajdujemy w opowiadaniu o tym samym co zbiór tytule. Stasiuk interpretuje je i wplata w narrację w charakterystyczny dla siebie sposób, kreując narratora opowieści na prostego człowieka, który odczytuje Ciorana literalnie i… szuka wytchnienia kucając wśród owiec:

Czytam wyrafinowanych filozofów, ale potrafię ich nauki przyjąć jedynie prostodusznie i bezpośrednio. Idę więc i kucam. Czekam, aż się zbliżą i poczują mój obcy, ludzki, ale przecież znany zapach. Aż zapomną na chwilę o nieufności, dzięki której żyją, i podejdą w zasięg dotyku. Teraz ja wciągam w nozdrza ich woń. W ciepłe, suche dni jest ostra, wyrazista i odurza. Jest w niej coś dalekiego i archaicznego. Jeśli to mieliśmy, to utraciliśmy dawno i na zawsze4

W tym, niejako sztandarowym, przez wzgląd na tytuł zbioru, opowiadaniu dobrze prezentuje się koncept całości. Stasiuk z polotem opisuje dorastające owce, nie szczędząc porównań ich zachowań z ludzkimi. Prócz tego, autor bez sentymentu, choć z niemałym liryzmem, poszukuje zasad tamtego świata, od którego staramy się ciągle uciekać. Za Cioranem, choć nieco z przymrużeniem oka, pyta: czy aby zbyt często nie zapominamy, skąd przyszliśmy?

Ważne i warte podkreślenia jest to, że zwierzęta będące niejednokrotnie głównymi bohaterami opowieści Stasiuka nie są przez niego idealizowane. Dlatego też obok wizerunku nieporadnego, oszołomionego i trzęsącego się z zimna jagniątka, otrzymujemy obraz młodej, nieco tylko okrzepłej owieczki, która uderza z byka w wymię, dla której cycek rzecz najważniejsza. Właściwie jak się zastanowić, reszty matki mogłoby nie być. Tylko ten obrzmiały, gorący cyc, pełen mleka5Ale to przecież wciąż łagodny przykład. A chodzi o przedstawienie tej strony zwierzęcego instynktu, z którą nie powinniśmy w żaden sposób sympatyzować. I takie fragmenty – mówiące o agresji, czy nieznającym empatii instynkcie przetrwania, wpisanym w naturę zwierząt znajdujemy w Kucając, np. w opowiadaniu Cujka, w którym wspomniany zostaje Bidul, kundel, który nieopatrznie zapuścił się na cudzy teren i został zagryziony przez trzy inne psy. Narrator wydaje się zatem afirmować świat przyrody, szukać w nim miejsca dla siebie, ale nie traci jednocześnie zdrowego rozsądku w ocenie rzeczywistości. Czasem ze szczerym zachwytem oddaje zwierzętom ich spryt i zręczność, innym znów razem podkreśla, że bywają one głupie jak but.

Zastanawiając się nad tym, czym dzisiaj jest obcowanie ze sobą zwierząt i ludzi Stasiuk stawia bardzo aktualne pytania, na które sam nie podejmuje się dawać ostatecznych odpowiedzi. Przykładowo w Kucającpointuje:

Człowiek – mówię to, starając się oczywiście naśladować ton Ciorana – powinien mieć owce. Nie ocalą, nie uwolnią z samotności, ale mogą wskazać drogę w mroku. Niekoniecznie tym, w który zmierzamy, ale w tym, z którego przyszliśmy6.

Z kolei otwierające tom opowiadanie Răşinari kończy słowami:

Granatowa otchłań bydlęcych oczu jest jak lustro, w którym widzimy siebie jako ożywione mięso, obdarzone jednak pewnym rodzajem łaski7.

W tych niedopowiedzeniach w pełni odmalowuje się skomplikowanie niezwykłej, trwającej od zarania dziejów, relacji człowieka ze zwierzętami. Mimo niezajmowania wyraźnego stanowiska czy rezygnacji z kreślenia jednoznacznych granic, przez narrację Stasiuka przebija najsłuszniejsza, najprostsza postawa jaką w świecie zwierząt, do którego po części sam należy, może zająć człowiek: jest to postawa ciekawości, afirmacji i szacunku dla natury, przy jednoczesnym jej nieidealizowaniu.

Lektura Kucając Stasiuka przynosi być może jeszcze więcej pytań na temat wspólnego życia obok siebie ludzi i zwierząt, niż odpowiedzi na te spośród zagwostek, które mogły nurtować czytelnika jeszcze zanim sięgnął po wspomnianą pozycję. I to również należy policzyć na korzyść tej lektury. Zdecydowanie lepiej bowiem, czego również dowodzi ta książka, odbyć wartościowe poszukiwania nie znajdując jednoznacznej odpowiedzi, niż przyjąć pochopnie wygodne, upraszczające problem rozwiązania.

1 22 kwietnia 2016, w Dzień Ziemi, do grona takich miast, zgodnie z wolą 2/3 mieszkańców dołączył Toruń.

2 A. Stasiuk, Kucając, Wołowiec 2015, s. 122.

3 E. Cioran, Portret cywilizowanego, [w:] Upadek w czas

4 A. Stasiuk, op. cit., s. 67.

5 Ibidem, s. 66.

6 Ibidem, s. 67-68.

7 Ibidem, s. 8.

Marta Wróblewska
 

 

[rozmowa] Nie wiem, co to znaczy odskocznia – wywiad z Marcinem Zegadło

Kiedy próbujesz wyjaśniać, że na poezji nie zarabia najczęściej ani autor ani wydawca, kończy się to, co nazwałbym umiarkowanie życzliwą intencją ogarnięcia tematu pod tytułem „pisanie poezji przez dorosłego osobnika płci męskiej posiadającego dwójkę dzieci i żonę”.

Rozmowa Mateusza Dworka z Marcinem Zegadło.

Mateusz Dworek: Zastanawiam się nad tym, czego ma dotyczyć ta rozmowa o poezji, żeby kogokolwiek poza nami ⎯ i ewentualnie wąskim gronem regularnych czytelników oraz kilku krytyków ⎯ zainteresowała.

Marcin Zegadło: Obawiam się, że stoimy przed zadaniem niewykonalnym. Postarajmy się zatem udawać, że poezja ma czytelników, że czytanie współczesnych poetów nie polega tylko i wyłącznie na czytaniu publikowanych przez nich statusów na facebooku; wyobraźmy sobie, że czterdziestoletni facet piszący i publikujący wiersze jest traktowany poważnie przez osoby nie piszące i nie publikujące poezji. Załóżmy, że istnieje jakaś rzeczywistość równoległa, w której wiersz wciąż coś znaczy i czemuś służy, że jest komuś do czegoś potrzebny.

Mam wrażenie, że wszystkie publikowane rozmowy o poezji ograniczają się do akademickich rozpraw publikowanych na łamach literackich czasopism i kilku internetowych redakcji. Z czego to wynika?

Nie do końca podzielam ten pogląd. Rzeczywiście zdarza się, że jest tak jak mówisz. Myślę, że znajduje to swoje źródło w pewnego rodzaju przekonaniu rozmówców o tym, że po pierwsze i tak przypadkowy czytelnik nie sięgnie w Empiku do półki z czasopismami literackimi, po drugie, że jeżeli ktokolwiek przeczyta tę rozmowę, to będą to z całą pewnością jej uczestnicy, ostatecznie ktoś z ich rodziny. Częściowo robię sobie jaja, ale tak czy inaczej jest w tym coś prawdziwego. Osoby, które wiedzą że piszę, a same z literaturą nie mają nic wspólnego (czyli większość osób, z którymi spotykam się na co dzień) bardzo rzadko proszą mnie o moje teksty. Osobiście jestem zadowolony, jeżeli akceptują fakt, że ktoś w moim wieku w ogóle operuje na takim poziomie abstrakcji. Częste pytanie ⎯ w przypadku osób z większym wyczuciem realiów ⎯ to: czy coś można na tym zarobić? W przypadku osób z mniejszym wyczuciem realiów ⎯ ile zarobiłeś na swojej ostatniej książce? Kiedy próbujesz wyjaśniać, że na poezji nie zarabia najczęściej ani autor ani wydawca, kończy się to, co nazwałbym umiarkowanie życzliwą intencją ogarnięcia tematu pod tytułem „pisanie poezji przez dorosłego osobnika płci męskiej posiadającego dwójkę dzieci i żonę”. Oczywiście trochę przejaskrawiam, ale zdaję sobie sprawę z tego, jak mocno oderwane od potocznego rozumienia codzienności jest to zajęcie. Dlatego kiedy dostajesz informację zwrotną od czytelnika, że coś tam mu się jednak podobało, że jakiś wiersz został w nim na dłużej i takie tam inne, to czujesz przyjemne mrowienie w kilku miejscach.

Rozmawiając o poezji mówi się też, że nie czyta się jej, bo przestano sięgać po książki w ogóle. Ale to nie jest tak, że ludzie nie czytają zupełnie. Rozglądam się: popularnością cieszą się jednak powieści, kryminały, reportaże, biografie. Dlaczego nie poezja?

Zostawmy na moment poezję. Cieszy mnie fakt, że ktoś czyta w autobusie książkę zamiast przesuwać kciukiem po ekranie smartfona. To cenne. Martwi mnie jednak to, że duża część czytelników sięga po literaturę ⎯ wiem że zabrzmi to banalnie ⎯ „łatwą w odbiorze”. Absolutny boom na kryminały. Często słabe literacko. Napisane okropnym językiem. Takie trochę M jak miłość z trupem w szafie. Oczywiście nikogo nie próbuję obrazić. Osobiście uwielbiam cykl Marcina Wrońskiego o Maciejewskim. Tylko że u Wrońskiego poza intrygą kryminalną jest coś jeszcze. Czegoś możesz się z tej książki dowiedzieć o czasie i ludziach, którzy zostali w nim uwięzieni. W większości przypadków mamy natomiast do czynienia z rozrywką. Tekstem nie wymagającym żadnego intelektualnego wysiłku, często również nie uruchamiającym wyobraźni, wszystko na tacy. Nie twierdzę, że to źle. Odpowiadam jedynie na twoje pytanie. Taki czytelnik nie jest przygotowany do lektury prozy Ellroya (pozostając w obrębie szeroko pojętego kryminału), nie jest gotowy na Dracha Twardocha, więc książka poetycka pozostaje dla niego absolutnie niezrozumiałym bełkotem. Ostatni wiersz przeciętny Polak (jeżeli nie podjął studiów na filologii polskiej) przeczytał przed maturą i z tej perspektywy Różewicz, Herbert, Miłosz czy Grochowiak to nowalijki. Świetlicki jest już nazwiskiem o rozpoznawalności praktycznie żadnej, co dla czytelnika poezji (tak bardzo pragnę wierzyć, że są jeszcze tacy) jest trudne do zaakceptowania. A gdzie tam jeszcze do Różyckich, Honetów, Sosnowskich i tak dalej. Także raczej dramat.

To może receptą na to jest skupienie się poezji na doraźnych interwencjach w przestrzeni społecznej? Szeroko rozumianym wykluczeniu? Problemach na rynku pracy? LGBT? Może poezja powinna czynnie wpisać się w kontekst polityczny?

Zdecydowanie nie. Taki gest w stronę ⎯ umówmy się ⎯ „funkcji użyteczności poezji” z całą pewnością ułatwiłby być może dotarcie do czytelnika, jednak ⎯ jestem o tym przekonany ⎯ zarżnąłby poezję jako taką. Nie twierdzę, że poezja nie powinna się angażować. Twierdzę jednak, że zaangażowanie nie powinno być dla niej kołem ratunkowym, jeżeli to właśnie ma być brzytwa, której chwyta się tonący o imieniu poezja, to bez wątpienia brzytwa obetnie tonącemu palce.

W takim razie do czego tobie potrzebna poezja? Bo chyba mogę mówić o potrzebie. Jesteś prawnikiem, żonatym mężczyzną, masz dwójkę dzieci, wydałeś już kilka książek. A do poezji masz stosunek ⎯ ujmijmy to ⎯ zdystansowany. Do czego w takim razie służy ci pisanie? To jakiś rodzaj odskoczni?

Wydaje mi się, że nie zrozumieliśmy się do końca. Nie chciałbym szczególnie zanudzać swoimi neurozami, natomiast mój dystans nie jest dystansem do poezji. To jakaś próba racjonalizowania. Jeżeli coś co stanowi o tobie, o tym kim sam dla siebie jesteś, jest chuja warte dla większości ludzi, musisz sobie z tym jakoś poradzić. Literatura miała bezpośredni wpływ na istotne życiowe decyzje, które podejmowałem. Między innymi na to, że nie zrobiłem aplikacji. Chciałem mieć czas. Głównie czas na czytanie. To ważne, bo jako juror w konkursach poetyckich z przykrością zauważam, że większość piszących nie czyta. Zabawne, ale tak było i tak jest. I nigdy tej decyzji nie żałowałem. Także wyjaśniam: poezja, jej lektura oraz pisanie samo w sobie są dla mnie niezbędne, żeby pozostawiać Marcinem Zegadłą. Wiem, jak naiwna i być może głupa jest to deklaracja, mimo to pozostanę przy niej w powyższym brzmieniu. Nie wiem, co to znaczy odskocznia. Wiem tylko, że w styczniu skończę 40 lat i raczej nie mam złudzeń.

Zadebiutowałeś tomikiem w 2003 roku. Jak przez ten czas zmieniło się środowisko literackie? Czy można w ogóle mówić o jakiejś zmianie w ciągu tych trzynastu lat?

Wiesz, ja nigdy specjalnie nie byłem uczestnikiem życia literackiego w jego pełnej krasie. Mieszkam na prowincji. Nie jestem w centrum. Nie czuję się kompetentny do kategorycznych stwierdzeń w tym zakresie. Tak na szybko: mam wrażenie, że część poetów doszła do wniosku, że jeśli nie przerzucą się „przynajmniej na trochę” na prozę, to pozamiatane, co w gruncie rzeczy jest złożeniem broni. Otwarcie przyznajemy, że wiersz nie poradzi sobie w obecnym czasie, że być może przypomną sobie o jednym i drugim, że jest autorem wierszy, kiedy szczęśliwie jego proza zostanie dostrzeżona. To często zupełnie naturalne, że proza przychodzi później, że przesiadamy się z wiersza na prozę mając już coś za sobą, coś czego być może w uznaniu autora wiersz nie pomieści. Zdarza się jednak, że autorzy sięgają po prozę, delikatnie mówiąc, rozpaczliwie, w celu zapewnienia sobie jako takiej rozpoznawalności. Rozumiem to. Publikuję prozę w prasie literackiej. Możliwe, że kiedyś zdecyduję się debiutować jako prozaik. W tym miejscu dzielę się jedynie moją obserwacją. Oczywiście mogę się mylić. Na zakończenie mogę przywołać przykład Dyckiego, absolutnie kapitalnego autora z Nike na koncie. Może o czymś nie wiem, ale mam wrażenie, że nie ma szczególnego szału wokół jego osoby. Problem tego kraju polega na tym, że w Polsce poezji specjalnie się nie czyta, za to bardzo, bardzo dużo poezji się pisze.

Naprawdę, większość piszących nie czyta? Wydaje mi się, że może i czytają, z tym, że te lektury są w większości strasznie anachroniczne. Młodym poetom ciągle za plecami siedzą Stachura i Wojaczek, w najlepszym przypadku Świetlicki (też źle).

Zgadzam się. Czytają. Coś tam czytają. Rimbauda, trochę Młodej Polski, coś tam w szkole było o Stachurze. Wiesz, nawet ta figura poety, że papieros, że kurtka taka trochę z demobilu, że pić wódkę trzeba do nieprzytomności. To są wszystko jakieś straszne anachronizmy. Ale w gruncie rzeczy to rozumiem. Kiedy miałem dwadzieścia lat byłem w podobnym miejscu. Tylko, że udało mi się w tym moim czytaniu pójść może odrobinę dalej.

Trafiłeś na przykład na Romana Honeta.

Tak, tak. Ja wiem co się za chwilę wydarzy, kiedy pojawia się nazwisko Honeta.

Że to kolejny drogowskaz dużej części polskich poetów, że posiada rzeszę wyznawców, którzy ślepo naśladują jego styl.

Jest dwóch poetów niezwykle dla mnie ważnych. Krzysztof Kamil Baczyński, w którym zaczytywałem się dwadzieścia lat temu, a także Robert Hass, którego pakuję do plecaka nawet jeżeli udaję się do Piotrkowa. Tak zamknąłbym temat. A Roman Honet pisze niezwykłe wiersze.

Wracając do języka: w obliczu jego radykalizacji coraz więcej ludzi snuje mroczne wizje. Z drugiej strony język zawsze był nośnikiem groźby i nienawiści. Tylko czasy były inne, nie było szybkich mediów, nie było internetu.

Wiesz, ten język mnie osobiście przeraża. Ja mam dwójkę dzieci, które mają przeżyć życie w tym kraju, w którym począwszy do ambony, a na miesięcznicach kończąc, wciąż wskazuje się „nieprawdziwych Polaków”. A miało być tak pięknie, że Europa, że bez granic, rozumiesz. Jakiś czas temu w sieci widziałem kij bejsbolowy z wizerunkiem „małego powstańca”. Obłęd. Nie chciałbym bawić się teraz w politykę. Ale trzeba sobie uświadomić, że w Polsce skończyła się demokracja.

W swoim ostatnim tomiku Hermann Bruner i jego rzeźnia powtarzasz często zwroty: „nie skończyło się”, „może się jeszcze powtórzyć”, „nie ma nic ponad to”. Cała książka jest przepełniona rozpadem, zgnilizną. Od zgniłych jabłek po tragiczną śmierć. To wyraz rezygnacji? Pogodzenia się z przemijaniem? Akt kapitulacji?

Książka w swoim założeniu miała mówić o zagrożeniu, które wciąż pozostaje aktualne. O tym, że każdy z jakiegoś powodu wcześniej czy później „może być Żydem”, że kiedy otwarcie w politycznym mainstreamie nazywa się ludzi „elementem animalnym”, „gorszym sortem” i tak dalej. Blisko już z tego miejsca do uderzenia pięści czy pałki. Co zresztą (jestem o tym przekonany) wkrótce nastąpi. Książka jest wypełniona obrazami z opowieści bliskich mi osób, które doświadczyły dwudziestowiecznych kataklizmów. Starałem się zaprząc te narracje do historii bardziej współczesnych, opowieści o latach osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych. Widzisz, ja stoję na stanowisku, że nic z tamtych rzeczy się nie skończyło. Że co najwyżej mamy krótką przerwę.

Interesuje mnie ta rzeźnia, nawiązując do tytułu tomiku. Piszesz dużo o postpamięci, nie tylko w poezji, ale również na swoim blogu. Gdzie dzieje się ta właściwa rzeźnia? To warstwa językowa czy domknięta historia?

Z przerażeniem zauważam, że „tu i teraz”. Chodzi tylko o natężenie czynności rzeźnika. Na początku to zawsze jest język, który (ujmując rzecz dosyć patetycznie) sprawia, że jesteśmy ludźmi lub sprawia, że przestajemy nimi być. Ale to tylko moja propozycja. Wolałbym, żeby to czytelnik odpowiedział sobie na to pytanie.

W takim razie jeszcze jedna kwestia ⎯ a niech będzie, niech doradzi mi starszy kolega ⎯ co odpowiadać rówieśnikom, kiedy pytają mnie: po co czytać poezję?

Odpowiedz im: „żeby pisać lepsze wiersze”.

A mniej górnolotnie?

Zdaje się, że Rainhold Messner zapytany o to, po co wchodzić na Mount Everest odpowiedział: jak to po co? Bo jest! Niech czytają poezję z tego samego powodu.


 

Marcin Zegadło – ur. w 1977 roku, autor pięciu tomów wierszy: Monotonne rewolucje (Stowarzyszenie Literackie im. K. K. Baczyńskiego, Łódź 2003), Nawyki ciał śpiących (Biblioteka Studium, Zielona Sowa, Kraków 2006), Światło powrotne (Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2010), Cały w słońcu (Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Biblioteka Arterii, Łódź 2014) oraz Hermann Brunner i jego rzeźnia (Wydawnictwo FORMA, Szczecin 2015). Publikował m.in. w „Studium”, „Odrze”, „Kresach”, „Czasie Kultury”, „Pro Arte”, „Arteriach”, „Tyglu Kultury”, „Red”, „Pograniczach”, „Portrecie”, „Gazecie Wyborczej” oraz „Dwutygodniku”, „Helikopterze” i „Szafie”. Jego proza była publikowana m.in. w „Chimerze” i „Akcencie” oraz Antologii współczesnych polskich opowiadań 2011. Mieszka w Częstochowie.

[recenzja] Brazylia, kraj przyszłości?

Ceremonia zamknięcia Letnich Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro zapewne zakończyła trwający ostatnie lata wzrost zainteresowania światowej opinii publicznej największym krajem Ameryki Południowej. Czy naprawdę zatem nie warto przyglądać się z uwagą tej dawnej portugalskiej kolonii? Lektura książki pod redakcją Janiny Petelczyc i Marka Cichego Brazylia, kraj przyszłości? odwiedzie czytelnika od takich stwierdzeń. Wielu pozwoli natomiast poszerzyć wiedzę na temat tego mało znanego w naszym regionie kraju.

Redaktorzy podjęli się tytanicznej pracy zebrania tekstów, które choć w pewnym stopniu przybliżą specyfikę Brazylii. Szerokie spektrum poruszanych tematów nie przeszkadza w lekturze, a wręcz zachęca do dalszego przemierzania wzrokiem kolejnych stron. Brazylia, kraj przyszłości? jest tak naprawdę zbiorem wywiadów i esejów, które tematyką zahaczają o współczesne problemy społeczne i polityczne, historię, kulturę, ekologię Brazylii. Z kolei bohaterami wywiadów są m.in. Nilma Lino Gomes (minister ds. kobiet, równości rasowej i praw człowieka w rządzie Dilmy Ruesseff), Ladislau Dowbor (doradca ekonomiczny prezydenta Luli da Silvy), Flavio Eiró (specjalista tłumaczący fenomen brazylijskich programów socjalnych). Podział struktury tego swoistego przewodnika po współczesnej Brazylii na bloki tematyczne oraz obszerne przypisy ułatwiają polskiemu czytelnikowi wgłębienie się w przedstawiony temat i próbę zrozumienia fenomenu, jakim jest Brazylia na tle innych państw Ameryki Południowej. Fenomenu, na który składa się nie tylko skomplikowana historia tego kraju, ale przede wszystkim droga jaką pokonało społeczeństwo Brazylii od okresu zniesienia niewolnictwa aż po dzień dzisiejszy.
Tytułowe pytanie Brasil, País do Futuro? jest tak naprawdę tytułem książki napisanej w 1941 roku przez austriackiego pisarza Stefana Zweiga, który schronił się w Brazylii po ucieczce z ogarniętej brunatną falą Europy. Redaktorzy Brazylii, kraju przyszłości? opisują dzieło Zweiga jako wyraz entuzjazmu wobec tego kraju właśnie, jego piękna, serdeczności i umiłowania pacyfizmu mieszkańców. Samo pojęcie cordialidade (serdeczności) jest jedną z charakterystycznych cech Brazylijczyków, które mogą ułatwić nam ich przyswojenie.

Zrozumienie Brazylii nie należy do zadań łatwych, w rodzimych mediach informacje na temat tego kraju pojawią się rzadko (nie licząc ostatniego natężenia wydarzeń sportowych) i zazwyczaj dotyczą trzech przypadków: a) problemów z przestępczością w fawelach, b) karnawału w Rio, c) rabunkowej wycinki lasów tropikalnych. Głucho o sukcesach licznych programów społecznych, ogromnym zróżnicowaniu etnicznym (największym na kontynencie, a wynikającym m.in. z późnego zniesienia niewolnictwa), pierwszych na świecie próbach stworzenia budżetu obywatelskiego, znakomitych produkcjach filmowych, znaczeniu capoeiry, czy ruchom Sem Terra, stojącym w opozycji do reform rolnych. Brazylia, kraj przyszłości? porusza zarówno tematy obecne w mainstreamowych mediach jak i te przytoczone przed chwilą, a o których potencjalny czytelnik zapewne nie ma pojęcia. To właśnie różnorodność w doborze zagadnień czyni tę książkę szczególnie interesującą.

Brazylia do niedawna była uznawana za gospodarczego „tygrysa Ameryki Południowej”. To właśnie tam w 2013 roku odbyły się Światowe Dni Młodzieży, a w następnym roku mundial. Ukoronowaniem sportowego blichtru był sierpień 2016 roku, gdy kraj ten stał się gospodarzem Letnich Igrzysk Olimpijskich. Pochwał za organizację, zapewnienie bezpieczeństwa nie przyćmił nawet trwający skandal korupcyjny wokół koncernu naftowego Petrobas i procedura impeachmentu lewicowej prezydent Dilmy Rousseff. Pozycja wydana w ramach serii sygnowanej znakiem Le Monde Diplomatique stara się poprzez dobór tekstów wytłumaczyć specyfikę konfliktów targających krajem słynącym z serdecznego nastawienia mieszkańców. Według autorów poszczególnych tekstów i wywiadów jednym z największych problemów społeczeństwa brazylijskiego jest brak tożsamości i swoista schizofrenia działań. Takim przykładem może być np. program świadczeń socjalnych dla najbiedniejszych Bolsa Família, zainicjowany przez prezydenta Lulę, który doprowadził do wyciągnięcia ze skrajnego ubóstwa w ciągu 12 lat blisko 36 milionów obywateli. Mimo niewątpliwego sukcesu i sprawnych procedur, przeciwnicy zarzucają ów programowi pogłębianie klientelizmu między obywatelami a odpowiedzialnymi za niego urzędnikami. Klientelizm ten często ma podłoże nie tylko ekonomiczne, ale również rasowe (z programu Bolsa Família korzystają przede wszystkim potomkowie niewolników przybyłych z Afryki). Natomiast opozycja, która doprowadziła do odwołania prezydent Rousseff, najchętniej przekreśliłaby ten cały pozytywny dorobek swoich poprzedników. Z kolei wręcz stereotypowa wśród Brazylijczyków korupcja okazuje się maleć z roku na rok, co nie przeszkadza elitom jednocześnie stosować jej jako aksjomatu w debacie politycznej. Według autorów zbioru tekstów, jeśli spojrzymy kompleksowo na Brazylię, nie możemy zapomnieć o ogromnym rozwarstwieniu społecznym, które jest jedną z pozostałości po okresie kolonializmu. Jeśli nadal mówimy o elitach i najbogatszych mieszkańcach tego kraju, musimy myśleć o wąskiej grupie, najczęściej białych obywateli. Interesujące spojrzenie na temat nierówności społecznej, roli kobiet w polityce, mitycznych już problemach z bezpieczeństwem w największych miastach kraju, a jednocześnie turystycznych mekkach znajdziemy w dziale zatytułowanym Społeczeństwo: walka o równość i bezpieczeństwo. Właśnie równość i bezpieczeństwo uznać można za filary, które z każdą kolejną stroną książki wydają się nam niezbędnymi do polepszenia sytuacji obywateli Brazylii. Interesujące jest również ujęcie sportu narodowego (nie, nie będzie to piłka nożna) i roli, jaką odgrywa aktywność fizyczna dla Brazylijczyków, które przedstawia Adam Traczyk w rozdziale Każdy chce być jak Pele – sport i polityka w Brazylii. Kompletnie nieznany na naszym kontynencie ruch Sem Terra (Bez Ziemi), którego członkowie walczą z zastanym i hierarchicznym systemem promującym wielkich latyfundystów, opisuje Zuzanna Jaegermann w tekście Ruch Sem Terra – brazylijska walka o ziemię i nie tylko.

To tylko niektóre z tematów poruszonych w książce Brazylia, kraj przyszłości? Lektura pozycji przygotowanej przez Petelczyc i Cichego dostarcza czytelnikowi ogrom informacji nie tylko z zakresu obecnej sytuacji politycznej, społecznej Brazylii, ale także przybliżając targające ten kraj problemy z perspektywy zwykłych mieszkańców. Ogromnym atutem w kontekście dynamicznie zmieniającej się sytuacji politycznej jest aktualność tekstów i danych zawierających statystyki z czerwca 2016 roku. Pytanie postawione w tytule książki wciąż pozostaje otwarte, trudno przejść nad sytuacją Brazylii do porządku dziennego. Kraj ten spaja w sobie zarówno tradycyjne postrzeganie Ameryki Południowej ze wszystkimi jej pozytywnymi i negatywnymi stereotypami, jak i pierwiastki czerpiące z dziedzictwa kontynentu afrykańskiego (za sprawą potomków niewolników) oraz Europy (dzięki wieloletnim związkom z Portugalią). Wzrost gospodarczy, stopniowa poprawa jakości życia, wyciąganie najbiedniejszych z ubóstwa, postępy w walce z nielegalną wycinką lasów krzyżują się z niskim poziomem bezpieczeństwa, ciągle widocznymi nierównościami klasowymi i etnicznymi oraz niestabilną sceną polityczną, gdzie silną rolę odgrywają wyznawcy neoliberalizmu. W gąszczu informacji, jakich dostarcza na temat Brazylii lektura nowej pozycji z serii Le Monde Diplomatique, nie ginie jednak próba odpowiedzi na tytułowe pytanie — czy udana? To już warto zostawić ocenie czytelników. Mimo problemów targających kraj, wśród których wszyscy autorzy zgodnie wymieniają nierówność, z opisu Brazylii wyłania się obraz kraju marzącego ciągle o poprawie swego statusu na wielu płaszczyznach. Wskazówką pomocną w szukaniu odpowiedzi na tytułowe pytanie może okazać się wypowiedzi Rodrigo Nunesa, wykładowcy Katolickiego Uniwersytetu w Rio de Janerio, cytowana w kontekście dorobku rządzącej Partii Pracujących: Kto żyje tylko realizmem może skończyć od tego realizmu umierając1.

 

J. Petelczyc, M. Cichy (red.), Brazylia, kraj przyszłości?, Warszawa 2016, s. 120.
Mateusz Kalinowski

 

[rozmowa] Rozhamowanie – wywiad z Rudką Zydel

Jest w tym też coś na kształt rosyjskiej ruletki, bo nigdy nie wiem do końca, jak widownia zareaguje. I najfajniejsze jest chyba to właśnie, że kiedy mówię o rzeczach bardzo intymnych, nie dzieje się nic. Nie ma krzyku, linczu, zbiorowego potępienia – mówi Rudka Zydel w rozmowie z Maxem Nałęczem.

Max Nałęcz: Czy Rudka Zydel istniała jeszcze przed twoim pierwszym slamem, czy też narodziła się jako alter ego dla tej działalności?

Rudka Zydel: To zależy, co masz na myśli. Pseudonim powstał na potrzeby slamu. Bardzo wiele osób z nich korzysta. Zdarzało mi się, szczególnie na początku, poruszać na slamach tematy dosyć osobiste, więc pseudonim był przydatny. Pozwalał się trochę ukryć, tym bardziej, że bardzo długo nikt z moich znajomych i bliskich nie wiedział, że slamuję. Osobna kwestia to Rudka Zydel jako postać, bo nią też przecież jest. Z jednej strony — będąc nią — jestem w dużej mierze po prostu sobą. Czasami może mniej lękliwą, bardziej dosadną. Mogę sobie w tej postaci rozładować różne frustracje i lęki. Rozhamować się trochę. Przez Rudkę mi się ulewa. Z drugiej strony, to jest jednak jakiś performans, jest element kreacji na scenie. Trudno mi tylko powiedzieć, na ile tego stwarzania siebie jest rzeczywiście więcej niż w normalnym życiu. Wszyscy w coś gramy z ludźmi.
Czy kiedy pierwszy raz występowałaś na slamie, doszukiwałaś się w nim przestrzeni pozwalającej na wyrażenie rzeczy, których w codziennej komunikacji nie mogłabyś wyrazić z taką łatwością? Czy tam motywacja górowała nad ideą rywalizacji i elementami artystycznymi?
Na pewno tak. Bądźmy szczerzy: zdecydowanie należę do osób, które instynktownie szukają aprobaty u innych ludzi, więc element rywalizacji też był istotny. Może nawet nie rywalizacji sensu stricto, co natychmiastowej reakcji, bo na slamie od razu wiadomo, czy coś działa, czy jest dobre. Bardzo późno zorientowałam się, jak porównywanie się z innymi ludźmi działa mi na psychikę i właściwie do tej pory próbuję to jakoś w sobie zdusić, ponieważ to jednak niezdrowy nawyk. Perspektywa porażki, a przede wszystkim odrzucenia, totalnie mnie przeraża. Dlatego też o pewnych rzeczach łatwiej mi gadać na slamie, stojąc przed obcymi ludźmi. Slam też mnie nauczył, że porażki w końcu przestają boleć. Są przykre, ale też dużo bardziej przerażające, zanim się wydarzą. Po fakcie okazuje się, że nic takiego się nie stało.
Inna rzecz to slam jako miejsce, gdzie można mówić o rzeczach ważnych. Mówić i rozmawiać o nich. A mam wrażenie, że ludzie coraz rzadziej to robią. Dzielą się milionami zbędnych, nieistotnych informacji. Sama też to robię, bo tak jest łatwiej, wtedy nic nie swędzi, nic nie boli, nikomu nie odsłaniasz niczego miękkiego. A czasem bym chciała po prostu powiedzieć, że się boję. Albo że czegoś chcę.

 

Mam wrażenie, że wiele z twoich tekstów ma w sobie choćby zalążek prowokacji — kiedy wchodzisz na grunt pewnych zjawisk społecznych bądź eksponujesz naprawdę delikatną tematykę. Czasem można doszukać się intencjonalnego rzucenia wyzwania publice, popchnięcia jej do autorefleksji i dyskusji. Jak często zdarzają ci się poslamowe konfrontacje?
Od dłuższego czasu praktycznie po każdym slamie ktoś do mnie podchodzi, często zagadują też w trakcie przerwy. Ma to swoje dobre i złe strony. Do tej pory pamiętam, jak po pierwszym wygranym slamie podszedł do mnie chłopak i poprosił o kartkę z moim tekstem. Powiedział, że ma przyjaciółkę, która powinna go przeczytać, że tego potrzebuje bo jest w podobnej sytuacji. To zostawiło mocny ślad, bo tekst był bardzo osobisty i po raz pierwszy coś takiego mi się zdarzyło. Tekst o usypianiu psa napisałam, bo nie miałam co zrobić z emocjami po jego śmierci. Miałam wrażenie, że mówiąc o tym w domu, sprawiam mojej rodzinie ból. Więc wydusiłam to z siebie i przelałam na papier. Z początku w ogóle nie chciałam go czytać na slamach, ale potem okazało się, że do ludzi to dociera. Że jakoś rozumieją, o czym mówię w tym tekście. W trakcie czytania są bardzo cicho, jakby się telepatycznie umówili na bezgłos. A potem instynktownie podchodzą i mówią: „Też tak mam”.
Inaczej rzecz ma się z tekstami bardziej publicystycznymi, poruszającymi jakieś społeczne czy obyczajowe tematy. Tu bywa różnie. Rzadko mówię o nich na poważnie, zawsze jest w tym jakiś sarkazm, jakiś czarny humor, więc ludzie reagują żywiołowo. Zaczepiają w drodze do kibla, żeby dać mi znać, że im się podobało albo nie. Odkrzykują, co samo w sobie jest dobre, bo chyba najbliższe idei slamu. Pod osłoną żartu wyrażam jakąś swoją opinię, mówię o tym, co mnie, a może nas wszystkich, wkurwia. Składam cięte riposty, które nie przychodzą mi do głowy, kiedy są naprawdę potrzebne. I ludzie się z nimi zgadzają albo nie. Ale to oznacza też, że skraca się między nami dystans.

Wspominałaś kiedyś, że zajęło ci trochę czasu, zanim wygenerowałaś swój własny styl. Na czym ta krystalizacja polegała? Czy miał miejsce jakiś przełom, czy było to raczej świadome szlifowanie formuły, którą w końcu udało się dopracować do oczekiwanej postaci?

Nie trudno się zorientować, że na slamach, szczególnie knajpianych, teksty humorystyczne działają lepiej. Bardzo długo mnie to frustrowało, wydawało mi się, że śmieszny tekst zawsze wygra, nawet, jeśli będzie głupi. Nie chciałam pisać głupich tekstów. Mam nadzieję, że nadal tego nie robię. Zaczęłam więc eksperymentować z formą. Odsłaniać się, mówić jakąś prawdę o tym, co czuję i co myślę, ale w prostszej i bardziej bezpośredniej formie. Trochę sobie przy tym z siebie kpiąc. I zadziałało. Zaczęłam pisać mniej więcej tak, jak sama mówię, przestałam się zasłaniać metaforą. Przestałam pisać tak, jak sobie wyobrażałam, że powinny brzmieć wiersze. W ogóle przestałam kategoryzować na siłę to, co piszę i dopasowywać się do jakiegoś określonego gatunku. Zamiast tego bawię się brzmieniem słów, tworzę jakiś obraz w głowie osoby, która tego słucha. Albo przeklinam, jeśli uważam, że to potrzebne. Są rzeczy, o których trzeba mówić prosto z mostu.
Czasami prowokuję, to prawda. Bo lubię wybijać ludzi z rytmu, wsadzać kij w mrowisko, zaburzać zastaną konstrukcję. Jeśli chociaż jedną osobę zmusi to do myślenia — super. Jest w tym też coś na kształt rosyjskiej ruletki, bo nigdy nie wiem do końca, jak widownia zareaguje. I najfajniejsze jest chyba to właśnie, że kiedy mówię o rzeczach bardzo intymnych, nie dzieje się nic. Nie ma krzyku, linczu, zbiorowego potępienia. Jest w tym coś w rodzaju zrozumienia. To pomaga.

Przyznajesz, że odkrycie slamu poprzedziła u ciebie fascynacja stand-upem…

Tak. Przeszłam przez fazę przekopywania najgłębszych czeluści Youtube’a w poszukiwaniu nagrań Dave’a Chappelle’a i Eddiego Izzarda. Na dobrą sprawę nauczyłam się czegoś od obu.

Wiele osób doszukuje się w twoich performansach połączenia stand-upu i literacko/publicystycznej formy.

Pewnie mają rację, zdarzyło mi się występować na komediowych open mike’ach.

Czy więc za twoją slamerską twórczością stoją też jakieś konkretne literackie inspiracje? Flirtowałaś z poezją bądź prozą przed obraniem tej performatywnej ścieżki?

Piszę, odkąd pamiętam właściwie; pisałam pamiętniki, miałam kilka blogów, pisałam krótkie historyjki i felietony. W liceum wylądowałam w klasie politologiczno-dziennikarskiej. Choć trzeba przyznać, że wiersze to chyba ostatnia rzecz, o którą można by mnie w tamtych czasach posądzić. Szkoła dosyć mocno obrzydziła mi poezję, szczególnie polską. I na pewno nie jestem jedyna pod tym względem. Sadystyczne znęcanie się nad młodzieżą za pomocą polskich pożal-się-boże romantyków nie wzbudza ciepłych uczuć wobec poezji jako takiej. Poza tym patos wydawał mi się tandetny, hormony musiały ze mnie zejść, żeby mi przeszła charakterystyczna dla wieku trądzikowego szydera wobec wszystkiego, co poważne. Podziało się kilka różnych rzeczy, jak sądzę. Z jednej strony, na Erasmusie zaprzyjaźniłam się mocno z chłopakiem, który okazał się świetnym poetą. Od niego po raz pierwszy usłyszałam o beatnikach, obejrzałam film Skowyt z Jamesem Franco i uznałam, że właśnie tak powinno się czytać wiersze. Z drugiej, złapałam bakcyla stand-upu. Eddie Izzard pokazał mi, jak można improwizować, bawić się humorem całkowicie absurdalnym i mieć kompletnie w nosie opinie innych ludzi. Dave Chappelle mówił o rzeczach ważnych, jak przemoc, podziały klasowe czy rasizm w sposób inteligentny i nieskończenie zabawny. Tak trafiłam na jego wywiad w programie Inside The Actors Studio, który oglądam sobie co jakiś czas. To jedna z najmądrzejszych rozmów, jakie kiedykolwiek w życiu słyszałam. I przez podobne filmy na Youtubie dotarłam do jego występu w programie Def Jam Poetry. A stamtąd do slamu już tylko krok. Wykończeniówka w tym wypadku to fakt, że po prostu lubię słuchać ludzi. Obserwować ich i słuchać jak gadają. Jakich używają słów, jakiej gwary, o czym myślą. Lubię taki nieprzefiltrowany, potoczny język. I humor rzeczy prozaicznych, które czasem są piękne. Tak trochę jakby Masłowska miała dziecko z Kuczokiem.

Jak wspominasz swój pierwszy slam? Kiedy i gdzie się odbył?

Pierwszy slam to był rok bodajże 2012, dosyć późno jak się potem dowiedziałam. Kraków, Kolanko no. 6 na Kazimierzu, Slam w Magazynie Kultury. Prowadził Kamil Szaflarski. Po kilku miesiącach spędzonych na widowni uznałam, że najwyższy czas spróbować wystąpić. Nie pamiętam już z czym wyszłam, mógł to być jakiś pensjonarski wylew o miłości albo tekst o biciu dzieci. Odpadłam w pierwszej rundzie, chociaż bez jakiegoś wstydu. Pamiętam, że występowali wyłącznie faceci, często wciąż ci sami. To też było coś, co mnie motywowało do występów. Żeby im to kółko adoracji wzajemnej trochę rozbić, coś skruszyć.
Byłam przerażona oczywiście. Nadal potwornie się stresuję, głównie czekaniem na swoją kolej. Jak na złość, wylosowali mnie jako ostatnią. Co zdarzało się potem bardzo często oczywiście. I byłam sama. Nie znałam nikogo, nikt nie widział, jak odpadam, po slamie się ulotniłam. A potem przyszłam znowu.

Upłynęły cztery lata, a sporo przez ten czas jeździłaś. Zaliczyłaś chyba wszystkie ważne ośrodki literackie w kraju (Warszawa, Lublin, Gdańsk, Poznań, itd.). Czy scena slamerska przez ten czas zmieniała się, ewoluowała?

Ja się w ogóle nie bardzo nadaję do gadania o scenie slamerskiej jako takiej chyba, w sensie historycznym. Nadal jestem żółtodziobem. Jeżdżę po Polsce drugi rok tak naprawdę, byłam w wielu miejscach, w których mogłabym się pewnie nie pojawić jeszcze długo, gdyby nie slam. Ale najlepiej znam właściwie scenę krakowską, która przechodziła różne zmiany, związane chociażby ze zmianami prowadzących. Widownia nam tam topnieje, niestety. Chociaż po czerwcowym festiwalu Polikultura nastąpiło niejakie ożywienie. Ale rzadko pojawia się ktoś nowy. I dużo więcej jest poetów niż slamerów. A czasem zjawia się taka stereotypowa, pretensjonalna, krakowska pseudo-bohema. Z innych miejsc, w których byłam więcej niż raz, zmieniał się oczywiście wasz, poznański slam. Inaczej wyglądał slam na Zamku, inaczej slamy w ramach Literufki. Kombinowaliście z zasadami, próbowaliście jakoś ludzi slamu uczyć. No i u was jest, relatywnie, najwięcej występujących slamerek. W innych miejscach kobiety są w zdecydowanej mniejszości, co mnie martwi. Slam w Warszawie przechodził różne fazy w różnych miejscach. Reaktywowany pod okiem Grzesia Bruszewskiego i Wojtka Cichonia, czyli weteranów sceny slamerskiej, jest paradoksalnie chyba najbardziej surowy. I najbardziej różnorodny, jeśli chodzi o tematykę i zapatrywania uczestników. Wrocław ma najbardziej reaktywną widownię, jest najbliższy kulturze hip-hopu i bitew raperskich. Slam Poetry Night wraca na jesień i to mnie cieszy, bo występy tam to zawsze solidna dawka energii. Raczej więc niż w czasie, widzę jak slam przybiera różne formy w przestrzeni. Trochę jak woda w różnokształtnych miskach. To jedna z rzeczy, które mi się w slamie podobają. To, że ja i slam możemy przybrać jakikolwiek kształt.
A, i ta plotka, że na Śląsku wygrywają tylko lokalsi to bujda. Są nieufni wobec goroli, to prawda. Czasem dokuczają. Ale to bardzo otwarci ludzie, którzy cenią refleks i celny humor.

Slam ma swoje ograniczenia, aspekt performatywny góruje nad całą resztą, warstwą poetycką, nawet przekazem. Jest to sztuka żywa, która traci dużo ze swojej mocy, a czasem całą kwintesencję w momencie nadania jej formy, przelania na papier. Przeszkadza ci ta efemeryczność?

I tak i nie. Wszystko zależy od tekstu. Oczywiście zdarzały się sytuacje w jakiś sposób przykre. Jeśli po slamie dziewczyna lekko pogardliwym tonem znawcy mówi mi, że lepiej, żebym pisała sztuki teatralne może albo coś, bo poezja to to nie jest i w ogóle na papier się nie bardzo nadaje, to budzą się we mnie instynkty mordercze. Albo kiedy znajomy mi mówi, że czytał moje rzeczy i jednak woli ich słuchać, że dużo tracą, kiedy ich nie czytam na głos. I możliwe, że to był komplement, ale dla kogoś tak powątpiewającego w swoją wartość jak ja, był on raczej niezgrabny.
Z drugiej strony, ja te teksty lubię. One mnie samą śmieszą, są pisane tak, jakbym je po prostu mówiła i niezbyt dobrze znoszę próby redagowania ich pod formę papierową. Nawet kiedy piszę do ludzi, dajmy na to, listy, to w gruncie rzeczy do nich gadam. Jedyny kłopot jaki mam to ewentualna publikacja, bo trudno mi o nich myśleć jak o czymś, co nadaje się na tomik, co będzie zgrabnie wyglądało na kartkach.

Zwróciłaś uwagę na konwencjonalnych poetów, których coraz liczniej przyciąga slam. Pojawiają się głosy (np. Kuby Malinowskiego) sugerujące, że właśnie w nim może tkwić przyszłość, ratunek dla ledwo dyszącej poezji w kraju — ostatnia alternatywa dla patosu i akademickiego zacięcia poetyckiego półświatka. Bazując na obserwacjach i własnym instynkcie, wróżysz mu taką przyszłość?

To prawda, że slam w gruncie rzeczy jest niedefiniowalny. To jest coś, czego się raczej doświadcza. Można próbować go szufladkować jako zjawisko, w Stanach już pojawiają się dyskusje na temat tego, czy istnieje coś takiego jak poezja slamowa. Czy można być slamerem nie będąc poetą? Czy wystarczy specyficzny sposób mówienia, dużo emocji, machania rękami, ze dwa zdania na temat rasy, orientacji seksualnej czy wykluczenia i już mamy do czynienia z utworem slamowym? Jest całe zjawisko spoken word, które się jeszcze wymyka akademickim kleszczom. Może dlatego, że leży gdzieś bliżej antropologii niż literaturoznawstwa, ma w sobie coś z opowieści, których się nigdy nie spisywało. Znam slamerów, którzy w ogóle nie publikują, nie można nigdzie przeczytać ich utworów. Jest też aspekt buntowniczy, który zbliża slam do rapu, do kultury graffiti. Do czegoś, co jest żywe i podburza status quo. To jest pewnego rodzaju kontrkultura i chyba najlepiej się właśnie w kontrze odnajduje. Ja się trochę boję komercjalizacji slamu. Wykorzystania go do lansu i autokreacji, chwalenia się nim jak hipsterską imprezą w najbardziej fikuśnej knajpie, którą można oznaczyć na fejsbuniu. Chciałabym go popularyzować, ale nie zależy mi na tym, żeby trafił do tzw. mainstreamu. W jego nieokreśloności i surowości jest coś bardzo prawdziwego, mimo że jest jakąś sztuką performatywną. Na slamie mogę być kimkolwiek zechcę i to, paradoksalnie, daje mi wolność bycia sobą. Jeśli taka forma zachęci kogoś do czytania poezji — tym lepiej. Jestem za tym, żeby odchodzić od starych schematów kontaktu z nią. Dlatego też nie chciałabym, żeby slam w te stare schematy wciskać, uznając, że skoro to jest teraz prawdziwa poezja, to właśnie tak należy ją rozumieć.
Poezja ledwo dyszy nie dlatego, że jest taka zła. Tylko dlatego, że nie umiemy o niej gadać i że zapominamy, że poeci to też ludzie. Że Szekspir sprzedawał nielegalnie owce, Baudelaire był ćpunem, a Wyspiański niechybnie nie mył zębów. A w każdym razie tak to sobie wyobrażam. Ludzie zaczną czytać poezję, kiedy przestaniemy z niej robić świętą krowę, kiedy będą mogli bez wstydu powiedzieć, że nie rozumieją Norwida albo że Mickiewicz to był grafoman i pretensjonalny bufon. Będą czytać, kiedy poczują, że poezja nie jest im tak obca.

Rudka Zydel – ur. w 1987 roku, mieszka w Krakowie. Studentka filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, niedoszła pani psycholog. Finalistka ostatniej edycji Slam Poetry Night we Wrocławiu, zwyciężczyni slamu poetyckiego w ramach festiwalu Poznań Poetów w 2015 r. oraz 11. Spoke’n’Word Festival w Warszawie. Publikowała na łamach magazynu społeczno-artystycznego PROwincja. W wolnych chwilach lubi brodzić w szuwarach i turlać marchew. Przynajmniej raz w roku śni jej się Rock Hudson.

[recenzja] Buty Ikara. Biografia Edwarda Stachury. Marian Buchowski.

Dobrze mieć pod ręką Buty Ikara, czyli biografię Edwarda Stachury. Zwłaszcza, kiedy mowa o postaci, która jest jak samonapędzający się mechanizm legendy kreującej kolejne legendy.

Nazwano go kiedyś niewolnikiem własnej legendy. Jest w tym stwierdzeniu coś prawdziwego, bo trudno uporządkować historię postaci pisarza, wokół którego narosło tak wiele sprzecznych ze sobą mitów: poety wyklętego, antysystemowego buntownika, a zarazem – to ciągle powtarzana przez wielu opinia – pisarza bardzo nierównego i bełkotliwego amatora romantycznych uniesień. I jednocześnie, pomimo sprzeczności w odbiorze, ciągle nad wyraz wybitnego, bo pomimo regularnego spadku zainteresowania poezją, popyt na poetykę Stachury nie maleje. To właśnie on, jako kolejny przedwcześnie umarły, trafił do panteonu wiecznie młodych chłopców-poetów z gitarą. Stał się inspiratorem pokoleń młodych adeptów literackich, który w latach osiemdziesiątych dla poezji miał takie znaczenie, jak dla muzyki pojawienie się takich zespołów jak Dezerter czy Siekiera. To po pierwsze. A po drugie – jest w historii Stachury coś z podejrzenia, że w całej literaturze i nie tylko w niej, bo i nie o samą literaturę chodzi, jest coś znacznie większego. Nie dystynkcja stylu, elegancja frazy, a w każdym razie nie tylko to powoduje, że pisarz wyraża coś ważnego, istotnego i stoi za nim, chociażby w części, siła egzystencjalnego przeżycia, a nie jedynie intelektualnego i filologicznego przeżucia. To rzeczywiście może drażnić, szczególnie dzisiaj, szczególnie wielu młodych i starszych1. Niezależnie od obowiązującej mody na poezję, moda na Stachurę zawsze będzie samowystarczalnym fenomenem. Legendą, która kreuje legendę.

Zaczyna się wcale nie od miejsca urodzenia, rodzinnych dziejów, ani żadnych wspomnień dotyczących początków życia. Buchowski wprowadza nas w świat Stachury od dyskusji sprowokowanej pytaniem: „Edward Stachura tajnym współpracownikiem?”. Nie ma to oczywiście nawet marginalnego znaczenia dla historycznoliterackiej dyskusji wokół autora Siekierezady, za to pozwala skupić się na postaci poety w innym kontekście niż samopoczucie kolejnych pokoleń jego epigonów. Dowiadujemy się, że był rzeczywiście posądzany o współpracę z SB, że zarzucano mu bycie „bardem na etacie”, że nie walczył z ustrojem, że nie pisał wzniosłych listów; że nie chciało mu się n i c, że wolał być „pieszczoszkiem reżymu”; że adresatami tych oskarżeń byli ludzie literatury od sasa do lasa: od pisarki Marii Nurowskiej po krytyka Janusza Andermana. Czy te często skrajne opinie mówią nam coś nowego o Stachurze? Nie. Tylko jeszcze mocniej, jeszcze bardziej utwierdzają w przekonaniu, że Stachura był ciągle awangardowy wobec każdej systemowości, każdej społecznej umowy, niezależnie od powagi i bohaterów sprawy.

Stachura nie chciał, czy też nie umiał, zanurzyć się w czasie, w jego niszczycielskim żywiole, poddać się jego próbie (..). Historia jest dobra, pożywna i strawna dla niedokształtowanych; tych urabia i obrabia, modeluje i ubogaca im życie. Stachura – uparty esencjalista, zanurzony po bergsonowsku w t r w a n i u, ktoś, kto nigdy na dobre nie rozstawał się ze sobą, wiernie tkwił przy swoich wyobrażeniach i ideałach2. Trudno oskarżać Stachurę o indyferentyzm, o trywializację codzienności i bycie na rewersie politycznej codzienności. Ten brak doraźnego zaangażowania po stronie literackiej opozycji wynikał przede wszystkim z bycia w kontrze wobec formy sprzeciwu, a nie jego treści. Stachury nie interesowało doraźne formalizowanie buntu, pisanie listów i emocjonalne wzdryganie się na każdy podejrzany gest władzy. Wolał awangardowość każdej zbiorowości ludzkiej, niezależnie od intencji. Chyba miał świadomość swej głębokiej niepraktyczności, wyłączenia, schowania w siebie i w sobie, świadomość możliwej zagłady w momencie wstąpienia w nurt, opuszczenia kryjówki, skoro pisał:

Na krawędzi ja tu stoję,
Gdy poruszę się, to po mnie.

Buty Ikara to próba opowiedzenia biografii jako historii mitu wciąż żywego. Marian Buchowski nie podejmuje żadnych wysiłków na rzecz tłumaczenia przyczyn legendarności Stachury, nie popada w paranoję tłumaczenia genezy narodzin kultu. Buchowski pisze biografię, której nadrzędną rolą jest naprowadzenie czytelnika na drogę samodzielnej interpretacji faktów z życia artysty, a nie linearnej opowieści o poetyckiej legendzie. Figura bohatera tragicznego, do której w przytłaczającej większości opinii został sprowadzony Stachura, przez lata obrosła w skorupę buntowniczej stylistyki i reprodukujących się popkulturowych mitologii. Niech Buty Ikara będą odtrutką na trujący kult.

1Radosław Wiśniewski, Na tropach Steda albo cudne manowce legendarności [w:] „Odra”, 9/2015.

2http://culture.pl/pl/tworca/edward-stachura

Mateusz Dworek
 

 

Pages